Psia nadzieja

Moja Koleżanka od zawsze miała psy, ulubione wilczury lub inne duże, dobrze ułożone i szczęśliwe. Jakiś czas temu zaczęła współpracę z organizacją ratującą psie życie nieszczęśnikom, którzy, z powodu jakiegoś zachowania w przeszłości, a czasami wcale nie podeszłego wieku, nie mieli szans na adopcję i czekało ich uśpienie. Taki pies, po ostrożnym wprowadzeniu, dołączał do jej domowego stadka i miał szansę żeby zaprezentować swoją osobowość. Przebywanie w przyjaznym otoczeniu dobrze na nie wpływało, szybko uczyły się od domowych psów reguł zachowania i odnoszenia się do innych. Po kilku tygodniach – czasem po kilku dniach, a czasem po kilku miesiącach – psy szły do adopcji i w absolutnej większości wypadków były to adopcje udane. W przeciągu tych, już dobrych kilku lat, zdarzyło się parę razy, że któryś pies do niej wracał, ale powód był zawsze ten sam – nie sprawdzili się adoptujący. Po znalezieniu innych chętnych, pies znajdował dobry dom na stałe.

Jakiś czas temu o działaniu organizacji dowiedzieli się pseudohodowcy – Amisze. Organizacja zajmuje się ratowaniem psów z problemami w zachowaniu (dlatego to, że Moja Koleżanka ma kilka własnych psów, jest takie ważne – to one w znacznej mierze korygują ewentualne skrzywienia w psychice nowoprzybyłych), a tu zaczęły się telefony od tych chrześcijan, którzy chcą się pozbyć: szczeniaków, które za bardzo wyrosły, zanim zdążyli je sprzedać, szczeniaków z problemami zdrowotnymi, za leczenie których ani myślą płacić (pies ma być dla nich źródłem zarobku, a nie wydatków) i, najczęściej, psich matek, które nie mogą już na okrągło mieć szczeniaków i których dalsze trzymanie (w klatkach, w stodołach, bez wybiegu, bo tak się tam te psy trzyma) przestaje być dla nich opłacalne. Od tej pory Moja Koleżanka częściej niż psy z problemami w zachowaniu, przygotowuje do adopcji psy spokojne, nieśmiałe, nierzadko wycofane. Jej domowe psy mają znów pełne łapy roboty, tylko teraz nieco innej.

Niedawno zagościła u niej cocker-spanielka (a, bo te wszystkie amiszowe psy są oczywiście „rasowe”) niewidząca na jedno oko i niesłysząca. Dopóki dawała zdrowe szczeniaki, to ją trzymali, a jak już nie może, to telefon jak zwykle – albo ją weźmiecie, albo sam zastrzelę. Organizacja bierze, choć robi bokami, bo bogobojna sekta dba o ruch w interesie. Spanielka ląduje u Mojej Koleżanki. Głuchego psa nie można zawołać, bo nie usłyszy. Jak przywołać ją z podwórka? Wieczorem – kreśląc wokół psa koła snopem światła z latarki. Szybko się nauczyła, że to oznacza powrót do domu i kolację. A w dzień? Wysyłaniem drugiej psiny, adoptowanej jakiś czas temu pseudo cavalier king charles. Mówi się jej – przyprowadź i ta sunia, choć kanapowa, a nie zadaniowa, jak wilczury, biegnie i tak długo biega w kółko dookoła spanielki, aż ta zrozumie, że trzeba biec za koleżanką.

Tylko jakie są szanse znalezienia domu dla głuchego i ślepego na jedno oko pseudo cocker-spaniela? Po kilku tygodniach pojawiło się małżeństwo, które miało dwa psy, jamnika, który dużo szczeka (to taka rasa, one są głośne z natury) i… głuchą cocker-spanielkę. Cocker-spanielka dożyła ostatnio swoich dni i teraz jamnik jest smutny. Szukali więc podobnego psa, któremu nie przeszkadzałoby częste ujadanie współmieszkańca, a tu takie szczęście – nie dość, że też niesłysząca, jak poprzedniczka, to jeszcze i spanielka! A że niedowidzi na jedno oko, to w tej sytuacji naprawdę drobiazg. Pies poszedł do ludzi mających doświadczenie w opiece nad inwalidką, towarzyski jamnik jest szczęśliwy, a u Mojej Koleżanki zwolniło się miejsce dla kolejnego psa w potrzebie. I jak tu nie wierzyć w cuda?

Zanim rok się skończy – 2

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Obiecałam śmieszniejszy, a w każdym razie bardziej optymistyczny wpis przed końcem roku. Oto on.

