W zeszły czwartek bardzo silnie wiało. Pozrywało dachówki z wielu domów i poprzewracało co lżejsze elementy ogrodowe. Koledze z pracy, a jakże, również pracującemu teraz na odległość, przyszło akurat do głowy, że już dawno nie ruszał swojego pick-upa (jest to okropny, wielki, biały diesel, śmierdzący tak, że trzeba zamykać okna, jeśli zdarzy się za nim jechać). Postanowił zrobić sobie krótką przerwę w pracy, wsiadł, włączył silnik, dookoła rozniósł się smród, wyjechał na ulicę, by już po kilkuset metrach natknąć się na obstawiony pachołkami wiatrołom, droga była zablokowana. W innych okolicznościach przyrody wróciłby z piłą łańcuchową (którą, a jakże, również posiada), pociął drzewo i usunął przeszkodę, ale że trzeba było wracać przed komputer, a poza tym był w piżamie, darował sobie to altruistyczne działanie.
Rozmawiałam z sąsiadką, która jest Chinką i śledzi tamtejszy internet. Mówi, że odkąd pamięta, jeszcze takiego wkurzenia w społeczeństwie nie widziała. Oczywiście, wszystko jest cenzurowane, ale i tak daje się zobaczyć wrogie władzy treści, zanim zostaną z prywatnych stron internetowych usunięte. I tak widziała mieszkańców jednego z odwiedzanych przez któregoś dygnitarza miast, jak stojąc na dachach domów wygrażają i krzyczą: kłamcy! kłamcy! Powiedziała, że między innymi gigantyczne zaniżanie podawanych przez władze liczb zmarłych na koronawirusa powoduje tę wściekłość. Mówiła, że nie zdziwiłaby się, gdyby liczba ofiar śmiertelnych w Chinach była nawet dziesięciokrotnie wyższa, niż oficjalnie podawana.
Wieczorem słuchałam wykładu profesora wirusologii ze szpitala uniwersyteckiego w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Mówił, że szczepionka przeciwko temu dziadostwu powinna być gotowa pod koniec tego roku. No, a potem to kwestia dystrybucji.