Czas zarazy 6

Siedzimy sobie przy obiedzie, oboje pracując teraz z domu mamy ten staroświecki komfort codziennego jadania razem obiadów, aż tu słychać straż pożarną. Chwilę wcześniej mieliśmy burzę z piorunami, możliwość, że ognisty, albo też kulisty, w coś trafił i się zajarało, nie była taka znowu absurdalna. Syrena staje się coraz głośniejsza, zaraz wjadą nam do pokoju. Wstaję i idę do okna wychodzącego na ulicę. Oto pod naszym domem przejeżdża właśnie kolumna sześciu wozów strażackich na ogłuszającym sygnale, eskortowana przez dwa wozy policyjne, również na sygnale. Zanim zdążyłam się jednak na poważnie zaniepokoić, że dobra któregoś z naszych sąsiadów stanęły w płomieniach, dostrzegłam sznureczek samochodów osobowych ciągnących zaraz za policją, umajonych kolorowymi balonikami i lśniącymi girlandami. Urodziny!

Teraz nie można robić imprez i gości do domu wpuszczać, w podmiejskiej Hameryce pojawił się więc nowy sposób obchodzenia uroczystości rodzinnych – krewni i znajomi przejeżdżają udekorowanymi samochodami przed domem królika, trąbiąc, wykrzykując życzenia pomyślności nie wychodząc z samochodów, w celu zachowania bezpiecznej odległości. Jak widać pojawiła się też opcja delux ze strażą pożarną i policją w ramach uświetniania. Nic się nie pali, wszyscy siedzą w chałupach i pilnują, przestępczość spadła, policja i służby się nudzą, to czemu nie mieliby się przejechać na dzikim sygnale tempem spacerowym przez spokojne osiedle? Najlepszego!

Czas zarazy 5

Moje znajome małżeństwo, w wieku krótko przedemerytalnym, prowadzi firmę rodzinną. To znaczy teraz właśnie nie prowadzi, bo działalność została zawieszona. Siedząc w domu, zajmują się przygotowaniami do chwili, gdy normalne funkcjonowanie znowu będzie możliwe. W międzyczasie wymyślają różne scenariusze. Umysł mojej znajomej nigdy nie śpi, wręcz przeciwnie, w nocy, nie zajęty codziennymi sprawami, staje się wyjątkowo kreatywny. Nic dziwnego, że już wczesnym rankiem pragnie podzielić się ze swoim mężem tym wszystkim, co przemyślała w ciągu nocy. Gdy jeździli do biura, nie było na to czasu – rano zbierali się i wyruszali do pracy. Teraz spędzają w domu cały dzień, nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby już wczesnym rankiem zacząć rzeczową rozmowę. Kłopot polega na tym, że mózg mojego znajomego nie jest gotowy do błyskotliwych dyskusji zaraz po obudzeniu.

– Czasem po prostu wsiadam w samochód żeby pojeździć sobie trochę tam i z powrotem. To daje mi czas, potrzebny na przygotowanie się do wymiany myśli z moją żoną.

W tym tygodniu ich mieszkająca w Wielkim Hamerykańskim Mieście córka ma urodziny. W związku z zakazem spotkań i groźbą zakażenia, ukuli następujący plan świętowania: rodzice przygotują jej ulubione danie, tak, jak robili to w normalnych czasach. Następnie, bladym świtem, nim robotnicy wstaną, zawiozą garnuś do miasta i zostawią jej pod drzwiami. Z drugim garnusiem podjadą jeszcze i do syna, który również mieszka w mieście i jemu zostawią garnuś pod drzwiami. Wieczorem zaś wszyscy czworo spotkają się na platformie wirtualnej i widząc się na monitorach tudzież słysząc przez głośniki, zjedzą kolację, wszyscy razem to samo danie, tak, jak miało to miejsce każdego innego roku. Dożyliśmy absurdalnych czasów.

Czas zarazy 4 – zaraza w Wielkanoc

Gdy byłam nastolatką, serdecznie nienawidziłam chodzenia z koszyczkiem do kościoła w Wielką Sobotę. Ponieważ łaska wiary została mi odebrana w bardzo młodym wieku, obrządek ten był dla mnie wyrazem hipokryzji. Przez kilka lat awanturowałam się bezskutecznie o prawo niechodzenia z baranem, aż wreszcie odetchnęłam z ulgą, gdy zostałam z tego upierdliwego obowiązku zwolniona.