Tuż przed świętami mieliśmy ostatnią w tym roku milongę – zabawę taneczną, na której tańczone jest tango argentyńskie. Wiosną pisałam o naszym koledze i nauczycielu tanga, który miał wylew i mało nie pożegnał się z tym światem, przeżył, ale miał sparaliżowaną połowę ciała i afazję. Jednak, jak to mówią, jeszcze nie była jego pora. Zawziął się i bardzo ciężko pracował na rehabilitacji. Efekt przerósł oczekiwania lekarzy, bo co prawda jak dotąd nie doszedł do 100 procentowej sprawności sprzed wylewu, ale zrobił takie postępy, że nie tylko tańczy, ale powoli wraca też do uczenia tańca. Jak na razie nie sam, z pomocą innej nauczycielki, ale ostatnie słowo nie zostało jeszcze powiedziane.

Milonga poprzedzona była kolacją składkową, na którą zobowiązałam się przygotować dwie wegańskie potrawy, z których jedna była bezglutenowa. Wegańskie jedzenie to żaden problem. Grzyby z kapustą kiszoną – w takiej proporcji, więcej grzybów niż kapusty – zapiekane w cieście filo, nie tylko smakowały, ale i prezentowały się bardzo pięknie (to często problem z potrawami typu bigos – smak boski, ale wygląd dość szarobury i dla osób nieznających się na rzeczy mało zachęcający). Potrawą bezglutenową była zaś kasza gryczana z prażonymi orzechami włoskimi podsmażonymi z porem i przyprawami. Największym fanem tego wynalazku okazał się facet rodem z Nowej Zelandii, czyli kawałka świata sprawiedliwie najbardziej oddalonego od ojczyzny gryki, którą jest Europa środkowo-wschodnia. Jak to nigdy nie wiadomo, co komu będzie smakowało.

Zanim się rok skończy – 1

Listopad dawno minął, grudzień grozi świętami, wiele się wydarzyło, a tu niewiele napisało. Przegraliśmy wybory i teraz zamiast dążyć do świetlanej przyszłości, a przynajmniej żyć w miarę normalnym politycznym klimacie, będziemy mieli kolejne lata bez trzymanki, za to z idiotyzmem, wstydem przed światem i daj boziu, żeby tylko tyle. Teraz ludzie zajęli się przygotowaniem do świąt, to ich trochę na inne myśli sprowadza, ale jeszcze w okolicach święta Dziękczynienia emocje były bardzo rozgrzane. Mieliśmy na świętodziękczynnej kolacji gości – sąsiadów, ona Chinka z hamerykańskim obywatelstwem, on Hamerykanin. Pełni obaw co do przyszłości, jak cała nasza strona polityczna, ale idący dość daleko, przede wszystkim on, bo już zaczął się dowiadywać, który kraj Ameryki środkowej najlepiej by się nadawał na miejsce emigracji. Całe życie spędził w Hameryce, ale robi wrażenie, jakby naprawdę chciał być uchodźcą politycznym. Czegoś takiego może sobie życzyć tylko bardzo naiwny człowiek, który do tej pory prowadził bezpieczne i wygodne życie. Gorzej, że tym swoim gadaniem bardzo stresuje żonę, która z jednej strony więcej wie o tym, jak to jest żyć w państwie, delikatnie mówiąc, nieprzyjaznym dla swoich obywateli oraz jak to jest żyć w państwie, którego obywatelką się nie jest, z drugiej jednak strony, boi się narastania rasistowskiej przemocy, skierowanej przeciwko żyjącym tu Chińczykom. Usiłowałam ją uspokoić, że nikt z białych nie jest w stanie stwierdzić, czy ona jest Chinką, czy Japonką, Koreanką albo Wietnamką. To rozpoznają po wyglądzie tylko oni, ludzie z Dalekiego Wschodu. Jakby ją ktoś głupio zaczepiał, zawsze może utrzymywać, że pochodzi z innego kraju, dla uspokojenia może sobie przygotować jakąś legendę, chociaż ja uważam, że nie będzie potrzeby jej użycia. Miejmy nadzieję.

I na tym między innymi polega white privilege – przywilej bycia białą – choć mam wyraźny obcy akcent, to jednak sam krój moich oczu ani kolor mojej skóry nie wzbudza nieprzyjaznych uczuć u rasistowskich szumowin, które, czego się obawiamy, znowu sobie teraz przez kilka lat popływają po wierzchu.

Proszę się nie smucić – następny wpis będzie śmieszniejszy.

