„Zaraza”

Cosik mi się zrobiło na ręce. Wysypka, albo raczej czerwono-brązowa plama, wygląda trochę jak stary siniak, ale przecież się nigdzie nie uderzyłam, na początku piekło, jakby obtarte było, potem zaczęło swędzieć, takie małe niby bąbelki na tym są. Trąd? Czarna ospa? Stwierdziłam, że jeszcze trochę poczekam i jak nie zejdzie, polezę z tym do doktora.

A gdy dzisiaj obserwowałam samą siebie miotającą się o poranku po kuchni, doznałam olśnienia. Gotuję wodę na herbatę, elektryczny czajnik dymi, a ja z obłędęm w ledwie otwartym oku sięgam do szafki po kubki. Przez tę dymiącą parę. Oparzenie, jak dwa a dwa cztery, parą wodną z bulgocącego czajnika. Ale żeby tego nie poczuć w momencie kiedy mnie oparzyło! Muszę trochę uważać z tym twardzielstwem i indiańską wytrzymałością na ból, bo ani się obejrzę, a sama siebie unicestwię! Względnie nie wchodzić do kuchni zanim się nie obudzę…

Jutro będzie o amerykańskich łazienkach.

Amerykańska pralka

Powinnam była zacząć pisać, gdy tu przyjechałam i wszytko było dla mnie nowe, zanim się do wielu rzeczy przyzwyczaiłam i, co za tym idzie, przestałam je zauważać. Bo człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja. Odwiedziny przyjaciół z Europy są dobrą okazją do uświadomienia sobie tego. Goście zadają pytania, dziwią się, śmieszą ich rzeczy, które stały się już dla mnie normalne, a przecież na początku podobnie dziwiły i śmieszyły mnie.

Jednym z zaskakujących dla Europejczyków urządzeń są amerykańskie pralki. Ich gabaryty umożliwiają pranie ilości przemysłowych. Otwieramy je klapą od góry, ale nie wisi w nich bęben, tylko oczom naszym ukazuje się koliste wnętrze z bolcem pośrodku. Bolec zaopatrzony jest w wypustki, żeby lepiej obracać pranie! No i już możemy sobie wyobrazić, jak to wspaniałe urządzenie traktuje co delikatniejsze materiały… Temperaturę można nastawić: gorąca, ciepła i zimna. Żadnych (nawet Fahrenheita:-) stopni! Odróżniamy pranie białe i kolorowe, w ich obrębie można wybrać pomiędzy bardzo średnio i lekko zabrudzonym. Ale nawet najdłuższe pranie nie trwa dłużej niż pół godziny. Opcja prania wstępnego nie istnieje. Możemy sobie wyobrazić, jak dokładnie to ustrojstwo pierze… Acha, byłabym zapomniała: proszek, lub płyn wsypuje się bezpośrednio do rzeczy w pralce. Woda wlewa się wodospadem z góry, jak to miało miejsce w starej Frani. Jedno jej trzeba przyznać – jest tak prosta, że właściwie nie da się jej zepsuć.

Z jednej strony latają w kosmos, z drugiej urządzenia gospodarstwa domowego są na etapie znanym w Europie z lat 70-tych. A to Hameryka właśnie…

Zemsta Montezumy

W Meksyku jest pięknie, ale czasami dosięga przybysza zemsta Montezumy. Biega się wtedy do kibelka z prędkością światła i odpowiednią częstotliwością. Osobie wychowanej na pamiętnej diecie PRL-u lat 80-tych, salmonellach i innych urozmaiceniach Montezuma dał spokój po kilku upojnych godzinach, ale właściwie tylko po to, żeby skoncentrować się na nieprzywykłym do ciekawostek bakteriologicznych dziecku zachodnioeuropejskiego dobrobytu.