Tak sobie dzisiaj myślę, że w Polsce jest wiele młodych osób, dla których odgórnie narzucona niemożność pójścia wczoraj z koszyczkiem do święcenia, była, nomen omen, błogosławieństwem.

Czas zarazy 3

Mieszkamy w ładnym, jasnym domu. Zawsze mi było żal, że tak mało czasu w nim spędzam, bo praca, bo tańce, bo wyjścia w Wielkim Hamerykańskim Mieście, do którego dojazd zająć może i pół wieczności, do Zaczarowanego Ogrodu trzeba pójść, ze znajomymi się spotkać… Aż nadeszła zaraza i wszystko, łącznie z biurem, zamknęli. Pracuję teraz siedząc przy biurku w moim pokoju, za plecami mam Mojego przy laptopie, na obiad spotykamy się w naszej kuchni, a wieczory spędzamy w salonie. W weekendy jesteśmy w domu. Odpadają dojazdy do pracy, czyli w moim przypadku półtorej godziny dziennie. Dłużej śpimy. Więcej czytam.

Tak sobie niestandartowo, bo w czwartek w południe, wieszałam pranie i spoglądając przez okno podziwiałam kwitnące drzewa. Ach, jak pięknie być teraz w domu! I w uszach zabrzmiała mi kwestia Pani Dulskiej w wykonaniu Anny Seniuk w Teatrze Telewizji:

„Dla kobiety nie ma jak dom, zawsze to powtarzam i powtarzać będę.”

Tutaj powinnam napisać: kurtyna, ale nie napiszę, bo słysząc Dulską w swojej głowie roześmiałam się tak głośno, że aż Mój zaczął się z sąsiedniego pomieszczenia dopytywać, co mnie tak rozbawiło? No, w sumie, to w ogóle nie jest śmieszne.

Czas zarazy 2

W czwartek pojechałam do sklepu. Chcąc uniknąć spotkania z tłumem ludzi, wybrałam się tam przed dziewiątą wieczorem. Gdy zajechałam na parking zobaczyłam, że na ten pomysł wpadło więcej ludzi. Miałam dość długą listę zakupów i zamiar przebywania w sklepie najkrócej jak się da. Wchodząc sięgnęłam po chustki odkażające, oferowane w automacie przy wejściu. Wytarłam uchwyt wózka i po drodze jeszcze sięgnęłam po odkażający żel do rąk oferowany w pojemniku trochę dalej.

Pierwszą rzeczą, która wylądowała w wózku, były ziemniaki. śmiać mi się trochę chciało, ale przecież wiadomo, że jak są ziemniaki, to jest jedzenie. Planowanych pomidorów, ogórków, papryki i czosnku już nie dostałam. Widać cała okoliczna populacja robi gazpacho. Sałatę wzięłam opakowaną i zapudełkowane kiełki rzeżuchy tak się do mnie witaminowo uśmiechały. Serów wszelkich było pod dostatkiem, ale za mlekiem musiałam się już dobrze rozglądać. Półki z makaronem jak te w Polsce w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, czyli puste. W ogóle nie było też, co bardzo mnie zdziwiło, tofu. Widać weganie zrobili już zapasy na następne pół roku. No i sekcja z artykułami do sprzątania, czyszczenia i odkażania świeciła pustkami. W pobliżu kasy wystawione pudełka z jednorazowymi rękawiczkami. Wszystkie inne rzeczy na mojej liście znalazłam bez problemu (nie kupuję mięsa, więc zupełnie nie wiem, co było, a czego nie było w tamtej części sklepu). Kolejki były przy każdej otwartej kasie (a otwartych było tylko kilka, położonych daleko od siebie, żeby ludzi za bardzo do siebie nie zbliżać) i posuwały się bardzo powoli, bo taśmy odkażane są po każdym kliencie. No a klienci, kupując hurtowe ilości płatków śniadaniowych na przykład, zupełnie nie pomagają w sprawnym przesuwaniu się ogonka. Na stronie internetowej sklepu przeczytałam co prawda, że będą zwracać uwagę ludziom ładującym wiele opakowań jednego i tego samego towaru do wózka, ale kobiecie przede mną, kupującej jak dla wojska, nikt nic nie powiedział. Może dlatego, że było to chwilę przed zamknięciem. I tu nowość – supermarket ten w normalnych czasach był otwarty 24 godziny 7 dni w tygodniu. Teraz otwierają o siódmej rano i zamykają o dwudziestej drugiej. Już samo to wywołuje u wielu, przyzwyczajonych do absolutnego luzu zakupowego, ludzi, odruch paniki.