Wesele w Hameryce

W miniony piątek, trzynastego, byłam na weselu. Wcześniej dane mi było gościć tylko na jednym hamerykańskim weselu, mało tradycyjnym, bo gejowskim i u Kwakrów. To ostatnie również nie należało do całkiem standartowych. Już po dacie poznać można, że państwo młodzi nie są przesądni. Dla panny młodej jest to drugie małżeństwo, dla jedenaście lat od niej młodszego pana młodego, pierwsze. Mieszkają ze sobą już z siedem albo osiem lat, więc zakładamy, że wiedzą, co czynią. W piątek po południu, eleganccy, pachnący, spóźnieni i zdenerwowani, z prezentem w kopercie tudzież szampanem w butelce, siedzieliśmy w Uberze i wyobrażali sobie, jak to ceremonia się rozpocznie, zebrani goście w absolutnym skupieniu słuchać będą cichych słów płynących z ust stremowanych narzeczonych, aż tu z hukiem otworzą się ciężkie podwoje i wejdziemy my, nawet raz w życiu nie umiejący się zachować i przybyć na czas. Wyruszyliśmy bowiem z domu nieco później, bo nam zeszło. Na miejscu uniknęliśmy obciachu nie tylko dlatego, że nie było tam ciężkich drzwi – uroczystość miała miejsce pod gołym niebem. Uber zajechał przed wejście do country clubu (nie znam polskiego odpowiednika, w Polsce instytucja country club nie występuje) na minutę przed godziną wu. Z ulgą spostrzegliśmy poruszających się przed nami żwawo w określonym kierunku elegancko ubranych ludzi – nie byliśmy jedynymi spóźnialskimi. Ogród, w którym miała się odbyć ceremonia, zaprojektowany był specjalnie w celu goszczenia podobnych wydarzeń. Ładnie tam było. Front, czyli to, co w budynkach służących celom religijnym nazwalibyśmy ołtarzem, rajskimi wrotami albo arką przymierza, ale co nie było żadną z tych rzeczy, przystrojony był gustownie. Na zielonej trawie ustawiono białe krzesła, z których połowa, w znacznej mierze wypełniona gośćmi, znajdowała się w cieniu, a druga, niemal całkiem pusta, ciągle jeszcze skąpana była w złotym, wrześniowym słońcu. Po krótkim wahaniu wybraliśmy stronę pustą, a ciepłą i zajęli miejsca blisko proscenium. Wkrótce dołączyli do nas nasi meksykańscy przyjaciele. Siedzieliśmy sobie w przypiekającym popołudniowym słońcu, oni wycierając sobie coraz to pot z czoła, Mój, któremu rzadko jest za gorąco, dumny i blady i ja, jeszcze bardziej dumna, bo udało mi się nie zapomnieć z domu wachlarza, z którego teraz robiłam energiczny użytek. Ceremonia, jak ceremonia, dla mnie cokolwiek przydługa, choć ciekawa i niereligijna.

W części drugiej wydarzenia przeszliśmy z ogrodu na taras budynku klubu, gdzie miało miejsce przyjęcie koktajlowe. Tutaj odkryliśmy stolik na którym stała przepiękna walizeczka-dekoracja, do której wkładało się koperty. Po wypiciu kilku kieliszków szampana i zjedzeniu różnych ilości świetnych przekąsek, zostaliśmy poproszeni o przejście na główny taras z ustawionymi stołami oraz parkietem do tańca. Droga wiodła przez barek i tam mieliśmy okazję docenić jakość obsługi. Gdy nasza przyjaciółka poprosiła o koktail prawie jak dla dzieci, czyli ze śladową ilością alkoholu, ale za to dobry, słodki, barmanka pomieszała kilka różnych soków owocowych, dolała łyczek rumu i czegoś jeszcze mówiąc: proszę się nie martwić, niczego pani nie poczuje. A jakby tak pani tak jednak poczuła, to będzie się pani świetnie bawić. Goście ledwo zdążyli usiąść przy stołach, gdy Didżej puścił nowoczesną, tym niemniej odpowiednio skoczną, wersję Hava Nagila. Jasne było, że trzeba niezwłocznie się poderwać i w podskokach biec na parkiet. Weselnicy utworzyli krąg i trzymając się za ręce tańczyli, wyrzucając przy tym nogi wyżej lub niżej, ale niezależnie od wieku, zawsze sprawnie. W pewnym momencie pojawiła się Panna Młoda, a Didżej zakrzyknął: potrzebujemy pięciu mężczyzn i krzesło! Na środku parkietu natychmiast pojawiło się pięciu mniej-więcej równych wzrostem weselników, z kąta ktoś wyciągnął specjalnie ustawione tam wcześniej krzesło, na którym usiadła Panna Młoda. Wtedy grupa pięciu dziarsko uniosła je w górę i zaczęła poruszać się z nim w rytm muzyki. Reszta weselników tańczyła dalej w kręgu, tylko teraz z jeszcze większą werwą, faceci tańczyli z krzesłem, na którym pod gwiazdami szybowała Panna Młoda. Trwało to dobrą chwilę, po czym krzesło z podróżniczką płynnie postawione zostało na podłodze, a miejsce na nim zajął Pan Młody. Wyćwiczona grupa pięciu dziarsko uniosła go pod nieboskłon, a on, zachowując twarz pokerzysty, trwał na tym kulturowo dla siebie odmiennym posterunku i tylko po tym, jak mocno ściskał dłońmi siedzenie i jak starannie owijał łydki wokół krześlanych nóg, poznać można było, że z każdym większym podskokiem śmierć zagląda mu w oczy. Wreszcie i jego postawiono na ziemi, dotańczono utwór do końca i spocone towarzystwo, wśród śmiechów i radosnych okrzyków, rozeszło się do stołów, żeby zjeść kolację. No ja myślę, że taki taniec to trzeba uskutecznić PRZED kolacją!