Jednym słowem Mój cierpiał dni dobrych kilka, po powrocie do Stanów udał się (zawiozłam go) do lekarza, a lekarz… Meksykanin! No fajnie było, bo miły ten człowiek zadał Mojemu rzeczowe pytanie: to po co pan pił wodę? Też nie rozumiem! Ja zamawiałam do posiłków piwo, jak Bóg przykazał!

A tak na serio – oczywiście znowu wybieramy się do Meksyku, tyle, że tym razem już wiadomo: dla Mojego woda tylko z butelki i żadnych kostek lodu! Ja i tak piję głównie piwo…

Dżungla i rzeka podziemna

 

Na Yucatanie dżungla jest niska, bo cienka jest warstwa ziemi pokrywająca wapienną skałę, z której zbudowany jest półwysep. Ale zawsze to dżungla. I żyją w niej różne dżunglowe zwierzęta, które czasem można zobaczyć i w cenotach się można wykąpać, i u z dala od cywilizacji spokojnie sobie żyjących Majów (w kurnych chatkach, bez prądu, wody bieżącej, telewizji, INTERNETU! a także – często bez znajomości hiszpańskiego) zjeść obiad można.

To był nasz drugi raz w dżunglii, tym razem akcent położony był na kąpiele w cenotach i nurkowanie podpowierzchniowe (dzięki, Monoli) w podziemnych rzekach. Podziemnych rzek tam dostatek, za to naziemnych nie bardzo.

Oj, robi wrażenie taka kąpiel w jaskiniach! Stalaktyty, stalagmity, nie wiadomo, co zwisa z góry, co się w wodzie odbija, a co pod wodą sterczy. Woda tak kryształowo przejrzysta, że jej najczęściej w ogóle nie widać. Gdy się odpłynie kilkanaście metrów od wejścia, światło dzienne już tam nie dociera i trzeba sobie przyświecać latarką. Trochę to niesamowite, trochę groźne. W tych podziemnych rzekach żyją sobie rybki, niewielkie i ślepe – po co im oczy, skoro w wiecznych ciemnościach pod ziemią pływają? (Przystosowanie do warunków życia, niczym u Łyska z pokładu Idy!)

A kiedy się już tę podziemną rundkę zakończy, to jakoś tak lżej na sercu się robi. Nie żeby ta źródlana woda była zimna (choć w porównaniu z temperaturą Morza Karaibskiego to jest lodowata), cieplejsza jest na pewno od Bałtyku w lecie, ale miło jest znowu zobaczyć światło i słońce skoro jeszcze się ma te oczy…

Meksyk III – Nurek nurka w du.ę szturka

Wcale mi się na początku nie chciało nurkować. Co mnie tam obchodziły ryby i jakieś korale. Tyle, że na Karaibach trudno jest nie zabrać się w końcu którąś łodzią na rafę z maską, rurką i płetwami w garści. No i tak z maską i rurką nurkowaliśmy już w grudniu. Wtedy to zrozumiałam, co opętało Kapitana Cousteau. Nie na tyle jednak, żeby tym razem pchać się na poważnie z butlą tlenową pod wodę. Ale z butlą tlenową koniecznie chciał zrobić plusk Mój. Nudził, aż się zgodziłam spróbować.

Najpierw byliśmy w baseniku przydomowym – uczyliśmy się wdychać ustami przez węża z butli, a wydychać nosem przez maskę do wody. Z obciążnikami przy pasie, butlą na plecach, płetwami – w piątkę (dwóch nauczycieli i troje uczniów) zajmowaliśmy całą tę wannę i do tego momentu przede wszystkim odnosi się tytuł odcinka.

A potem popłynęliśmy na rafę. Trzeba było usiąść na brzegu łódki i wypaść z niej na plecy, co samo w sobie było ciekawym doświadczeniem. No a potem zaczęło się schodzenie w dół. Nie głęboko – 7 czy 8 metrów tam było, ale wystarczy, żeby poczuć porządne szpile w uszach. Trochę czasu mi zajęło, żeby się ich pozbyć, ale w końcu zeszłam na dno. To jest niesamowite przeżycie. Ktoś porównywał to do podróży w kosmos, ja mogłabym to porównać do podróży Pana Kleksa. Kto nie spróbował, nie wie. A kto spróbował, uzależnia się jak od narkotyku. Dlatego w planach mamy teraz zrobienie kursu nurkowania. No a potem – znowu do Meksyku!