Obiektywnie rzecz biorąc, zakupy odbyły się normalnie (jeszcze jedno odkażanie rąk przy wyjściu, a potem drugi raz w samochodzie), większość rzeczy dostałam, jeżeli nie tej marki, którą zawsze kupuję, to innej, ale obyło się bez dramatycznych braków. Tym niemniej fakt, że w tym kraju dużowszystkości czegokolwiek może po prostu nie być, wywołał nieprzyjemne wspomnienia z wczesnej młodości po drugiej stronie oceanu, gdy na półkach była li tylko herbata i ocet. Fakt ten wywiera zresztą też duże wrażenie na Hamerykanach, którym brak makaronu i papieru toaletowego nagle zmazuje zwykle szeroki uśmiech z twarzy. Wszyscy są dalej uprzejmi i cierpliwi, ale da się odczuć napięcie.

W sobotę zaś dostaliśmy relację od sąsiadów z tego, jak wyglądają zakupy w czasie weekendu. Przed otwarciem supermarketu o godzinie siódmej rano kolejka około sześćdziesięciu osób ustawiona przed wejściem. W środku brak wybranych produktów i tym razem działająca reglamentacja – nie brać więcej niż jedno opakowanie produktu. Z małymi wyjątkami można dostać, co potrzeba, ale dziury w zaopatrzeniu, kolejki do niewielu otwartych i stale odkażanych kas przypominają, że nie mamy do czynienia z normalną sytuacją.

Czas zarazy 1

Czas zarazy, czy też świadomość jej bliskości, zastała mnie na targach w Brzoskwiniowym Mieście. Gdy wyjeżdżałam, miałam, co prawda bardzo odległą, obawę, że w czasie mojego tam pobytu mogą wprowadzić kwarantannę i ugrzęznę daleko od domu, sprawy nie wyglądały jednak aż tak poważnie. W miarę upływu dni stawało się coraz bardziej jasne, że coś jednak jest nie w porządku. W czwartek dostaliśmy maila z biura, że mamy się tam przez najbliższy czas nie pokazywać, tylko pracować z domu. Jakby ktoś chciał coś z pracy zabrać, albo tam zostawić, nasze karty wejścia uaktywnione są na godziny weekendowe. Wieczorem w niedzielę zaś przyjdzie ekipa i odkazi biuro po naszym tam pobycie. Gdy w piątek wylądowaliśmy w Wielkim Hamerykańskim Mieście, może nie chciałam na lotnisku ziemi całować, ale bardzo mi ulżyło.

Przyjechałam do domu, dzień był przepiękny. Mój zrobił w czwartek zakupy (w sklepie już wtedy wykupili makaron i niektóre inne artykuły, ale to, co chciał, dostał bez problemu) i wieczorem mieliśmy iść na tańce, w sobotę do znajomych, w poniedziałek miałam zaplanowane zajęcia jogi, a przyszły weekend chcieliśmy sobie przedłużyć wyjeżdżając na kilka dni na biegówki. W związku z tym wyjazdem miałam co prawda wątpliwości, no bo jak zawieszą loty, to ugrzęźniemy, ale miejscowe plany towarzyskie tym ryzykiem nie były obciążone. A potem zaczęłam śledzić wiadomości z kraju i ze świata. Po tym zaś, jak odebrałam wideo-wiadomość od byłej koleżanki z klasy, która jest lekarką i bardzo poważnie prosi ludzi, żeby siedzieli w domu i nie stanowili zagrożenia dla ludzi starszych i z obniżoną odpornością, bo takich jest o wiele więcej niż respiratorów w najlepiej nawet funkcjonującym systemie służby zdrowia (a ani hamerykański, ani polski do takich, oględnie mówiąc, nie należą), stwierdziłam, że nie ma się co baranić, tylko trzeba usiąść na tyłku. Zeszłam na dół do Mojego i zakomunikowałam, że wycofujemy się z życia towarzyskiego na najbliższy czas. Poodwoływaliśmy wizyty i wyjazd, a w kilka godzin później okazało się, że w Hameryce wprowadzają stan wyjątkowy i już w ogóle nic się i tak nie odbywa.

