Zajęło mi trochę czasu, żeby ochłonąć po piątkowych wydarzeniach. Napiszę tylko tyle, że mój szacunek do prezydenta Zeleńskiego wzrósł kilkukrotnie. Po tym, jak trzy lata temu poprosił o amunicję, a nie podwózkę, tym razem wykazał się taką władzą nad sobą, że nie splunął w twarz ani pomarańczowemu indywiduum, ani jego, nawet nie wiem jak go nazwać, no tej, pożal się boże, istocie, która nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności pełni funkcję wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Niech za cały mój komentarz do obecnej sytuacji transatlantyckiej posłuży ten wiersz Czesława Miłosza, napisany w 1950 roku w, tu chichot historii, Waszyngtonie:
Który skrzywdziłeś
Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,
Choćby przed tobą wszyscy się skłonili,
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur, i gałąź pod ciężarem zgięta.