Po kolacji były dalsze tańce, już do współczesnej, mniej-więcej, muzyki, potem krojenie tortu w holu klubu. Jeszcze nie zdecydowaliśmy się, czy napić się kawy, czy dalej sączyć zimne napoje, gdy z głośników dobiegły nas dźwięki muzyki nieklasyfikowalnej. Aaaa, to muszą być te ormiańskie kawałki, o których mówiła Panna Młoda (część jej rodziny jest żydowska, stąd ta Hava Nagila i loty na krześle, a część ormiańska). Nie czekając ani chwili, pognałam na parkiet, na którym weselnicy znowu tworzyli okrąg i znów trzymając się za ręce, tańczyli wymachując nogami. Był to taniec (jeden? dwa? trzy?) nieco bardziej skomplikowany, ale nie mniej ucieszny. Byliśmy mokrzy od potu. Potem zjadłam tort, na który w ferworze podrygów nie miałam wcześniej czasu i dalej pląsaliśmy, aż Didżej zapowiedział ostatnią rundę zamówień w barze i w chwilę potem zaprosił wszystkich na parkiet, by jeszcze raz zatańczyć dookoła Państwa Młodych.

Specyfiką Hamerykańskich, nie tylko wesel, ale wszelkich przyjęć, jest precyzyjne określanie i trzymanie się godziny zakończenia. Która jak na nasze rozumienie przeważnie jest zbyt wczesna. I tak to, bardzo udane zresztą, wesele, kończyło się o godzinie… 22-giej. I o dziesiątej wieczorem obsługa zaczęła składać krzesła. Wiemy, że tak tu jest i jesteśmy na to przygotowani, nikt się nie obraża, ale przy każdej takiej okazji ktoś z nas – Europejczyków albo Latynosów – nieodmiennie skomentuje: u nas to zabawa dopiero by się rozkręcała! Tak i tym razem nasza przyjaciółka powiedziała: w Meksyku, jak orkiestra (bo na tam weselach przeważnie muzyka jest na żywo) przestaje grać, to ludzie zaczynają zbierać pieniądze, żeby pograli jeszcze godzinę dłużej. Jak dobrze ich rozumiem!

Czekolada

Od naszego urlopu w Polsce minęło już parę dni, pozwolę sobie jednak na małą reminiscencję. Ponieważ oboje lubimy czekoladę, w wieczór przed wylotem do Hameryki, udaliśmy się do sklepu firmowego Wawela na Rynku Głównym, w celu zakupienia materiału do spożycia, tudzież rozdania, po powrocie za ocean. Wiem, poprawna forma to: przy Rynku Głównym, ale w okolicach, w których dawno temu uczyłam się mówić, słyszałam jedynie: na rynku, albo: w rynku. Owszem, mówi się: przy ulicy. Ale rynek to nie ulica. I tego będę się trzymać, zgodnie z zasadą – źle, a pewnie!

Gdy weszliśmy do przybytku czekolady, był on w znacznej części wypełniony turystami, którzy przyszli tu w podobnych, do naszych, zamiarach. Pierwsze miejsce w klasyfikacji tak indywidualnej jak i grupowej, zajęła rodzina arabska. Jako weteranka przywożenia poważnych ilości czekolady z Austrii, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, gdy u nas ciągle jeszcze występowało coś o charyzmatycznej nazwie: wyrób czekoladopodobny, mogłam docenić ich profesjonalizm. Przyszli przygotowani – na podłodze leżała otwarta, pokaźnych rozmiarów walizka. W chwili, gdy weszliśmy, była już do połowy wypełniona czekoladą. Dalsze ładowanie następowało sprawnie, walizka wkrótce wypełniła się po brzegi, została zamknięta, a rodzina, po uiszczeniu należności, dumna i szczęśliwa, opuściła przybytek rozkoszy, ciągnąc za sobą bagaż takoż imponujących rozmiarów, jak i dającej do myślenia wagi.

Scena ta potwierdziła opinie zasłyszane od mieszkańców podwawelskiego grodu o urlopowiczach z krajów arabskich, których w ostatnich latach widuje się tam naprawdę dużo. Moi rozmówcy twierdzą, że jest to całkiem przyjemny rodzaj turystów. W odróżnieniu od gości z miejsc położonych na zachód od Polski, a w szczególności z pewnego kraju, który nie chciał już dłużej być w Europie, rodziny arabskie w Krakowie nie piją (czytaj: nie chleją do nieprzytomności), nie robią rozrób po nocach, nie rzygają po klatkach schodowych, nie tarzają się w pijanym lub naćpanym widzie, w stroju Adama, czy też przebrani za dildo, po bruku Rynku, jako główni bohaterowie niebywale śmiesznych filmików, nagrywanych przez ich nieco tylko trzeźwiejszych kolegów. Turyści arabscy kupują czekoladę. Hurtowo. Prawie jak ja w latach dziewięćdziesiątych.