 

P.S. Nurkowanie blisko powierzchni wody, z rurką nazywa się po angielsku snorkelling, po niemiecku schnorcheln, a takie z butlą tlenową i zejściem głębiej – odpowiednio: scuba diving i tauchen. Czy ktoś zna bardziej fachowe od nurkowanie z rurką/butlą odpowiedniki polskie?

Meksyk II

Pojechaliśmy do Cancun na chwilę, bo Mój pragnął zrobić Zakup – strój piłkarski reprezentacji Meksyku. Wbrew pozorom bez sombrera. Można było na upartego pojechać tam taksówką, ale to opcja dla cieniarzy (nie finansowych, ma się rozumieć). My postawiliśmy na autobus. Przystanek był w odległości dwóch kilometrów. I znowu: taksówka (cieniarstwo), lub nogi. Poszliśmy. Drogą zbudowaną przez mangrowce, tzn. przez porośnięte nimi bagna, po której w szaleńczym pędzie nie zważając na nic gnały samochody wszelkiej maści (dużo wszechobecnych tam garbusów). Mój osłaniał mnie przed nimi własnym ciałem spychając jednocześnie w te bagna. A ja tylko czekałam, aż wysunie się z nich krokodyl i złapie mnie za nogę. W końcu zrobiło mi się z tą myślą tak bardzo niekomfortowo, że zamienniliśmy się miejscami – od wizji krokodyla wolałam te rozpędzone do białości ciężarówki.

Meksyk I

Byliśmy teraz drugi raz na Yucatanie. To ten najbardziej na wschód wysunięty kawałek Meksyku, płaski jak tortilla półwysep porośnięty niską dżunglą z podziemnymi rzekami i krystalicznie czystymi cenotami (coś w rodzaju dużych oczek wodnych, też najczęściej ukrytych pod ziemią). Po prekolumbijskiej kulturze Majów zostały tylko odgrzebywane spod dżungli ruiny miast i niewiele przekazów, choć dzisiejsi Majowie mówią językiem podobnym do tego, którym posługiwali się twórcy piramid i kalendarzy. Ciepłe Morze Karaibskie z jednej, Zatoka Meksykańska z drugiej strony, piaszczyste plaże w kolorze jasnej chałwy i rafa koralowa, w Puerto Morelos oddalona tylko pół kilometra od brzegu. Taki trochę raj.

Pierwszy raz w tym raju byliśmy w grudniu, spędzając Boże Narodzenie pod palmami w Cancun. Było miło, ale Cancun, przeogromny kombinat do uszczęśliwiania leniwych, w większości amerykańskich turystów nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej i tym razem znaleźliśmy sobie miłą kwaterę w oddalonym o 30 km na południe Puerto Morelos, które było kiedyś malutką wioską rybacką, a teraz jest malutką miejscowością zamieszkałą w połowie przez tybylców „z urodzenia”, a w połowie przez tubylców „z wyboru. Też bym chętnie taką tubylką z wyboru tam została, ale Mój ma coś przeciwko przeprowadzce. Mówi, że mu tam za gorąco i że z czego byśmy tam żyli. Fakt, tym razem dosięgła go tam zemsta Montezumy (w związku z czym ciągle jeszcze nie zobaczyliśmy Majowych ruin w Tulum), ale to osobny temat.

