Chicagoooo

Miniony tydzień, łącznie z weekendem, spędziłam na targach przemysłowych w miejscu, będącym największym na świecie skupiskiem ludzi polskiego pochodzenia. Większym, niż Warszawa. Nie była to moje pierwsza wizyta w Wietrznym Mieście, ale jak dotąd najdłuższa. Żeby być sprawiedliwym, w Chicago mieszka cała masa różnych narodowości, ale polski akcent, czasem baaardzo wyraźny, słychać tam o wiele częściej, niż w innych miastach Hameryki, które dane mi było odwiedzić. W większości to chyba nawet nie są osoby, które same przyjechały z Polski. Mam wrażenie, że ludzie zachowują tam środkowoeuropejski akcent nawet w drugim, a może nawet trzecim pokoleniu. Wyrastają i obracają się wśród osób mówiących w ten sam sposób, więc takiego „wydania” języka się uczą, a jeżeli nie opuszczą rodzinnych dzielnic, zostaje im to na całe życie. Zaletą jest to, że mniej-więcej umieją wymówić moje nazwisko, oraz to, że nie bawią się w zgadywanie mojego akcentu (co po iluś tam latach za granicą staje się dla emigrantki nudne). Jasne jest, że jestem z Polski, czyli z Chicago.

Ale nie same polskie wpływy człowiek śledzi. W któryś wieczór poszliśmy na kolację do rosyjskiej restauracji. Żałowałam, że nie ma tam ze mną nikogo pamiętającego PRL, bo można się było uśmiać po pachy. Poczynając od kelnerek, nieco zbyt młodych, by być faktycznymi, ale duchowo jak najbardziej będącymi dziećmi ZSRR. Karta dań i napitków przyzwoita, ale sposób ich przedstawiania „to jest piwo rosyjskie” – patrzę, a tam faktycznie piwo zza naszej wschodniej granicy, tyle że z Litwy. Która, moja droga dziuniu, jest niepodległym państwem pewnie dłużej, niż ty jesteś na tym świecie… No cóż, raz imperium, zawsze imperium. Choćby w walonkach i na emigracji. Muzyka w tle w wykonaniu chóru Armii Czerwonej chyba. Aż dziwne, że nikt nie tańczy kozaka, ale może pora za wczesna i bar jeszcze nie dość wódki wydał. Ponieważ głośniki w ubikacji działają o wiele nachalniej, sikamy do żwawego rytmu Katiuszy na trzy harmoszki.

Wiem, że kilka osób będzie zainteresowanych tym, co jadłam. Kazałam sobie dać małą porcję barszczu. Był dobry, ale jak na mój gust za kwaśny (pewnie robiony z kiszonych buraków, w których nie gustuję), a na drugie drobiową wątróbkę z cebulką. Wątróbka była pierwsza klasa i znakomicie komponowała się z ciemnym piwem z owego litewskiego browaru, po który wyciągają się mentalne szpony. Ciemny chleb dobry, ale trochę za dużo melasy, ćwikła rewelacyjna.

Trzeba im oddać sprawiedliwość, że lustra w sali jadalnej mają przepiękne, kryształowe, wypolerowane na wysoki połysk. Pałac Kultury i Nauki, albo dziedzictwo caratu.

Na nowym miejscu

Neue Liebe, neues Leben!

Goethe

W moim przypadku, to nowa witryna bloga. Zamykają bloxa, trzeba więc było zwinąć manatki i udać się w nowe miejsce. Udało mi się przetransportować wszystkie notki od 2005 roku (sic!), niestety bez komentarzy. Teraz odkrywam kolejne funkcje oferowane przez wordpress i muszę przyznać, że przejście z bloxa jest jak zamiana malucha na volvo. Jeszcze nie znam wszystkich przycisków, ale bardzo mi się tu podoba. Może nawet jeździć będę częściej?

Czego sobie i Państwu życzę.