Szerokie horyzonty

Przez ostatni tydzień brałam, już po raz czwarty, wirtualny udział w corocznej konferencji dla projektantów graficznych. Dzięki niej wiem, co w trawie piszczy, jakie są nowinki w graficznych programach komputerowych, jak udoskonalić swoją pracę od strony technicznej, oraz skąd brać natchnienie od strony artystycznej. Ta edycja była jednak wyjątkowa. Gdy przyszła pandemia, duża część marketingowego światka stwierdziła, że reklama papierowa to przeżytek, bo już nikt nigdy nie będzie chciał dotykać rzeczy – tu: papieru – której dotknął ktoś inny. Przerzuciliśmy więc wszystkie moce przerobowe do internetu i tam promowali produkty. Po jakimś czasie okazało się, że szum wirtualny jest tak duży, skasowanie nieprzeczytanego emaila łatwiejsze niż jego przeczytanie, a ignorowanie pojawiającej się na ekranie laptopa czy smartfona reklamy warunkiem funkcjonowania w sieci. Wtedy druk, oraz inne namacalne formy promocji, zaczął wracać do łask. Jednocześnie pojawiła się, choć to termin nieścisły, bo była już z nami od dłuższego czasu, teraz jednak przyspieszyła tak, że zaczęło być o niej głośno, sztuczna inteligencja. Tam, gdzie dawniej trzeba było w fotoszopie wkleić zdjęcie psa (które trzeba było mieć), teraz wpisuje się w okienko, żeby nam fotoszop wygenerował wizerunek psa w podanym kolorze i pies się pojawia. Na obecnym etapie rozwoju nie zawsze co prawda ma cztery łapy, ale pojawia się na ekranie znikąd w ciągu kilku sekund.

Tutaj dochodzimy do sedna wyjątkowości tegorocznej konferencji – oprócz zrozumiałego nacisku położonego na korzystanie z wytworów sztucznej inteligencji w pracy graficznej (uczcie się tego teraz, śledźcie jej rozwój, póki jest w powijakach, bo za kilka lat zrobi się tak skomplikowana, że bardzo trudno będzie wtedy zacząć się jej uczyć), dużo uwagi poświęcono tradycyjnym metodom promocji – druk, papier, karton, piękne opakowania, namacalne dowody na wysoką jakość produktu itp. Największym hitem jednak były dwie prelekcje mające miejsce w ostatnim dniu. Pierwsza, prowadzona przez grafika, który zajmuje się malowaniem murali (tutaj zastanawiam się, czy nie powinnam napisać „fresków” ale freski to mi się z Kaplicą Sykstyńską kojarzą, a my mówimy o współczesnych, wielkich malowidłach na zewnętrznych ścianach budynków). Wszedł w to nieco przez przypadek i gdy chciał się wycofać, bo zajęcie nie przynosiło chleba, a pochłaniało czas i energię, odniósł sukces. Który jest ważnym elementem – nawet artyści muszą czasem coś jeść – ale w tym kontekście równie ważne jest tworzenie czegoś, z czym inni ludzie wchodzą w interakcję w realu. Druga zaś sesja była jedną wielką frajdą dla osób tęskniących do zabawy. Papierem, nitką, kordonkiem, szydełkiem, młotkiem, farbą, piłą do wycinania ażurowych motywów w drewnie – możliwości są nieograniczone. Wiele z tych projektów (podobnie jak murale poprzedniego prelegenta) zaczyna się w komputerowym programie graficznym, ale efekt końcowy jest jak najbardziej namacalny. Dla mnie osobiście największym olśnieniem było istnienie strony internetowej, gdzie można wysłać własnoręcznie zaprojektowany wzór materiału, a oni ten wzór na wybranym rodzaju tkaniny (jest ich tam dużo do wyboru) odpłatnie wydrukują i zamówioną ilość metrów (czy też jardów, jesteśmy w Hameryce, LOL), na wskazany adres przyślą. Jest to spełnienie mojego marzenia – mam wspaniałe pomysły na genialne, kolorowe wzory tkanin na odzienie do tańca i nie tylko – zauważyliście, że wcale nie tak dużo ubrań szytych jest z materiału we wzorki? A tu wzorów, wzorów i kolorów nam potrzeba, z których można tworzyć niepowtarzalne ubrania!

