Głosowanie 2023 w Hameryce

W sobotę dzień wstał deszczowy i szary. Mimo to zerwaliśmy się z łóżka bladym świtem tuż po ósmej, żeby przed wyruszeniem na zamorskie podboje spokojnie zjeść środkowoeuropejskie śniadanie w których jajka, co prawda nie w szklance, ale jednak na miękko, grały główną rolę. Ze względu na różnicę czasu po drugiej stronie oceanu, wybory odbywające się w Polsce w niedzielę, w Hameryce mają miejsce w sobotę. Od kiedy tu głosuję, a zaczęłam dobrze przed upadającym na naszych oczach reżimem, tylko dwa razy robiłam to w jednym i tym samym miejscu. Nasze lokale wyborcze lubią wędrować. Tym razem lokalizacja komisji bardzo mi odpowiadała, bo nie dość, że mogłam głosować w Wielkim Hamerykańskim mieście, to jeszcze stosunkowo niedaleko szkoły tanga, w której o pierwszej po południu zaczynały się czterogodzinne zajęcia. Chytroplan Mojego, który jako jawna opcja niemiecka co prawda w polskich wyborach nie głosuje, a tylko mnie na nie tym razem zawiózł, eliminując w ten sposób aktywny udział osoby niezdrowo podnieconej polityką w ruchu drogowym, polegał na znalezieniu w okolicach lokalu wyborczego piekarni i zakupieniu w nim ciastek, którymi będzie można poczęstować uczestników zajęć tangowych.

Gdy dojechaliśmy w okolice lokalu wyborczego, okazało się, że nie bardzo jest gdzie zaparkować, bo wąskie ulice spokojnej dzielnicy zastawione są pojazdami osób uczestniczących w wydarzeniach politycznych stulecia. Wychodząc z samochodu w nieprzerwanie siąpiący deszcz, zauważyłam trzy idące dziarskim krokiem dziewczyny, z których jedna trzymała w ręku czerwony europejski paszport. To jest ta demografia, której nam potrzeba, ucieszyłam się i pogalopowałam za nimi. Lokal był duży i jasny, a w środku ruch największy, jaki do tej pory w odbywających się za granicą polskich wyborach widziałam. Ludzie też młodsi niż starsi (dotąd bywało odwrotnie), więcej kobiet niż mężczyzn. W komisji przemiła pani skrzętnie odnotowała, że nie biorę karty do referendum, parafując swoją przy moim podpisie adnotację. Wybrałam swojego kandydata do senatu i kandydatkę do sejmu, wrzuciłam karty do urny i w drzwiach zderzyłam się ze spieszącymi wziąć udział w życiu politycznym naszej zamorskiej ojczyzny ludźmi. Już na zewnątrz, gdy tylko wyjęłam telefon w celu uwiecznienia tej wiekopomnej chwili, idąca naprzeciwko młoda kobieta zaproponowała, po polsku oczywiście, że mi zrobi zdjęcie. Co też, na tle lokalu wyborczego, uczyniła.

Ciastka w piekarni Bałtyckiej wykupiłam prawie wszystkie – rogaliki z półkruchego ciasta z trzema rodzajami nadzienia owocowego, orzeszki z takowego z masą karmelową (te szczególnie przypadły do gustu Argentyńczykom kochającym swoje dulce de leche), zawijane półkruche fifki z orzechami, i babkę drożdżową z serem. I wszystkie te kalorie spaliliśmy bez śladu, do upadłego ćwicząc tango argentyńskie. Zgodzą się Państwo ze mną, że dzień ten był bardzo owocny.

34 lata minęły jak jeden dzień

No, prawie jak jeden dzień. Gdy 34 lata temu nie załapałam się na głosowanie w wyborach kontraktowych, bo zabrakło mi niecałego tygodnia do uzyskania pełnoletności, byłam bardzo rozczarowana. Tym bardziej, że wiele osób z naszej klasy, w tym moja koleżanka z ławki, już głosować mogły i jak najbardziej zrobiły ze swojego obywatelskiego przywileju użytek. Nie miałam wtedy pojęcia, w ilu jeszcze ważnych, mniej ważnych i całkiem przełomowych wyborach dane mi jeszcze będzie w życiu brać udział. Wybory w październiku będą należały do tej ostatniej kategorii i mam nadzieję, że ich wynik też taki będzie. Mam też nadzieję, że będę mogła głosować za granicą i że głos mój i emigracji rozsianej po całym świecie, będzie policzony.