Odgłosy zimowej nocy

Spokojny wieczór. Niezwykle, jak na tę okolicę, silny mróz. Za oknem leży śnieg, potęgując jeszcze panującą ciszę. Po dość aktywnym dniu w pracy relaksuję się w pokoiku na piętrze. Mój jest w podróży, udało mu się uciec przed tymi syberyjskimi temperaturami na kilka dni do ciepłej Kalifornii. Kot śpi na poduszkach. Zapaliłam sobie woskowe świece dla nastroju i podkręciłam trochę ogrzewanie. Cisza. 

Nagle – DUP!!! Szeroko otwieram przymknięte oczy – ki diabeł??? Gdybym miała młode koty, pomyślałabym, że właśnie przewróciły jakiś ciężki mebel na dole. Ale kota mam już tylko jednego i to starego, który czas swój spędza na poduszkach. śnieg zsunął się z dachu? Odgłos byłby podobnie mocny, ale bardziej bardziej stłumiony. Może to kawałek lodu spadł na taras? Idę na dół, świecę światło na tarasie – przyprószony idealnie równą warstwą czyściutkiego śniegu. Patrzę przez drzwi wejściowe – tak zimno, że nikogo na spacerze z psem nie widać. Nie ma rady – schodzę do piwnicy. Zaglądam w kąty, wyglądam przez okna – śnieg za domem dziewiczy, żadnych śladów sarnich kopytek, cisza.

Wracam na górę i decyduję się zignorować słyszany odgłos, przyjmując, że musiało spaść coś, czego nie zauważyłam. Nie mam pojęcia, co mogłoby to być, no ale jakąś hipotezę roboczą trzeba przyjąć. Robię jeszcze rachunek sumienia z zakręcania wody doprowadzonej do kurków w ogrodzie, ale doskonale pamiętam, że jesienią sama to zrobiłam. Jestem już w łóżku, gdy przed samym zaśnięciem słyszę – DUP!!! Ignoruję. Teraz i tak niczego nie odkryję. Budzę się na chwilę przed budzikiem, na polu oczywiście jeszcze ciemno, cisza, nagle – DUP!!! Hmmm. Jakbym miała ten odgłos do czegoś porównać, to chyba do pękającego na ostrym mrozie drzewa w lesie. Mróz tej nocy chyba był wystarczający, ale w środku mojego domu nie rosną drzewa…

W pracy myślę o tym dziwnym odgłosie. Zupełnie inny niż kroki na pustych drewnianych schodach, albo niezamieszkanym strychu, z jakimi zdarzało mi się kiedyś mieszkać, dawno temu, na innym kontynencie. Dzielę się obserwacją z koleżanką. Bingo! Czytała rano lokalne wiadomości w internecie i wyczytała, że temperatura spadła tak gwałtownie, a ziemia po całym 2018, w którym właściwie bez przerwy padał deszcz, tak jest nasączona, że w naszej okolicy zaobserwowane zostało zjawisko, zdarzające się normalnie tylko w Kanadzie i najbardziej na północ wysuniętych terenach Hameryki, polegająca na tym, że ta duża ilość wody gruntowej szybko zamarza, rozszerza się i powoduje mikroeksplozje, które są słyszalne, zwłaszcza w nocy i wieczorem, gdy poza tym panuje cisza. Po angielsku to się nazywa cryoseism. Zjawisko nie mające nic wspólnego z ruchami tektonicznymi, a dużo z lodem.

Cel

„Po jednej stronie jest jasność, ufność, wiara, piękno ziemi, zdolność ludzi do entuzjazmu, po drugiej ciemność, zwątpienie, niewiara, okrucieństwo ziemi, zdolność ludzi do zła. Kiedy piszę, pierwsza strona jest prawdziwa, kiedy nie piszę, druga. Czyli muszę pisać, żeby uchronić się przed rozpadem. Niewiele w tym stwierdzeniu filozofii, ale sprawdzone jest doświadczalnie.”