Wczoraj był pierwszy dzień pracy z domu. Oszczędzamy na benzynie, oszczędzamy na wyjściach do knajp, na tańcach i oszczędzamy czas dojazdu wszędzie (średnio półtorej godziny dziennie). Oboje z Moim jesteśmy cały dzień w domu, bez innych niż wirtualne kontaktów z ludźmi. Nasz starożytny kot nie może wyjść z podziwu, że nigdzie nie znikamy. Jestem o wiele mniej fizycznie zmęczona i już wiem, że muszę przedłużyć moje codzienne spacery na świeżym powietrzu, żeby móc lepiej spać. Szkoły są pozamykane i bardzo wiele osób pracuje z domu. Najbardziej zadowolonymi mieszkańcami mojej okolicy są psy, na okrągło wyprowadzane teraz na spacery. Dzieci bawią się na polu* jak za mojego dzieciństwa, samochody stoją pod domami, bo nie ma żadnych zajęć pozalekcyjnych, na które trzeba je przez cały czas wozić. Planeta oddycha z ulgą. Kto nie oszczędza, a wręcz przeciwnie, znalazł się w kłopocie, to właściciele małych firm, artyści, restauratorzy i nauczyciele tańca. Trzeba im teraz pomóc.

  • Oboczność południowopolska

Tłusty czwartek

W miniony czwartek byłam w podróży służbowej. Poranny rzut oka na portal Gazety – o, dzisiaj tłusty czwartek, fajnie byłoby być w Polsce / zjeść pączka / mieć czas na usmażenie takowych – niepotrzebne skreślić. Ale nic z tych rzeczy. Najpierw na lotnisko, potem na spotkanie. Po owocnym obejrzeniu nowego stoiska na targi wsiadamy w Ubera, którym jest nowy Leksus. Czego to te Ubery nie używają! Wjechaliśmy na autostradę i po chwili włącza się jakieś pikadło. Kierowca przeprasza – był właśnie do zmiany oleju i widać nie domknęli dobrze pokrywy silnika i alarm się włączył. Zjeżdża na bok i wysiada, domyka pokrywę. Ruszamy. Pikadło znowu się włącza. Kierowca znowu przeprasza i zakłopotany mówi, że w tej sytuacji musi wrócić do warsztatu, żeby zrobili z samochodem porządek. Bardzo mu przykro, ale musi wysadzić nas przy niedalekim zajeździe. Stamtąd nie powinno być problemu z zamówieniem kolejnego Ubera. No trudno – przecież nie będziemy gnać przez świat z pikającym alarmem i niedomkniętą pokrywą silnika.

Zjeżdżamy. Zatrzymujemy się na parkingu naprzeciw wejścia do Dunkin Donuts. Jest to sieć z kawą, bajglami, a przede wszystkim i ponad wszystko – z donutami. Dla niewtajemniczonych: donuty to tutejszy rodzaj pączka, który z pączkiem ma tyle wspólnego, że jest z ciasta drożdżowego, smażony w głębokim tłuszczu i podobnych rozmiarów. Najczęściej ma w środku dziurę, jak bajgiel. Słodki jak nieszczęście, najczęściej z jeszcze słodszą polewą, a jeśli nie z dziurą, to ze słodziutkim nadzieniem. Ciężki, nasiąknięty tłuszczem i lekko kapciowaty. Z eterycznymi, lekkimi jak puch kulami według przepisu mojej babci nie mający nic wspólnego. Tamte pączki to przy donutach produkt dietetyczny.

