Co tam, panie, w polityce?

Jeśli ktoś chce rzeczowej i przystępnej analizy, odsyłam do artykułów Anne Applebaum. Pisze zwieźle i na temat. Lektura obowiązkowa. Ja zajmę się zaś mini-studium przypadku z Hameryki w trumpalnym (neologizm ukuty na potrzebę tego wpisu) chaosie.

Znajoma mojej koleżanki pracuje na uczelni. Dziewczyna w okolicach trzydziestki. W ostatnich wyborach głosowała na sprawców obecnego upadku. W minionym tygodniu dane jej było dowiedzieć się, jaki procent jej pensji pokrywany jest, no a teraz to już właśnie był, z funduszy federalnych, wspierających badania naukowe. Jej przerażenie jest o tyle mocne, że powiązane z zupełnym zaskoczeniem: jak to, to oni po dojściu do władzy naprawdę robią to, co zapowiadali?!

Kurtyna.

Zanim się rok skończy – 1

Listopad dawno minął, grudzień grozi świętami, wiele się wydarzyło, a tu niewiele napisało. Przegraliśmy wybory i teraz zamiast dążyć do świetlanej przyszłości, a przynajmniej żyć w miarę normalnym politycznym klimacie, będziemy mieli kolejne lata bez trzymanki, za to z idiotyzmem, wstydem przed światem i daj boziu, żeby tylko tyle. Teraz ludzie zajęli się przygotowaniem do świąt, to ich trochę na inne myśli sprowadza, ale jeszcze w okolicach święta Dziękczynienia emocje były bardzo rozgrzane. Mieliśmy na świętodziękczynnej kolacji gości – sąsiadów, ona Chinka z hamerykańskim obywatelstwem, on Hamerykanin. Pełni obaw co do przyszłości, jak cała nasza strona polityczna, ale idący dość daleko, przede wszystkim on, bo już zaczął się dowiadywać, który kraj Ameryki środkowej najlepiej by się nadawał na miejsce emigracji. Całe życie spędził w Hameryce, ale robi wrażenie, jakby naprawdę chciał być uchodźcą politycznym. Czegoś takiego może sobie życzyć tylko bardzo naiwny człowiek, który do tej pory prowadził bezpieczne i wygodne życie. Gorzej, że tym swoim gadaniem bardzo stresuje żonę, która z jednej strony więcej wie o tym, jak to jest żyć w państwie, delikatnie mówiąc, nieprzyjaznym dla swoich obywateli oraz jak to jest żyć w państwie, którego obywatelką się nie jest, z drugiej jednak strony, boi się narastania rasistowskiej przemocy, skierowanej przeciwko żyjącym tu Chińczykom. Usiłowałam ją uspokoić, że nikt z białych nie jest w stanie stwierdzić, czy ona jest Chinką, czy Japonką, Koreanką albo Wietnamką. To rozpoznają po wyglądzie tylko oni, ludzie z Dalekiego Wschodu. Jakby ją ktoś głupio zaczepiał, zawsze może utrzymywać, że pochodzi z innego kraju, dla uspokojenia może sobie przygotować jakąś legendę, chociaż ja uważam, że nie będzie potrzeby jej użycia. Miejmy nadzieję.

I na tym między innymi polega white privilege – przywilej bycia białą – choć mam wyraźny obcy akcent, to jednak sam krój moich oczu ani kolor mojej skóry nie wzbudza nieprzyjaznych uczuć u rasistowskich szumowin, które, czego się obawiamy, znowu sobie teraz przez kilka lat popływają po wierzchu.

Proszę się nie smucić – następny wpis będzie śmieszniejszy.

A w niedzielę

Będąc osobą zakręconą jak słoik na zimę, dopiero teraz znajduję czas, aby napisać, co miało miejsce w niedzielę w którą w Polsce upadł PiS (choć ciągle się do tego nie przyznaje), po mojej stronie Oceanu, a dokładniej, u mnie w domu. Prześledziwszy wyniki exit polli, z radością w sercu załączyłam pranie. Co prawda nie w Persilu (patrz denazyfikacja w Niemczech po II światowej), ale zawsze. Gdy po jakimś czasie poszłam je wyjąć z pralki i otwarłam drzwi do małego pomieszczenia, w którym stoi (w tutejszych domach częstym rozwiązaniem jest osobne pomieszczenie na pralkę znajdujące się na przykład gdzieś między garażem a kuchnią), zobaczyłam siwy dym. Pociągnęłam nosem, ale żadnego dymowego zapachu nie poczułam. Ponieważ światło lampy było lekko przyćmione i w niewielkiej pralni naprawdę był dym, albo mgła, zawołałam Mojego, żeby przyszedł i zobaczył to niepokojące zjawisko. Obejrzeliśmy niewielkie pomieszczenie i zgodnie stwierdzili, że źródłem dymomgły musi być pralka, bo nic innego się tu nie jara.

