Nasi Znajomi wybierają się na wakacje z wszystkimi swoimi dorosłymi dziećmi, w liczbie czterech sztuk, z których dwie mają swoje rodziny, więc wszystkiego zbiera się jedenaście osób. Nie jest to może wyprawa do Bieguna Północnego (patrz Kubuś Puchatek), ale biorąc pod uwagę, że spędzą tydzień w wynajętym domu nad morzem, a większość uczestników wyjazdu dociera tam drogą lotniczą, czytaj – limit bagażu, Nasi Znajomi nabyli drogą kupna, nie licząc się z kosztami, bagażnik, aby móc zabrać ze sobą wszystko to, czego nie mogą zabrać inni. W bagażniku tym mogliby spokojnie zmieścić się Nasza Znajoma, Nasz Znajomy i pewnie jeszcze mieliby czym oddychać. Pokaźnych ten rozmiarów element został zamocowany na dachu ich niemałej wielkości samochodu.
Pewnej nocy, około godziny drugiej, ze spokojnego snu wyrwał ich dźwięk telefonu. To jedna z córek, ta, która mieszka sama w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Jest właśnie w lecznicy z psem i lekarz radzi go uśpić. (Pies ma już dużo, albo i trochę więcej lat, korowody z nim są od dawna – a to atak padaczki, a to jakieś inne drgawki, piana z pyska, a przecież nie wściekły, bo szczepiony, utrata przytomności, konieczne podawanie kroplówki, zastrzyki itd. Można sobie wyobrazić, że weterynarz, pełniący akurat nocny dyżur w lecznicy stracił cierpliwość i postanowił postąpić wbrew swojemu finansowemu interesowi, a za to pewnie w interesie psa.)
– Przyjedziesz? – Pyta córka Naszego Znajomego przez łzy.
– No, a co mam zrobić?
Ubrał się i w pół godziny później był w lecznicy, by wesprzeć swą nieutuloną w żalu latorośl. Po trzeciej w nocy wyszli i pojechali do mieszkania córki, marząc tylko o tym, żeby się wreszcie położyć. Gdy wjeżdżali do płatnego garażu, usłyszeli Tajemniczy Niespotykany Dźwięk, o którym, gdyby nie fakt, że byli w miejscu zadaszonym, można by spokojnie powiedzieć, że dochodził z nieba. Niepewni, czy to kilkupiętrowy budynek zaraz zwali im się na głowę, czy też to Siła Wyższa pragnie im coś bezpośrednio przekazać (ostatecznie jest tylu ludzi utrzymujących, że mają objawienia w kuchni albo pokoju telewizyjnym, dlaczego oni mieliby być gorsi i dlaczego nie w publicznym garażu?) Ponieważ jednak żaden gorejący krzew się przed nimi nie pojawił, Nasz Znajomy zatrzymał samochód, wysiadł i zobaczył… drantkę (wyrażenie gwarowe, oznacza pewnej grubości pręt, najczęściej w położeniu poziomym) która wisi przy wjeździe do garażu, informującą, jaki jest limit wysokości dla pojazdów. Drantka spoczywała spokojnie na kilka dni temu zamocowanym bagażniku. Nie było rady – podjechali kawałek dalej, znosząc jeszcze przez moment Niespotykany Dźwięk, który teraz już nie tyle był tajemniczy, co bolesny.
Przy wyjeździe z parkingu wisi identyczna drantka, na tej samej wysokości. Żeby stąd wyjechać, nie niszcząc bagażnika do reszty, trzeba go zdjąć z dachu. W ciągu dnia, gdy w garażu jest ruch, można zapomnieć o takiej operacji. Trzeba to zrobić teraz – zdjąć bagażnik, przejechać pod drantką, wrócić po bagażnik, przenieść go jak czółno (dobrze, że są tu we dwójkę), zamontować bagażnik z powrotem i poszukać miejsca do parkowania na ulicy. Jutro, nie, już dzisiaj, trzeba przecież iść do pracy.