Tylko, że ja je też lubię. Nigdy prawie jadam, bo moja praca nie polega na układaniu podkładów kolejowych, ani wyrębie tajgi, nie jestem też górnikiem przodkowym i nie miałabym szans na spalenie tych kalorii, ale nie przeszkadza mi to wiedzieć, które są najlepsze (te z polewą czekoladową i nadzieniem budyniowym). Normalnie nawet na nie nie patrzę. No ale w takiej sytuacji! W tłusty czwartek! Samochód się zepsuł i zaparkował przed samym wejściem. Zrządzenie losu! Fatum! Wyrok niebios!

Mojej szefowej, dziewczynie prawie siedemdziesięcioletniej, wagi lekko śmiesznej, odżywiającej się głównie kawą i czekoladą, nie musiałam tego dwa razy powtarzać – o małośmy nóg nie połamały wyskakując z samochodu i biegnąc na wyścigi do owego przybytku pokarmów wątpliwych. Moich ulubionych nie mieli. Zjadłam więc takiego z dziurą i polewą czekoladową i takiego z nadzieniem budyniowym, ale posypanego cukrem pudrem. Ten z polewą był lepszy.

Wiek nie ma znaczenia

5 stycznia 2020

Moja znajoma jest kobietą pełną energii, zaradną, zadbaną, pracującą, która absolutnie nie wygląda na swoje 69 lat. Czasem jednak rozmawia się z nią jak z dwudziestoparolatką. Nie jest to rozumiane jako komplement, raczej jako zdumienie nad światem, którego ona jest częścią. Jaki stawia sobie cel na bliską przyszłość? Chce wyjść za mąż. Kandydata jeszcze nie ma, ale czuje się samotna i twierdzi, że małżeństwo ją z tej samotności wyciągnie. Nie bliska znajomość, pan dochodzący na długie wieczory lub weekendy, nie – to ma być mąż. Po dwóch nieudanych małżeństwach, obu zakończonych rozwodem spowodowanym przez, za każdym razem inne, uzależnienie partnera, ona koniecznie chce wyjść za mąż po raz trzeci. Tryumf nadziei nad doświadczeniem, normalnie!

Tempora mutantur

W minioną środę, u znajomych. Pochodzący z Niemiec gospodarz zapala trzy z czterech świec świątecznej dekoracji na stole. Trzy, bo to dopiero trzeci tydzień adwentu. Wy nie zapalacie świec w taki sposób? Może w kościele, ale tam od lat mnie już nie było. Nie wiem, w domu nie zapalaliśmy. I jarmarku przedświątecznego też nie mieliście? I kalendarzy adwentowych z czekoladką w okienku na każdy dzień? I nie piekliście ciasteczek przez cały grudzień? To co robiliście w adwencie? Czekaliśmy. No, nie tylko. Można było chodzić na roraty. Wstać w ciemności. Ubrać się ciepło. Bez śniadania (post eucharystyczny) iść po skrzypiącym śniegu przez mróz. Potem drżeć w kamiennej budowli przez godzinę, wracać do domu przez ciągle jeszcze gęsty mrok. Zabaw hucznych nie urządzać. Modlić się więcej i więcej pościć.

Gdy o tym opowiadam, sama się dziwię tym niemal ramadanowym standartom. Że święta wtedy to było coś? Nagle rozbłysła feeria światełek choinkowych, prezenty pod choinką, ulubiony barszcz z uszkami na wigilię, słodycze bez ograniczeń, tych kilka pomarańczy. Tak, wtedy święta, to było coś.

Bez przesady, nie wstawałabym dzisiaj o piątej, żeby biec na roraty. Ale prawem kontrastu, święta wtedy, to było coś.

Co tam panie, w polityce? Leniuchy trzymają się dzielnie!

Państwo posłowie i posłanki opozycji, którzy dzisiaj zabumelowali, nie stawiając się na głosowanie w sprawie tzw. ustawy kagańcowej, że zacytuję (z pamięci) klasyka: wam kury szczać prowadzać, a nie do polityki się brać!

Jakikolwiek dalszy komentarz jest zbędny. Jestem wdzięczna Wyborczej, że upubliczniła listę olewusów – co prawda nie można ich od razu z roboty wywalić, ale na pewno trzeba mieć na nich oko.