Niedawno temu w Krakowie

Scenka z krakowskiej demonstracji w proteście przeciwko aresztowaniu Margot i zatrzymaniu około 40 osób, które miało miejsce w Warszawie:

– No i stoimy w bocznej uliczce od śmietnika, na Szerokiej kupa ludzi, machają tęczowymi flagami, skandują, bardzo piękna demonstracja. Na drzwiach komisariatu policji kartka, że w dniu dzisiejszym, w związku z COVID-19 komisariat nieczynny. Turystów w Krakowie jest bardzo mało, ale jednak jacyś się zdarzają i oto w naszej bocznej uliczce od śmietnika pojawia się zagraniczna rodzina z dzieckiem niesionym przez tatę na barana. Nieświadomi sytuacji dziejowej, w jaką właśnie wdeptują, dochodzą do Szerokiej, a tam ten kolorowy, głośny tłum, na widok którego górujący nad wszystkimi kilkulatek na ramionach ojca rozpromienia się i z uroczym uśmiechem, machając rączkami głośno woła: – Oooo, LGBT!!!

Przy drodze

Jedziemy bocznymi drogami. Przejechaliśmy już linię Masona Dixona (nie mylić z linią Maginota). Dokoła farmy, pola uprawne i zagajniki. W jednym, niewielkim ogródku, widzimy potężny baner. Z daleka już czytelny jest napis: „Nawracajcie się, Mesjasz przyjdzie wkrótce!”

Mój, który przez jedenaście lat swojego życia był ministrantem (nawet do Rzymu ze dwa razy pojechał): – Religia to jednak szkodliwa jest.

Kurtyna.

Dwa tygodnie w pięć miesięcy

Mój kolega z pracy pochodzi z Indii, podobnie, jak jego żona. Mają kilkuletniego synka, urodzonego już w Hameryce. W początku marca, gdy tutaj jeszcze nie było wiadomo, jakich rozmiarów zaraza ogarnia świat, żona z synkiem pojechała na dwa tygodnie odwiedzić dziadków w Indiach. Mój kolega był przeciwny, czując, że coś się święci, ale szwagier, chcąc zrobić rodzicom i siostrze prezent, kupił jej bilet na samolot, więc poleciała. Po dwóch tygodniach było już jasne, że o żadnym powrocie do domu w najbliższym czasie nie ma mowy. Jej dwutygodniowe w zamierzeniu wakacje u rodziny skończyły się dopiero niedawno. Po upływie ponad pięciu miesięcy wreszcie udało jej się przylecieć z powrotem. Mój kolega najpierw odchodził od zmysłów, potem pogodził się z faktem, że powrót do normalności trochę potrwa. Po długich usiłowaniach w końcu się udało. Czego sobie i Państwu życzę.

Ludzieeee!

Ludzieeee! Ludzie! Idźcież* 28-go na wybory i wywalcież* z pałacu tę faszystowską pacynkę, co to odmawia człowieczeństwa sporej części tych, którzy mu obiad i krawat swoimi podatkami opłacają! Weźcież* go pogońcie, zanim Wam, razem ze swoimi żalkami, noc kryształową urządzi!

W Hameryce teraz nawet jeden nominowany przez pomarańczowowłosego, arcykonserwatywny sędzia Sądu Najwyższego, federalne prawo, zakazujące dyskryminacji w pracy ze względu na orientację seksualną, ku rozpaczy swego mecenasa (sic!) poparł, a Wy sobie tego niedouczonego duda-wrzoda przez następne 4 lata hodować mielibyście???!!!

*Oboczność południowopolska

Znaczenie

Burminstrzyni Waszyngtonu kazała wymalować wielkimi żółtymi literami na bruku na wprost okien Trumpa: Black Lifes Matter – Czarne życie ma znaczenie. Gest ten krytykowany jest przez część demokratów, jako populistyczny. Może i populistyczny, ale – jaki uroczy!

Redaktor naczelny gazety codziennej w Wielkim Hamerykańskim Mieście musiał odejść po tym, jak w jego piśmie pojawił się artykuł z nagłówkiem: Buildings matter too – budynki również mają znaczenie. Czas najwyższy, żeby do całości społeczeństwa dotarła różnica, między ludzkim życiem, a nieruchomością, papierem wartościowym, czy obniżonym podatkiem dla bogaczy.

Protesty nie gasną, ale stają się coraz bardziej pokojowe. Prezesi większych firm piszą maile do pracowników, w których podkreślają konieczność zmian prowadzących do wyplenienia rasizmu raz na zawsze. Policjanci patrolujący nasze osiedle pozdrawiają nas z radiowozu wyjątkowo uprzejmie.

