Mały średni, czyli Duży, czyli zrównoważony kot o niezwykłym intelekcie, nigdy nie miał problemów z jedzeniem. Gdy tylko usłyszał odgłos nasypywanych chrupek, albo widział, że któryś współkot udaje się ze mną w kierunku żarcia, biegł mniej lub bardziej wyciągniętym kłusem, a najczęściej galopem i na miejsce dystrybucji jedzenia przybywał pierwszy. Nie miał też nic przeciwko braniu pierwszej chrupki z ręki, nauczył się -inteligentna bestia!) nawet wskakiwać na poprzeczkę, żeby być bliżej mojej ręki niosącej żarcie do miski – w ten sposób załapywał się na mini-przystawkę zanim została zaserwowana główna porcja. Po skończeniu swojej miski sumiennie sprawdzał, czy inni wszystko zjadli, a jeśli nie, to sam dokańczał za maruderów.
Toteż gdy przestał wyjadać do końca zawartość swojej miski, mini-przystawki wypadały mu z pyszczka, gdy co prawda na miejsce karmienia przybywał w podskokach, ale potem często siadał z boku zamiast przed miską, stwierdziłam, że coś jest nie tak. Może już urósł tyle ile miał urosnąć i apetyt mu trochę odpuścił? Ale kilka razy w ciągu paru dni znaleźliśmy kocie pluciny, nie zwymiotowaną karmę, ale płyn, który z siebie wyrzucał, ewidentnie usiłując się pozbyć czegoś z żołądka. Cóż, wiosna się zrobiła i ciepło, a co za tym idzie zmiana futra na letnie i myślałam, że może kulka włosia mu gdzieś utkwiła i nie może jej z siebie wyrzucić. Było to wszystko razem jednak na tyle podejrzane, że zdecydowałam się poobserwować go bacznie jeszcze przez dwa albo trzy dni, a jeśli nic się nie zmieni, poszukać pomocy u weterynarza.
Nie musiałam jednak tego robić. Oto siedzieliśmy przy leniwym weekendowym śniadaniu, gdy usłyszałam za plecami znajomy odgłos kociego charkania. Był to Mały średni, czyli Duży, który celował właśnie w okolice butów Mojego. Powodem akcji był jednak nie zapach dobywający się z względnie czystego obuwia (to inny kot, kiedyś, dawno temu, narzygał Mojemu do kapci, bo najwyraźniej go zmuliło), a coś, co wreszcie zaczęło bohaterowi tego wpisu z pyszczka wychodzić. Nie widziałam z daleka, co to jest, zauważyłam jednak, że było dość długie. Mój wstał pierwszy i podszedł do kota, którym zainteresował się też już z lubością wsadzający nos w nieswoje sprawy Pekenio. Mały średni, czyli Duży zestresował się tą powszechną uwagą. Pragnąc doprowadzić rozpoczęty proces fizjologiczny do końca w bardziej kameralnych warunkach, ruszył schodami do góry, ciągnąc zwisające mu z pyszczka dobre 30 cm czegoś, co wyglądało jak wstążka makaronu, taki tagliatel (jeśli istnieje liczba pojedyncza). Nie mógł widać biec zbyt szybko, bo się zatrzymał i Mój zdążył go za tą zwisającą wstążkę czegoś złapać (przez papierową chusteczkę, dodajmy). Delikatnie pociągając, pomógł mu wypluć to coś do końca. Zupełnie nie wiadomo było, czym żółtawy (mówię, że w kolorze makaronu!) obiekt jest. Mój trzymał go pod światło z wyrazem obrzydzenia, ale i wyraźniej ciekawości (rozwija się chłopak!) na twarzy. Już miałam mu powiedzieć, żeby tak z tym nie stał na środku i nie kapał, tylko niech to wywali w cholerę, potem jednak ciekawość i we mnie wzięła górę. Uzbrojona w ręcznik papierowy chwyciłam za drugi koniec i… okazało się, że ów makaron jest elastyczny i to bardzo! Kocurek połknął mianowicie w całości blisko pół metra gumy krawieckiej! Jak, a przede wszystkim, dlaczego to zrobił, nie chciał nam wyjawić. Ucieszyliśmy się, że odbyło się bez wizyty u weterynarza, a być może i interwencji chirurgicznej, ale nasz kotek o wielkich oczach wypełnionych ogromnymi źrenicami jak z komiksu manga (albo po amfetaminie) stracił prawo do tytułu Najinteligentniejszego Kota. Wręcz przeciwnie, Mój, jeszcze przez kilka dni, na jego widok pukał się w czoło gestem oznaczającym coś zupełnie przeciwnego…