W zeszłym roku pogoda w mojej części Hameryki były taka, że, parafrazując pewien skecz, „nic my koło chałupy nie zrobili, nic!” Lało w każdy niemal weekend, a jak nie lało, to nas nie było, nic więc dziwnego, że uprawiana kwiatami i ziołami część ogródka, zazieleniła się tej wiosny wyjątkowo wybujałym dywanem chwastów. Na szczęście Mój, który nie tylko snuje plany, ale także wdraża je w życie, na tę jedyną wiosenną sobotę kiedy to oboje byliśmy w domu, już nie było zimno, miało nie padać i było przed świętami, zamówił to coś, co się tu używa do przykrywania ziemi na grządkach w celu jej polepszenia, zatrzymania wilgoci i ochrony przed chwastami*. Zanim można było rozsypać to na grządkach, trzeba było te grządki z chwastów i zieleniutkiej, mocnej trawy, oczyścić. Nie będący wielkim fanem prac ogrodniczych Mój, uwijał się jednak konsekwentnie ze szpadelkiem, pytając grzecznie od czasu do czasu, czy to, co akurat zamierza wyrwać, to chwast, czy też jakaś piękna roślina ogrodowa. W którymś kącie, wyrywając soczystą darń, przeciął łopatą mocny, biały korzeń. Ochoczo zabrał się za karczowanie, gdy spojrzawszy na jego działalność zakrzyknęłam uradowana: chrzan! Zostaw, to jest chrzan!
Dwa, a może trzy lata temu, przyniosłam z farmy (o której kiedyś już pisałam, ale pewnie napiszę znowu) chrzan. Nie zużyłam całego od razu i któryś korzeń zdążył mi w lodówce wykiełkować. Do jedzenia już się nie nadawał, więc zakopałam go w kącie. Na wiosnę urosły piękne liście, ale że latem jest tu bardzo gorąco, parno i duszno, już w lipcu zrobiły się żółte i zmarniały. Doszłam do wniosku, że mu przy tej dobrze po południu nasłonecznionej stronie domu za ciepło, że nic z niego nie będzie i zapomniałam o nim. Aż tu patrzcie – ni z tego ni z owego, tydzień przed świętami, świeży korzeń jak znalazł! Radość moja była tym większa, że w sklepie można tu od wielkiego dzwonu kupić korzenie, ale bardzo rzadko i z reguły są już mocno przywiędłe. Dostępny jest też gotowy tarty chrzan w słoiczkach, ale ilość octu w nim dorównuje niemalże ilości samego korzenia. W takich samych miniaturowych słoiczkach można też dostać ćwikłę, przy czym ilość octu dorównuje tej w słoiczkach z samym chrzanem. Swoją drogą, to swoisty paradoks – w kraju, w którym wszystko jest wielkie, a pojemniki z jedzeniem są wielkości gargantuicznych, chrzanowe i ćwikłowe słoiczki są naprawdę miniaturowe. Pewnie dlatego, że zawartość smakuje tak obrzydliwie, że nikt tego właściwie nie chce jeść, a kupuje i podaje się to tu tylko przez wzgląd tradycję, na święto Paschy.
* Kiedyś już o tym pisałam, angielska nazwa to „mulch” – coś jak grubo siekane, podferementowane trociny. Kupuje się w workach w sklepie ogrodniczym, albo zamawia większą ilość z dostawą do domu. Zrzucają to potem z przyczepy przy wjeździe do garażu, tworząc brunatną górę, a właściciel posesji ma zabawę, jak w dawno temu przy dostawach węgla, z łopatą i taczkami.