Czas niepokojów społecznych

Z rąk policji w Hameryce co jakiś czas ginie niewinny człowiek. W różnych miejscach, o różnych porach dnia czy nocy, w różnych sytuacjach. Tym, co łączy te wydarzenia, jest kolor skóry zamordowanych.

Od kilku lat w Hameryce mają miejsce demonstracje i protesty przeciwko systemowi, w którym nad poczynaniami policji nie ma wystarczającej kontroli, w którym w policji pracuje zbyt dużo osób mających problem z agresją.

Ostatnio znowu biały policjant zabił czarnego człowieka. Tym razem protesty ogarnęły całą Hamerykę.

Po pokojowych demonstracjach, w Wielkim Hamerykańskim Mieście i wielu innych miastach, doszło do szabru i wandalizmu. W sklepach sąsiadujących bezpośrednio z budynkiem, w którym kiedyś pracowałam, szyby są powybijane, szkło, kamienie, metalowe elementy leżą na ulicy, na wideo można zobaczyć ludzi wchodzących do sklepu przez rozwalone drzwi i wybiegających np. z dwoma pudełkami butów sportowych.

Oglądam zdjęcia z demonstracji. Biali i czarni, kobiety i mężczyźni. Dużo kobiet. Odręcznie zrobione transparenty, napisy na T-shirtach. Black life matters. Czarne życie ma znaczenie. Znaczenie, które istniejący system kontroli nad policją podważa.

Protesty mają znaczenie. Wandalizm to znaczenie podważa.

Czas zarazy 10

Mam zabytkowego kota. Jak bardzo jest zabytkowy, trudno powiedzieć, bo gdy siedemnaście lat temu zamieszkała z nami, była już duża. Nic więc dziwnego, że gdy w zeszłą sobotę przestała jeść, zaczęła nienaturalnie szybko oddychać i wlazła pod łóżko, przestraszyłam się, że czas spędzany wspólnie na tej planecie może właśnie dobiegać końca. Niedziela upłynęła bez zmian, ale miałam okazję zajrzeć jej w ślepia i nie zobaczyłam tam tego, czego się obawiałam. Ponieważ poniedziałek był tu dniem wolnym, na przyspieszoną wizytę u weterynarza dostaliśmy się dopiero we wtorek.

Tutaj wszystko jest jeszcze zamknięte, więc zamiast wejść jak zwykle z kotem do lecznicy, zostawia się go wraz z wypełnionym formularzem, w śluzie, czyli przedsionku, skąd personel lecznicy wnosi pacjenta do środka, podczas gdy personel domowy czeka w samochodzie na telefon od weterynarza. Pogoda była przecudna, wiał lekki wiatr, który przez otwarte okno wniósł upojny zapach czegoś kwitnącego, narkotyczny zapach, który tak dobrze znam, zapach… kwitnących lip! Rozejrzałam się za jego źródłem i w ten oto sposób, po latach bywania w lecznicy, dotarło do mnie, że drzewo rosnące między budynkami, które tak bardzo urosło, że przejść obok niego można już tylko z lewej strony, bo z prawej pień doszedł do ściany, jest przepiękną, dorodną lipą.

Zadzwonił pan doktor. Dzięki zdjęciu rentgenowskiemu wykluczył raka płuc lub ciężką chorobę serca, w badaniu krwi stwierdził stan zapalny. Zwierzyna dostała kroplówkę i długo działający antybiotyk, oraz tabletki na apetyt. Zawieźliśmy obrażoną, ale już o wiele żwawszą pacjentkę do domu, gdzie przez pewien czas była jeszcze na nas odęta. Następnego dnia trzeba było dać jej tabletkę, ale mając doświadczenie z innym kotem, liczyłam, że gdy owinie się ją w warstewkę masła – zrobi taką kulkę średnicy pół centymetra, aplikacja lekarstwa nie powinna nastręczać trudności. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Bestia, która normalnie nie tyka niczego podawanego z ręki i w ogóle niespecjalnie lubi spoufalanie się, gdy akurat nie ma na to ochoty, przytrzymana przez Mojego i nakarmiona maślaną kulką z lekarstwem przeze mnie, zaczęła się z wielkim smakiem oblizywać. Przez kolejne dni bardzo chętnie jadła tabletkę dwa razy dziennie, za każdym razem widocznie doceniając jej maślany aromat. To trochę tak, jakby mnie, albo Mojego na siłę karmić czekoladą.