Pralka, jak wiadomo, włączona jest do prądu. Przyszło mi do głowy, że może być pod napięciem, więc najpierw musnęłam ją tylko palcami, żeby jak mnie kopnie, to równie delikatnie (to jest dowcip, siła kopania nie zależy od intensywności dotyku, każdy elektryk i każdy koniarz Wam do powie). Ponieważ nie zostałam kopnięta, a w każdym razie nie wtedy, ośmielona otwarłam drzwiczki, a wtedy z czeluści bębna począł wydobywać się mgłodym. Capiło trochę przyjaraną gumą, jak przy ostrym hamowaniu, ale żadne płomienie się z wnętrza nie wydostawały. Pranie było wilgotnie, jak po mocnym wirowaniu i lekko dawało nadpaloną gumą. No nasypali piachu! Ile razy będę musiała prać te same rzeczy zanim pozbędę się tego gumianego, nie mylić z gumiennym, aromatu? Wyjmując je z urządzenia, zauważyłam drobinki czegoś, co w lecie uznałabym za kawałeczki lawendy, przyczepiające mi się czasem do ubrania, gdy pracuję w ogrodzie. Po bliższej analizie okazało się jednak, że są to fragmenty gumy. Najwyraźniej czas połowicznego rozpadu którejś uszczelki zbliżał się milowymi krokami. W ten oto sposób w niedzielę wyborczą szlag trafił reżim i pralkę.

Głosowanie 2023 w Hameryce

W sobotę dzień wstał deszczowy i szary. Mimo to zerwaliśmy się z łóżka bladym świtem tuż po ósmej, żeby przed wyruszeniem na zamorskie podboje spokojnie zjeść środkowoeuropejskie śniadanie w których jajka, co prawda nie w szklance, ale jednak na miękko, grały główną rolę. Ze względu na różnicę czasu po drugiej stronie oceanu, wybory odbywające się w Polsce w niedzielę, w Hameryce mają miejsce w sobotę. Od kiedy tu głosuję, a zaczęłam dobrze przed upadającym na naszych oczach reżimem, tylko dwa razy robiłam to w jednym i tym samym miejscu. Nasze lokale wyborcze lubią wędrować. Tym razem lokalizacja komisji bardzo mi odpowiadała, bo nie dość, że mogłam głosować w Wielkim Hamerykańskim mieście, to jeszcze stosunkowo niedaleko szkoły tanga, w której o pierwszej po południu zaczynały się czterogodzinne zajęcia. Chytroplan Mojego, który jako jawna opcja niemiecka co prawda w polskich wyborach nie głosuje, a tylko mnie na nie tym razem zawiózł, eliminując w ten sposób aktywny udział osoby niezdrowo podnieconej polityką w ruchu drogowym, polegał na znalezieniu w okolicach lokalu wyborczego piekarni i zakupieniu w nim ciastek, którymi będzie można poczęstować uczestników zajęć tangowych.

Gdy dojechaliśmy w okolice lokalu wyborczego, okazało się, że nie bardzo jest gdzie zaparkować, bo wąskie ulice spokojnej dzielnicy zastawione są pojazdami osób uczestniczących w wydarzeniach politycznych stulecia. Wychodząc z samochodu w nieprzerwanie siąpiący deszcz, zauważyłam trzy idące dziarskim krokiem dziewczyny, z których jedna trzymała w ręku czerwony europejski paszport. To jest ta demografia, której nam potrzeba, ucieszyłam się i pogalopowałam za nimi. Lokal był duży i jasny, a w środku ruch największy, jaki do tej pory w odbywających się za granicą polskich wyborach widziałam. Ludzie też młodsi niż starsi (dotąd bywało odwrotnie), więcej kobiet niż mężczyzn. W komisji przemiła pani skrzętnie odnotowała, że nie biorę karty do referendum, parafując swoją przy moim podpisie adnotację. Wybrałam swojego kandydata do senatu i kandydatkę do sejmu, wrzuciłam karty do urny i w drzwiach zderzyłam się ze spieszącymi wziąć udział w życiu politycznym naszej zamorskiej ojczyzny ludźmi. Już na zewnątrz, gdy tylko wyjęłam telefon w celu uwiecznienia tej wiekopomnej chwili, idąca naprzeciwko młoda kobieta zaproponowała, po polsku oczywiście, że mi zrobi zdjęcie. Co też, na tle lokalu wyborczego, uczyniła.