Ja tam się dobrze czuję w tropikach, zwłaszcza, jak mam nieograniczony dostęp do morza… Trochę mi tylko przeszkadza, że dzień tam jest taki krótki – trwa 12 do 13 godzin, a potem noc zapada w ciągu kwadransa i lepkie gorące ciemności kryją ziemię…

Tytuł 8

Byłam w Zaczarowanym Ogrodzie. Tak długo już tam bywam, a coraz to się czymś zachwycę. Tym razem poszłam do lilii wodnych. Surrealistyczne rośliny. Jedne mają liście jak ogromne tortownice z bardzo niskim brzegiem, tak wielkie, że nie tylko baśniowa Calineczka, ale i zwykłe dziecko mogłoby na nich posiedzieć. Kwiaty wielkości piłki nożnej każdego dnia kwitnienia zmieniają kolor. Te które kwitną w dzień, bo są jeszcze takie, co kwitną w nocy. Obok nich z czarnej wody wynurza się roślina przypominająca gigantyczny mak ze snu narkomana. Okazuje się, że to lotos:-)

Potem poszłam do żywopłotów przyciętych w wielkie ptaki, smoki i wykwintne europejskie czekoladki jak od Guliwera (może nie wszystkim się te kształty z czekoladkami kojarzą, tym niemniej dla mnie są ewidentne…) No i jeszcze moje ulubione Święte Dęby. Spotkałam tam czwórkę tutejszych, ubranych w kolorowe szatki emerytów. Babcie wybiegły mi naprzeciw pytając, czy wiem jak stąd wyjść. Wielu zwiedzających gubi się w Ogrodzie. Dziadki stwierdzili, że w zwątpieniu zaczęli już sprawdzać, z której strony jest mech na drzewach. Takie zaawansowane sztuczki znają, a z planu ogrodu korzystać nie umieją:-)

W dzień powszedni można się w Ogrodzie skupić na roślinach i pobyć w ciszy (o tej porze roku co prawda względnej, bo orkiestry smyczkowe obsiadły drzewa i chaszcze i rżną ile wlezie. Strasznie głośne tu są te cykady, świerszcze i coś jeszcze:-) W weekend natomiast lepiej jest nastawić się na obserwację ludzkości. Bo do Ogrodu przychodzi cała Ludzkość. Wszyscy od Adama i Ewy się wywodzący. Białych Amerykanów w jaskrawych, dresopodobnych ubrankach jest oczywiście najwięcej, ale są też trochę elegancko ubranych Czarnych, bywają głośni Latynosi, biegający zdyscyplinowanymi grupami przybysze z Dalekiego Wschodu, Bliski Wschód zresztą też jest, a jakże, wyzawijany w chusty i na oko powściągliwy. Całe rodziny chasydzkie z pejsatym tatą o delikatniutkich białych dłoniach których jedynym przeznaczeniem jest trzymanie wskaźnika do czytania Tory, zaradną mamą w peruce i licznym potomstwem w zawsze dobrym humorze przyjeżdżają mikrobusikami z Nowego Jorku. Zdarzają się mnisi buddyjscy o zgolonych głowach, w pomarańczowych szatach i boso. I dużo Rosjan. Nasi rodacy zresztą też są dość licznie reprezentowani, stanowią formę przejściową pomiędzy odstrzelonymi w jak szczur na święto kanału Rosjanami, a nieco wygodniej ubraną resztą Europy. Do amerykańskiego luzu im wszystkim dość daleko. Chyba jednak na szczęście.

Przez te rozkwitające nocą lilie przyszedł mi do głowy szczeniacki przenocowania w Ogrodzie. Do urzeczywistnienia tak genialnego planu potrzebna byłaby mi jednak czynna pomoc Mojego – musiałby mnie tam zawieźć, a potem wrócić samochodem do domu. W przeciwnym razie służby porządkowe zaalarmowane pozostałym na parkingu wozem przetrząsną Ogród w poszukiwaniu zwłok. Mój jednak w życiu do tak nielegalnego przedsięwzięcia, które potencjalnie może doprowadzić mnie za tutejsze kratki, ręki nie przyłoży… A szkoda, byłby to wyczyn na miarę zdobycia sprawności trzech piór! I bym se te lilie w spokoju obejrzała…