Jako nastolatka, w czasach, gdy niczego nie było w sklepach, szyłam na maszynie, robiłam na drutach i szydełku. Kto by pomyślał, że te umiejętności, nabyte jeszcze za żelazną kurtyną, okażą się takie en vogue w dobie sztucznej inteligencji?!

Płatek śniegu

Niedawno miałam okazję poprowadzić dwugodzinne szkolenie dla młodej osoby, która niedawno zaczęła pracę w magazynie firmy. Poza pracą na pełny etat studiuje projektowanie graficzne i nasz dział personalny w ramach umożliwiania rozwoju pracownikom, zorganizował jej kilka godzin w dziale marketingu. Mój pierwszy zawód wyuczony to belferka, a czy przyjdzie mi uczyć niemieckiego, kontaktów międzykulturowych, wiedzy o winie, czy też jak wygląda praca graficzki w marketingu firmy, to już rzecz drugorzędna. Dziewczyna bardzo miła, rozgarnięta, bystra, z dużą motywacją do rozwoju i wysoką etyką pracy. A także z doświadczeniem, którego ja w wieku lat dwudziestu kilku nie miałam w ogóle. Opowiadała, że gdy kilka miesięcy temu podejmowała u nas pracę, nie mogła uwierzyć, że wszystkie weekendy będzie miała wolne. Dopytywała się kilka razy, czy aby na pewno wszystkie. A tydzień pracy naprawdę tylko 40-godzinny? W magazynach branży spożywczej, w których zaczęła pracować po tym, gdy przyszedł Covid i okazało się, że ze studiów stacjonarnych z mieszkaniem w akademiku nici i trzeba zarabiać na chleb, warunki były chyba podobne do tych w Amazonie. Godzinowy wymiar pracy urągający jakimkolwiek standardom, atmosfera o której lepiej nie mówić. Teraz, gdy zaczęła pracę u nas, stwierdziła, że pewnie, fajnie by było kiedyś robić coś bardziej interesującego niż pracować w magazynie, ale w tej firmie tak dobrze ją traktują, że nawet gdyby okazało się, że będzie w tu jeszcze długo, to właściwie jej to nie przeszkadza. Kończy więc studia zaoczne, pracuje na pełny etat, a poza tym opiekuje się swoją niepełnosprawną babcią, z którą mieszka. Płatek śniegu, normalnie, czarny płatek śniegu…

Niezbadane są tajemnice ludzkiego mózgu

Będzie jeszcze o moim koledze i nauczycielu tanga, który przechodzi rehabilitację po wylewie. Zawsze był człowiekiem z nieokiełznanym poczuciem humoru. Cecha ta, najwyraźniej mocno ugruntowana, przetrwała traumatyczne doświadczenie. Jeszcze na intensywnej terapii, gdy podłączony do mnóstwa rurek, z drenem w mózgu, leżał bez ruchu, a otoczenie obawiało się, że może w każdej chwili wykitować, rozwinął kunszt udawania, że wylogowanie właśnie następuje – w obecności partnerki lub przyjaciół zaczynał rzęzić jak w agonii, by po chwili otworzyć szeroko oczy i cieszyć je widokiem spanikowanego otoczenia. Teraz, gdy już mu lepiej, ale poważnie gnębi go afazja i zaburzenia funkcji pamięci (czasem pamięta prawie wszystko, czasem dosłownie nic), umila sobie życie odpowiadając na rutynowe pytania tak, żeby nie było nudno. Przykład? Ponieważ nie zawsze pamięta swoje imię i nazwisko, w związku z czym pytanie, jak się nazywa, zadawane jest mu rutynowo. No i czasem odpowiada poprawnie, czasem, że niestety nie pamięta, a czasem, że… Juan Carlos Peron.

Niedawna rozmowa z lekarzem prowadzącym. Lekarz mówi po angielsku, nasz pacjent po hiszpańsku, jego partnerka, która przeorganizowała swoje życie tak, by spędzać cały czas z chorym, najpierw na intensywnej, teraz w ośrodku rehabilitacji, tłumaczy. Nasz tancerz zadaje pytanie, czy może w pełni wrócić do zdrowia. Lekarz odpowiada, że postępy jakie widzi, są ogromne, ale nie może dać żadnych gwarancji. Tancerka tłumaczy, a następnie sama zadaje pytanie doktorowi: czy zna podobne przypadki, w których nastąpiło całkowite wyleczenie? – Tak. Tłumaczy to na hiszpański. Doktor dodaje: poza tym, pan ma bardzo dużo szczęścia – jest pan młody (większość ludzi u których występuje wylew jest po siedemdziesiątce, a nasz pacjent ma pięćdziesiąt lat), był pan przed wylewem bardzo aktywny (tańczył i uczył zawodowo, a tango argentyńskie niesłychanie ćwiczy mózg), no i ma pan ogromne wsparcie – tutaj lekarz wskazuje partnerkę pacjenta. Ma pan naprawdę wielkie szczęście – mówi z naciskiem. Partnerka tłumaczy. Pacjent patrzy przez okno, zagląda pod łóżko, kieruje wzrok w odległą część pomieszczenia – daje do zrozumienia, że szuka i jakoś nie widzi tego wsparcia, o którym mówi doktor. Dopiero po chwili bierze partnerkę za rękę i wybucha śmiechem.