Czesław Miłosz: „Piesek przydrożny”, wyd. Znak 2016, str. 106

 

Pisanie można zamienić na inną działalność. Mistrzowi pomagało, a wiedział, o czym mówi.

 

Głosowałam

Przejęci wizją niespotykanej, jak na wybory w środku kadencji prezydenckiej, frekwencji, zerwaliśmy się dobrze przed świtem, aby zdążyć do kolejki jeszcze przed otwarciem lokalu wyborczego. Wiem, że są ludzie, którym może się to skojarzyć z ustawianiem się po bułki przed zamkniętym sklepem we wczesnych latach osiemdziesiątych. Teraz mamy nowe stulecie, inny kontynent i gdy docieramy na miejsce, przed nami, w listopadowej, burej mżawce, stoi już ponad trzydzieści osób. W ciągu kilku kolejnych minut kolejka zwiększa się do pięćdziesięciu czynnych uczestników procesu demokratycznego. Punktualnie o siódmej otwierają się drzwi i spokojnie, jak to w Hameryce, bez pchania i popychania, sznurek ludzi wchodzi do budynku kościoła baptystów. Oprócz szkół, remiz strażackich i tym podobnych budynków użyteczności publicznej, wiele kościołów różnych wyznań gości tutaj lokale wyborcze. W tym kontekście lęk tutejszych obrońców białej rasy przed przeniesieniem wyborów na niedzielę, bo wtedy Afroamerykanie poszliby głosować prosto z mszy i zmietli rasistowskie wstecznictwo, nabiera dodatkowego uzasadnienia.

W holu siedzi komisja, podchodzę do stolika wydającego karty do głosowania osobom o nazwisku zaczynającym się na moją literę, sprawdzają mi prawo jazdy – w Hameryce nie ma dowodów osobistych i najczęściej używanym do identyfikacji dokumentem jest prawo jazdy. Można też oczywiście wylegitymować się np. paszportem USA, ale prawie nikt tego nie robi. – Podpisuję listę i dostaję kartę do głosowania – wielką płachtę wydrukowaną na sztywnym papierze. Zależnie od miejsca w którym głosujemy, może to być jedna lub więcej stron. Czasem na odwrocie znajduje się pytanie referendalne – np. tym razem w niektórych stanach mieszkańcy mogli zdecydować, czy chcą legalizacji marihuany. (Niestety, tu gdzie mieszkam nie dano nam jeszcze tego wyboru, kwestia czasu, jak mniemam).

Idę do kabiny – szumna nazwa, jest to rodzaj wysokiego, osłoniętego z trzech stron i od góry stoliczka, przy którym staje się trochę jak przy bankomacie. Można zakreślić wybraną partię, albo poszczególnych kandydatów. Głosowanie tylko teoretycznie jest tajne, bo bez problemu można podpatrzeć, co maluje osoba przy sąsiednim stoliczku. Nikt zresztą się specjalnie ze swoimi wyborami nie kryje. Po dokonaniu wyboru ustawiam się w następnej kolejce – do maszyny, obsługiwanej przez członka komisji wyborczej, a wyglądającej jak ogromna, iście hamerykańska niszczarka do dokumentów. Gdy przychodzi moja kolej, kładę na niej moją kartę „twarzą do dołu”, a ta wsysa ją, nie wydając jednakże charakterystycznego niszczarkowego warkotu, co nieco mnie uspokaja. Sięgam jeszcze po znaczek „I voted” (Głosowałam), przyczepiam go sobie do kurtki i bardzo z siebie zadowolona wychodzę na zewnątrz.

Moje zadowolenie wzrasta jeszcze następnego dnia, gdy okazuje się, że wszyscy moi kandydaci do parlamentu i władz lokalnych zostają wybrani. W tym startująca pierwszy raz reprezentantka do Kongresu, która odbiera stanowisko zajmowane do tej pory przez pana z partii oględnie mówiąc, nieco zbyt konserwatywnej. Rewolucja jest kobietą. I tej wersji będę się trzymać.

