Mam zabytkowego kota. Jak bardzo jest zabytkowy, trudno powiedzieć, bo gdy siedemnaście lat temu zamieszkała z nami, była już duża. Nic więc dziwnego, że gdy w zeszłą sobotę przestała jeść, zaczęła nienaturalnie szybko oddychać i wlazła pod łóżko, przestraszyłam się, że czas spędzany wspólnie na tej planecie może właśnie dobiegać końca. Niedziela upłynęła bez zmian, ale miałam okazję zajrzeć jej w ślepia i nie zobaczyłam tam tego, czego się obawiałam. Ponieważ poniedziałek był tu dniem wolnym, na przyspieszoną wizytę u weterynarza dostaliśmy się dopiero we wtorek.
Tutaj wszystko jest jeszcze zamknięte, więc zamiast wejść jak zwykle z kotem do lecznicy, zostawia się go wraz z wypełnionym formularzem, w śluzie, czyli przedsionku, skąd personel lecznicy wnosi pacjenta do środka, podczas gdy personel domowy czeka w samochodzie na telefon od weterynarza. Pogoda była przecudna, wiał lekki wiatr, który przez otwarte okno wniósł upojny zapach czegoś kwitnącego, narkotyczny zapach, który tak dobrze znam, zapach… kwitnących lip! Rozejrzałam się za jego źródłem i w ten oto sposób, po latach bywania w lecznicy, dotarło do mnie, że drzewo rosnące między budynkami, które tak bardzo urosło, że przejść obok niego można już tylko z lewej strony, bo z prawej pień doszedł do ściany, jest przepiękną, dorodną lipą.
Zadzwonił pan doktor. Dzięki zdjęciu rentgenowskiemu wykluczył raka płuc lub ciężką chorobę serca, w badaniu krwi stwierdził stan zapalny. Zwierzyna dostała kroplówkę i długo działający antybiotyk, oraz tabletki na apetyt. Zawieźliśmy obrażoną, ale już o wiele żwawszą pacjentkę do domu, gdzie przez pewien czas była jeszcze na nas odęta. Następnego dnia trzeba było dać jej tabletkę, ale mając doświadczenie z innym kotem, liczyłam, że gdy owinie się ją w warstewkę masła – zrobi taką kulkę średnicy pół centymetra, aplikacja lekarstwa nie powinna nastręczać trudności. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Bestia, która normalnie nie tyka niczego podawanego z ręki i w ogóle niespecjalnie lubi spoufalanie się, gdy akurat nie ma na to ochoty, przytrzymana przez Mojego i nakarmiona maślaną kulką z lekarstwem przeze mnie, zaczęła się z wielkim smakiem oblizywać. Przez kolejne dni bardzo chętnie jadła tabletkę dwa razy dziennie, za każdym razem widocznie doceniając jej maślany aromat. To trochę tak, jakby mnie, albo Mojego na siłę karmić czekoladą.