Chorych nawiedzać

Sobotni poranek. Bez otwierania oczu, po rodzaju delikatnego, acz stanowczego drapania w bark poznaję, który kot, stojąc na mnie, dopomina się śniadania. Nie ruszam się, w nadziei, że zniechęci go brak mojej reakcji i zacznie molestować Mojego. Trochę mi głupio, bo już przecież nie śpię, a Mój ciągle jeszcze oddycha miarowo w objęciach Morfeusza. A gdyby tak był w podróży, to wstałabym teraz i nakarmiła bestie? A skąd! Nie spać, a wstać i zacząć działać, to dwa zupełnie różne stany i przejście z jednego w drugi nie odbywa się natychmiast. Gdybym była sama w domu, tygrysy musiałyby jeszcze z pół godziny pohałasować, zanim mi kości stwardnieją i mięśnie się ukonstytuują. Dzisiaj jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego nie spieszę się z zaczynaniem dnia.

Pisałam już o naszym przyjacielu, nauczycielu tanga, który miał wylew i spędził dobrych parę tygodni na intensywnej terapii. Teraz jest w ośrodku rehabilitacyjnym. Nie może jeszcze sam chodzić – dopiero zaczął ćwiczenia z pomocą butów-robotów. Technologia naprawdę idzie do przodu. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nasz kolega prawie nie ma kontroli nad prawą połową ciała, ale ciężko pracuje i robi postępy. Oprócz ciała ćwiczy też i mowę. Mówi wyraźnie, powoli, gramatycznie i… używając słów, które niekoniecznie mają sens. Afazja. Jest już jednak na takim etapie powracania do życia, że rozeszła się wieść, iż można go odwiedzać. Szczególnie cenne są wizyty osób, które mówią po hiszpańsku i mogą rozmawiać z nim w jego ojczystym języku (najpierw trzeba uporządkować hiszpański, a potem zajmiemy się angielskim). Nie byłam pewna, jak przedstawić możliwość wizyty Mojemu, który pacjenta również zna i bardzo lubi, ale na samą myśl o szpitalach i procedurach medycznych robi się blady i słaby, w czym, jak się dzisiaj dowiedziałam, przypomina mojego dziadka, który podobno też kiedyś wjechał pod stół słuchając opowieści zaprzyjaźnionego lekarza. Nie chcąc stawiać go w trudnej sytuacji, oświadczyłam więc, że ja planuję odwiedziny w sobotę, i czy chciałby pójść ze mną? Reakcja była taka, jak przewidywałam – lekka panika i pytanie, czy uważam, że to dobry pomysł? Dałam mu więc do przeczytania ostatnią relację z rehabilitacji, w której mówią o pożądanych wizytach. Stanęło na tym, że mnie tam zawiezie i poczeka, a potem odwiezie z powrotem do domu: „bo ja nie wiem, w jakim stanie ty będziesz, jak stamtąd wyjdziesz”. Też prawda.

Teraz jednak leżę jeszcze i udaję przed kotami i światem, że śpię, a przed sobą samą, że wcale się nie denerwuję. Połowicznie mi to wychodzi – kot przeskakuje zręcznie na brzuch Mojego. Wiem jednak, że takie zaklinanie rzeczywistości może mieć krótkie nogi. Jeśli nie oddam ciału, co cielesne, ono upomni się o uwagę taką migreną, że po oddaniu zawartości żołądka w łazience, będę tylko leżeć w ciemnym pokoju i czekać, aż mi przejdzie. Do tego jednak nie można dopuścić – zapowiedziałam się już, w lodówce gotowy do zabrania flan, słońce świeci. Trzeba wstać i pójść na rześki spacer przed wyjazdem na akcję.

Przez cały ranek udawałam bohaterkę przed Moim tak skutecznie, że trochę samą mnie to uspokoiło. Gdy dotarliśmy na miejsce, trzeba było zacząć działać – czytaj, prowadzić konwersację w języku, który znam najsłabiej, z osobą, która układa zdania gramatyczne, ale niekoniecznie mające sens. Było trochę jak w opowiadaniach Schulza, trochę jak u Cortazara. Jednocześnie nasza dwugodzinna rozmowa przypominała mi nauczanie języka obcego. Gdy dawno temu pracowałam w zawodzie i prowadziłam konwersacje ze studentami, podobnie one wyglądały – rozmówcom brakuje słownictwa ale mają za zadanie radzić sobie opisując słowa innymi. Efekt nie zawsze jest zrozumiały, choć bywa olśniewający. Przykład? Rozmawialiśmy o kotach – mam trzy – i pokazywałam mu ich zdjęcia. Potem zmieniliśmy temat, a potem znowu zeszło na koty i w pewnym momencie nasz przyjaciel mówi: ten kot elektryczny. Jaki kot elektryczny??? Bo mowa o kotach, nie urządzeniach mechanicznych. Po nitce do kłębka, zadając pomocnicze pytania, doszłam, że chodziło mu o tego z moim kotów, który ma charakterystyczne pręgi przypominające trochę zygzaki albo błyskawice którymi oznacza się prąd elektryczny. Logiczne przecież!