Obywatelski obowiązek

W polskich niedzielnych wyborach, ponieważ są to wybory samorządowe a nie parlamentarne, jako że przebywam za granicą, wziąć udziału nie mogę. Ograniczyć się więc tylko muszę do uprzejmej prośby o powstrzymanie tego obłędu, z którym mamy do czynienia od blisko trzech  lat.

W listopadzie za to, a dokładniej we wtorek, 6-go, będę mogła spełnić obywatelski obowiązek w Hameryce. Wybory hamerykańskie odbywają się mianowicie we wtorki. Siła tradycji, podtrzymywana siłą bezwładu, a także, jak utrzymują krytycy obecnego stanu rzeczy, strachem sił konserwatywnych, że przeniesienie ich na dzień dla większości obywateli wolny, czyli niedzielę, poskutkowałoby zwiększoną frekwencją wyborczą. Wielu Czarnych Hamerykanów mogłoby się bowiem udać do urn prosto z kościołów, w których zapewne zostaliby skutecznie zmotywowani do głosowania, tyle, że bynajmniej nie na siły konserwatywne. 

Wszystko przez Lutra

Usiłuję przetłumaczyć Mojemu (który jest Niemcem) podpisy pod kocią historyjką obrazkową. Na pierwszym obrazku widzimy kłaki wiszące nad spokojną tonią, a podpis brzmi: 

„Koci włos unosił się nad wodami”

Ponieważ dla docenienia sensu historyjki nie tylko treść, ale i styl jest ważny, kombinuję, jak też to zdanie z Genesis może brzmieć po niemiecku. (Wychowana w polskim ortodoksyjnym katolicyzmie, gdy tylko dane mi było skorzystać z wolnej woli zakończyłam kontakty z kościołem, w związku z czym moje słownictwo religijno-biblijne tak w niemieckim, jak i angielskim, jest dość ograniczone.) Ponieważ rozmowa toczy się po niemiecku z kimś, kto w odległej swej młodości, przez jedenaście lat był ministrantem, liczę, że gdy wypowiem zdanie zbliżone nieco do tego z Księgi Rodzaju, on od razu poda mi dokładne niemieckie brzmienie. Nadzieje moje płonne. W ogóle nie jarzy, o czym mówię.

– Biblia, Stary Testament, Genesis, no jak dokładnie brzmi to zdanie o Duchu Bożym unoszącym się nad wodami?!

– To zależy od tłumaczenia. – Denerwuje mnie swoją dokładnością.

– Ja wiem, ale pomyśl o jakimś takim starym tłumaczeniu, żeby to brzmiało dostojnie! – Chcę wreszcie przejść do historyjki.

– Co prawda jestem katolikiem, ale wiem, że Biblię na niemiecki pierwszy przełożył Luter. – Dalej spokojnie doprowadza mnie do szału.

– Jasne, tyle to ja też wiem! Na polski w tym samym stuleciu przełożył Wujek. – Dodaję, bo nagle przypomniało mi się ze szkoły.

– Nie wiedziałem, że mówimy o kimś z twojej rodziny! – Zaśmiewa się Mój, znający polskie słowa określające stopień pokrewieństwa. 

Ostatecznie przy pomocy wujka, tyle że Googla, znalazłam niemiecką wersję zdania. Z jedenastu lat ministrantury Mojego, dla naszej dyskusji wynikło bowiem tylko to, że Biblię na niemiecki przełożył Luter.

Najjaśniejszego pana muchy (nie)obsrały

Sytuacja polityczna po zamieszkiwanej przeze mnie stronie oceanu jest, jak to ujął wczoraj pewien dziennikarz, rozwojowa. Już w zeszłym roku, w ramach realizowania hasła, że nic o nas bez nas, zdecydowałam się rozpocząć proces, mający mi dać tutejsze prawa wyborcze. Zakończył się on sukcesem i za kilka miesięcy wezmę czynny udział w tym, co zapowiada się jako bardzo emocjonujące wybory.

