Moja Koleżanka od zawsze miała psy, ulubione wilczury lub inne duże, dobrze ułożone i szczęśliwe. Jakiś czas temu zaczęła współpracę z organizacją ratującą psie życie nieszczęśnikom, którzy, z powodu jakiegoś zachowania w przeszłości, a czasami wcale nie podeszłego wieku, nie mieli szans na adopcję i czekało ich uśpienie. Taki pies, po ostrożnym wprowadzeniu, dołączał do jej domowego stadka i miał szansę żeby zaprezentować swoją osobowość. Przebywanie w przyjaznym otoczeniu dobrze na nie wpływało, szybko uczyły się od domowych psów reguł zachowania i odnoszenia się do innych. Po kilku tygodniach – czasem po kilku dniach, a czasem po kilku miesiącach – psy szły do adopcji i w absolutnej większości wypadków były to adopcje udane. W przeciągu tych, już dobrych kilku lat, zdarzyło się parę razy, że któryś pies do niej wracał, ale powód był zawsze ten sam – nie sprawdzili się adoptujący. Po znalezieniu innych chętnych, pies znajdował dobry dom na stałe.
Jakiś czas temu o działaniu organizacji dowiedzieli się pseudohodowcy – Amisze. Organizacja zajmuje się ratowaniem psów z problemami w zachowaniu (dlatego to, że Moja Koleżanka ma kilka własnych psów, jest takie ważne – to one w znacznej mierze korygują ewentualne skrzywienia w psychice nowoprzybyłych), a tu zaczęły się telefony od tych chrześcijan, którzy chcą się pozbyć: szczeniaków, które za bardzo wyrosły, zanim zdążyli je sprzedać, szczeniaków z problemami zdrowotnymi, za leczenie których ani myślą płacić (pies ma być dla nich źródłem zarobku, a nie wydatków) i, najczęściej, psich matek, które nie mogą już na okrągło mieć szczeniaków i których dalsze trzymanie (w klatkach, w stodołach, bez wybiegu, bo tak się tam te psy trzyma) przestaje być dla nich opłacalne. Od tej pory Moja Koleżanka częściej niż psy z problemami w zachowaniu, przygotowuje do adopcji psy spokojne, nieśmiałe, nierzadko wycofane. Jej domowe psy mają znów pełne łapy roboty, tylko teraz nieco innej.
Niedawno zagościła u niej cocker-spanielka (a, bo te wszystkie amiszowe psy są oczywiście „rasowe”) niewidząca na jedno oko i niesłysząca. Dopóki dawała zdrowe szczeniaki, to ją trzymali, a jak już nie może, to telefon jak zwykle – albo ją weźmiecie, albo sam zastrzelę. Organizacja bierze, choć robi bokami, bo bogobojna sekta dba o ruch w interesie. Spanielka ląduje u Mojej Koleżanki. Głuchego psa nie można zawołać, bo nie usłyszy. Jak przywołać ją z podwórka? Wieczorem – kreśląc wokół psa koła snopem światła z latarki. Szybko się nauczyła, że to oznacza powrót do domu i kolację. A w dzień? Wysyłaniem drugiej psiny, adoptowanej jakiś czas temu pseudo cavalier king charles. Mówi się jej – przyprowadź i ta sunia, choć kanapowa, a nie zadaniowa, jak wilczury, biegnie i tak długo biega w kółko dookoła spanielki, aż ta zrozumie, że trzeba biec za koleżanką.
Tylko jakie są szanse znalezienia domu dla głuchego i ślepego na jedno oko pseudo cocker-spaniela? Po kilku tygodniach pojawiło się małżeństwo, które miało dwa psy, jamnika, który dużo szczeka (to taka rasa, one są głośne z natury) i… głuchą cocker-spanielkę. Cocker-spanielka dożyła ostatnio swoich dni i teraz jamnik jest smutny. Szukali więc podobnego psa, któremu nie przeszkadzałoby częste ujadanie współmieszkańca, a tu takie szczęście – nie dość, że też niesłysząca, jak poprzedniczka, to jeszcze i spanielka! A że niedowidzi na jedno oko, to w tej sytuacji naprawdę drobiazg. Pies poszedł do ludzi mających doświadczenie w opiece nad inwalidką, towarzyski jamnik jest szczęśliwy, a u Mojej Koleżanki zwolniło się miejsce dla kolejnego psa w potrzebie. I jak tu nie wierzyć w cuda?