Mój ma kolegę, jeszcze ze studiów, który też tu za Wielką Wodą od kilku lat pomieszkuje. Mieszka z amerykańską dziewczyną, z którą ostatnio postanowili wziąć ślub. No i widmo pójścia na wesele zaczęło krążyć nad naszym domostwem.
Na niewielu weselach w życiu byłam, ale z tych, co na nich byłam, to tylko na dwóch się nie nudziłam. Na jednym nikt się nie nudził, bo paczka była zgrana, tańcząca i bawiąca się do rana świetnie. Na drugim się nie nudziłam, bo bezalkoholowo-katolickie było, a że uprzedzeni byliśmy o tym wariactwie wcześniej, więc przybyliśmy zaopatrzeni w piersióweczki do torebeczek, kieszoneczek i bagażnika w samochodzie. Wesoło było, jak na wycieczce szkolnej – wypić jak najwięcej, w ukryciu, nielegalnie. Skutek był taki, że nam bardzo szybko bardzo wesoło się zrobiło. Naprawdę jak za dawnych szczeniackich czasów – picie gorzały dla picia gorzały, samo w sobie świetną zabawą. Dorośli ludzie!
No ale na pozostałych weselach to strasznie się męczyłam, mięśnie twarzy mnie od robienia przyjemnego jej wyrazu jeszcze na drugi dzień bolały, tyłek do twardego drewnianego albo odparzającego skajowego krzesła przyrastał, bo, a jakże, muzyka do tańczenia w parach, a moi partnerzy do tańca jak te nogi stołowe, ileż można jeść, trochę się wypiło, no ale przecież bez przesady, nie wiadomo, kiedy można się zmyć żeby nie było afrontu (chciałoby się zaraz po jedzeniu, no ale przecież nie uchodzi, nie uchodzi…), idiotyczne zabawy uwieńczone największym idiotyzmem w rodzaju łapania wianka panny młodej (no, to by mnie tym razem ze względu na stan cywilny ominęło). Nie mam szafy pełnej wyjściowych kiecek, więc też musiałabym coś kupić, a to by pewnie trochę kosztowało, a potem przez pół wieczności miejsce w szafie zajmowało… jednym słowem – chodzenia po weselach nie cierpię.
A tu to widmo krąży. Na początku miałam nadzieję, że ten kolega może jednach w ferworze walki o nas zapomni. Już nawet na to wyglądało, bo zaproszenie nie przychodziło, nie przychodziło, aż, cholera, przylazło! Zaproszenie na czerpanym papierze, estetyczne nawet, bez kiczu w rodzaju serduszek, obrączek i różowych pulchnych amorków, ale… zaadresowane: Mr. and Mrs. (i tu imię i nazwisko Mojego). Tylko Mojego! Ja już przymknęłabym może oko na to, że nie wiedzą, że ja nazwiska nie zmieniłam. Ale, do jasnej a nie wymówionej, przecież ja mam imię!!! Zaproszenie podpisane, tak jak to i u nas się robi, przez rodziców jednego z nowożeńców. I rodzice oczywiście też podpisani Mr. and Mrs. (i tu imię i nazwisko tylko i wyłącznie faceta). Mój boziu, strasznie konserwatywnych ma panienka starych! Bo tak się tu podpisywało i adresowało, ale kiedyś! W dzisiejszych czasach, po zniesieniu niewolnictwa, adresatki wymieniane są przynajmniej z imienia. No ale jak widać nie w głębokiej Virginii… I tak sobie pomyślałam – gdyby ten kolega Mojego takie zaproszenia w swoim rodzinnym zachodnio-środkowoeuropejskim kraju wysłał, to połowa ludzi by mu nie przylazła. W każdym razie z moich koleżanek żadna by nie poszła. Więc stwierdziłam, że mi się problem ostatecznie rozwiązał. Jak komuś zależało na mojej obecności, to mógł się zachować zgodnie ze znanymi sobie przecież doskonale, regułami u nas przyjętymi. Gwoli szczerości napisać muszę, że kolega ów pewnie w ogóle na te adresy uwagi nie zwrócił, bo mu cała organizacja imprezy równo koło pupy przelatuje. Tak czy inaczej, ja czuję się niezaproszona i nie idę.
Ku mojemu zaskoczeniu nie musiałam wcale bardzo Mojego do tego niepójścia przekonywać. (Bo na samym początku bardzo się szykował, że chce tutejsze wesele zobaczyć.) Widać jednak stwierdził, że jak ze mną w złym humorze iść, to już lepiej nie iść… Mądry chłopak:-)