Pogodny maj

Jak co pół roku, byłam wczoraj u dentysty, na rutynowym usuwaniu kamienia nazębnego. Trafiła mi się ugadana pani higienistka w średnim wieku. Na zwyczajowe pytanie, jak się ma, odpowiedziała, że żyje w kontrolowanym chaosie. A potem rozwinęła myśl.

„W przyszłym tygodniu jadę do Turcji, a dopiero co skończyliśmy pomagać w przeprowadzce z Nowego Meksyku synowi, który właśnie dostał pracę w tutejszym Ogrodzie Botanicznym. Przeprowadzali się z żoną, dwuletnim synkiem, psem i trzema kotami. Jechaliśmy przez całe Stany dwoma samochodami – koty w wozie kempingowym, a pies i dziecko w osobowym. Mówię ci, co to była za podróż! Wcześniej mieszkał w Indianie i stamtąd przeniósł się do Nowego Meksyku. Jeszcze w Indianie mieli dwie domowe świnie*. Zapytałam ich, czy nie zostawią ich na jakiejś farmie, zamiast brać ze sobą i usłyszałam: świnie należą do rodziny! No i przenieśli się z tymi świniami do Nowego Meksyku. Ale teraz przed przeprowadzką knurowi coś się zrobiło z lewej strony szczęki. Myśleli, że to ząb się psuje, ale weterynarz stwierdził raka. No i nie było rady, musieli go uśpić. Niespecjalnie mi go było żal, bo bywał nieprzyjazny. Nie to, co ta druga świnia – ta jest bardzo miła. Koniec końców zdecydowali się jednak tym razem nie brać jej ze sobą, bo znaleźli dla niej wspaniałe miejsce. To jest farma z mini kozami. Prowadzi ją małżeństwo emerytów, w ramach hobby. Teraz przesyłają zdjęcia zaprzyjaźnionej z kozami świnki. Widziałam ostatnie, gdzie leży sobie na łące, a na jej grzbiecie zwinięta śpi mała kózka. To są emerytowani prawnicy z Dallas. Zimni od pieniędzy, zawsze chcieli mieć farmę i teraz hodują te kozy i sprzedają wyroby kosmetyczne zrobione z koziego mleka. Są ledwo po pięćdziesiątce. Niełatwo było mojemu synowi kupić tu dom. Dawali cztery oferty, ale za każdym razem ktoś ich przebił. Udało im się kupić dopiero piąty z kolei. Sprzedawały go cztery córki zmarłej w zeszłym roku kobiety. Zdecydowały się sprzedać mojemu synowi, mimo że ktoś inny dawał podobno trochę wyższą ofertę. Mój syn i synowa, gdy mieli się pobrać, bardzo zastanawiali się, co zrobić z nazwiskiem. Żadne nie chciało przejąć nazwiska drugiego, dwojga nazwisk nie chcieli, a jednocześnie byli zdania, że w ich nowej rodzinie wszyscy powinni nazywać się tak samo. Wpadli więc na pomysł, że po prostu wybiorą sobie jakieś nazwisko, które obojgu się spodoba i je przyjmą**. Chceli, żeby miało jednak jakiś związek z przodkami i wyszukali, że nazwisko rodowe jednej prababci było Rose i tak się nazwali. Teraz ich dwuletni synek też się tak nazywa. No i te cztery córki zdecydowały się sprzedać dom rodzinie mojego syna, bo, jak powiedziała jedna z nich, róża (rose) była ulubionym kwiatem ich matki, więc niech ten dom idzie w ręce kogoś, kto się tak nazywa. Gotowe, dziękuję. Proszę przepłukać usta i następna wizyta za pół roku.”

Jeszcze nigdy usuwanie kamienia nazębnego nie było tak fascynujące. A muszą Państwo wiedzieć, że pominęłam kilka wątków pobocznych, które nie wnosiły wiele do głównego nurtu opowieści.

*Bo świnie można trzymać w domu. Łatwo nauczyć je czystości, bardzo się przywiązują, a inteligencją być może przewyższają nawet psy. Osobiście jestem zdania, że nie powinniśmy ich jeść – komentarz mój.

**Tutaj zmiana nazwiska, a także imienia, na zupełnie dowolne przy okazji (ale nie tylko) zawierania związku małżeńskiego jest bardzo prosta.