Ciastka w piekarni Bałtyckiej wykupiłam prawie wszystkie – rogaliki z półkruchego ciasta z trzema rodzajami nadzienia owocowego, orzeszki z takowego z masą karmelową (te szczególnie przypadły do gustu Argentyńczykom kochającym swoje dulce de leche), zawijane półkruche fifki z orzechami, i babkę drożdżową z serem. I wszystkie te kalorie spaliliśmy bez śladu, do upadłego ćwicząc tango argentyńskie. Zgodzą się Państwo ze mną, że dzień ten był bardzo owocny.

34 lata minęły jak jeden dzień

No, prawie jak jeden dzień. Gdy 34 lata temu nie załapałam się na głosowanie w wyborach kontraktowych, bo zabrakło mi niecałego tygodnia do uzyskania pełnoletności, byłam bardzo rozczarowana. Tym bardziej, że wiele osób z naszej klasy, w tym moja koleżanka z ławki, już głosować mogły i jak najbardziej zrobiły ze swojego obywatelskiego przywileju użytek. Nie miałam wtedy pojęcia, w ilu jeszcze ważnych, mniej ważnych i całkiem przełomowych wyborach dane mi jeszcze będzie w życiu brać udział. Wybory w październiku będą należały do tej ostatniej kategorii i mam nadzieję, że ich wynik też taki będzie. Mam też nadzieję, że będę mogła głosować za granicą i że głos mój i emigracji rozsianej po całym świecie, będzie policzony.

Wybory 2012

0
false

18 pt
18 pt
0
0

false
false
false

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:”Table Normal”;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt;
mso-para-margin-top:0in;
mso-para-margin-right:0in;
mso-para-margin-bottom:10.0pt;
mso-para-margin-left:0in;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:12.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ascii-font-family:Cambria;
mso-ascii-theme-font:minor-latin;
mso-fareast-font-family:”Times New Roman”;
mso-fareast-theme-font:minor-fareast;
mso-hansi-font-family:Cambria;
mso-hansi-theme-font:minor-latin;}

We wtorek wygraliśmy wybory. Bardzo się
ucieszyłam widząc rano wyniki w internecie, bo kiedy wykończona po intensywnym
dniu szłam spać, nie wyglądało to wcale tak różowo. Raczej czerwono*. Czyli
czarno. Ale rano było już niebiesko**.

Okazało się, że w związku ze zmianą mojego
miejsca pracy, zmieniły się także poglądy polityczne wokół mnie. Ubogie i
kolorowe Wielkie Hamerykańskie Miasto to ocean błękitu, a bogate, w przeważającej części białe
przedmieście, bardziej jest podzielone pod względem politycznych upodobań. Moje
towarzystwo w pracy wykazuje też większą powściągliwość w głośnym deklarowaniu
swoich przekonań. Wyjątek stanowił właściwie jeden gość. Jest od sprzedaży,
czyli musi być ugadany i reklamę mieć we krwi. Ale trochę przykro było słuchać.
Po tym, jak zakończył wywód na temat imion Obamy, z których jedno to przecież,
jak każdy wie, Hussain, zrelacjonował następujące zdarzenie. Podczas kampanii
wyborczej podeszła do nich na ulicy pani rozdająca ulotki demokratów. 

– Pozostawiłem
synkowi – który ma cztery latka – rozegranie tej sytuacji. I wiecie, co jej
powiedział? Że jak pomaga w domu, np. sprzątając swoje zabawki, to dostaje
nagrodę. I dlatego jest odpowiedzialny. W związku z czym nie może wziąć od niej
tej ulotki, bo nie będzie pomagał ludziom, którzy są nieodpowiedzialni. – Ktoś
z siedzących przy stole zapytał go, jak w podobnej sytuacji zachowałaby się
jego córeczka (też czteroletnia, bo to bliźnaki). – Aaa, nie, jej takie rzeczy
nie interesują, ona się chce tylko czesać i stroić…

O ile we wtorek wszędzie go było pełno,
o tyle w środę nikt go nie widział i wcale nie jestem pewna, czy w ogóle
przyszedł tego dnia do pracy.

* Czerwony to kolor republikanów, czyli partii bardziej na prawo i bardziej konserwatywnej.

** Niebieski, to kolor demokratów.