W każdym tutejszym urzędzie państwowym, na ścianie wisi portret aktualnie urzędującego prezydenta. Formalności wymagały mojej wizyty w takowym urzędzie, znajdującym się w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Po przejściu bramki jak na lotnisku, weszłam do wielkiej poczekalni, mogącej bez problemu pomieścić ze dwieście osób, w trzech czwartych wypełnionej ludźmi. Usiadłam i, czekając na swoją kolejkę, rozejrzałam się dookoła. Dopiero po dobrych kilku minutach zauważyłam zdjęcie aktualnie urzędującego. Oprawione w niewidoczne niemalże ramki, miało rozmiary co prawda nie znaczka pocztowego, ale niewiele większe od zeszytu do matematyki z podstawówki. Urzędnicy Wielkiego Hamerykańskiego Miasta, zdewastowani, jak w większości tutejszych miast, wynikiem wyborów dwa lata temu, zamówili widać najmniejszy dopuszczalny portret, zadbali o skromną oprawę i nienarzucające się miejsce na ścianie. Nie jest on upstrzony przez muchy tak, jak ten u w szwejkowej gospodzie, pewnie tylko dlatego, że w tego typu budynkach się tu okien nie otwiera, bo jest klimatyzacja. A szkoda, nie ma to wszak jak świeże powietrze.

Jakie czasy, takie krzepienie serc

Dzielny wojak Szwejk przyszedł do Kaczalnka, a ten mu pokazuje rysunek, na którym sądy są na niebiesko, prokuratura na czerwono, a trybunał konstytucyjny na żółto i mówi – popatrz, to na niebiesko, czerwono i żółto jest nasze, nikt nam nie podskoczy. Na to Szwejk – u nas w Pradze, na Małej Stranie żyła stara Havrankova. Miała ona trzy nocniki: niebieski, czerwony i żółty. – I co dalej? – pyta Kaczalnik. – Jak przyszło co do czego to się na schodach zesrała – odpowiedział Szwejk.* 

Jakiego to, rychłego, końca samodzierżawców sobie i Państwu życzę.

A tymczasem, mając przed oczami Georga Cloony w filmie z 2005 roku – Good night and good luck.

 

* Przypowieść przeczytana w komentarzach Gazety Wyborczej. Niestety nie pamiętam nicka autora.

Sceny z baru i urzędu

Przy barze siedzi sześciu dziadków. Jak co wieczór, popijają piwo i patrząc na ekran z programem sportowym od niechcenia, a siarczyście, przeklinają obecnego prezydenta i partię rządzącą. Wszyscy byli w Wietnamie. Wszyscy wiedzą, o czym mówią. Barman, nie podzielający ich poglądów politycznych, jest dobrym barmanem i wie, kiedy stulić pysk. Otwierają się drzwi i wchodzi nowy dziadek. Jest tu najwyraźniej na gościnnych występach, bo natychmiast po zamówieniu piwa wydaje z siebie pean pochwalny na temat aktualnej władzy. W tym momencie nasz sprawozdawca wyciąga szwajcarską flagę, w przyspieszonym tempie płaci za konsumpcję i oddala się z baru przyspieszonym krokiem.

Urząd imigracyjny w Wielkim Hamerykańskim Mieście, które wraz z wieloma innymi Wielkimi Hamerykańskimi Miastami jest w zapiekłej opozycji do obecnej władzy. Przepisy nakazują, że w tego rodzaju urzędach państwowych ma wisieć portret prezydenta. Po dłuższej chwili lustrowania ścian pełnych obrazów przedstawiających sceny z historii Stanów Zjednoczonych, udaje nam się dojrzeć niewyraźnie zdjęcie mało atrakcyjnego blondyna. Przepisy jak widać nie określają wielkości portretu, bo zdjęcie to, umieszczone w rozległej sali, bez problemu mieszczącej ponad dwie setki ludzi, jest wielkości rozłożonej kartki z zeszytu szkolnego.  

Jestem pewna, że ciąg dalszy nastąpi.