Niezbadane są tajemnice ludzkiego mózgu

Będzie jeszcze o moim koledze i nauczycielu tanga, który przechodzi rehabilitację po wylewie. Zawsze był człowiekiem z nieokiełznanym poczuciem humoru. Cecha ta, najwyraźniej mocno ugruntowana, przetrwała traumatyczne doświadczenie. Jeszcze na intensywnej terapii, gdy podłączony do mnóstwa rurek, z drenem w mózgu, leżał bez ruchu, a otoczenie obawiało się, że może w każdej chwili wykitować, rozwinął kunszt udawania, że wylogowanie właśnie następuje – w obecności partnerki lub przyjaciół zaczynał rzęzić jak w agonii, by po chwili otworzyć szeroko oczy i cieszyć je widokiem spanikowanego otoczenia. Teraz, gdy już mu lepiej, ale poważnie gnębi go afazja i zaburzenia funkcji pamięci (czasem pamięta prawie wszystko, czasem dosłownie nic), umila sobie życie odpowiadając na rutynowe pytania tak, żeby nie było nudno. Przykład? Ponieważ nie zawsze pamięta swoje imię i nazwisko, w związku z czym pytanie, jak się nazywa, zadawane jest mu rutynowo. No i czasem odpowiada poprawnie, czasem, że niestety nie pamięta, a czasem, że… Juan Carlos Peron.

Niedawna rozmowa z lekarzem prowadzącym. Lekarz mówi po angielsku, nasz pacjent po hiszpańsku, jego partnerka, która przeorganizowała swoje życie tak, by spędzać cały czas z chorym, najpierw na intensywnej, teraz w ośrodku rehabilitacji, tłumaczy. Nasz tancerz zadaje pytanie, czy może w pełni wrócić do zdrowia. Lekarz odpowiada, że postępy jakie widzi, są ogromne, ale nie może dać żadnych gwarancji. Tancerka tłumaczy, a następnie sama zadaje pytanie doktorowi: czy zna podobne przypadki, w których nastąpiło całkowite wyleczenie? – Tak. Tłumaczy to na hiszpański. Doktor dodaje: poza tym, pan ma bardzo dużo szczęścia – jest pan młody (większość ludzi u których występuje wylew jest po siedemdziesiątce, a nasz pacjent ma pięćdziesiąt lat), był pan przed wylewem bardzo aktywny (tańczył i uczył zawodowo, a tango argentyńskie niesłychanie ćwiczy mózg), no i ma pan ogromne wsparcie – tutaj lekarz wskazuje partnerkę pacjenta. Ma pan naprawdę wielkie szczęście – mówi z naciskiem. Partnerka tłumaczy. Pacjent patrzy przez okno, zagląda pod łóżko, kieruje wzrok w odległą część pomieszczenia – daje do zrozumienia, że szuka i jakoś nie widzi tego wsparcia, o którym mówi doktor. Dopiero po chwili bierze partnerkę za rękę i wybucha śmiechem.

Chorych nawiedzać

Sobotni poranek. Bez otwierania oczu, po rodzaju delikatnego, acz stanowczego drapania w bark poznaję, który kot, stojąc na mnie, dopomina się śniadania. Nie ruszam się, w nadziei, że zniechęci go brak mojej reakcji i zacznie molestować Mojego. Trochę mi głupio, bo już przecież nie śpię, a Mój ciągle jeszcze oddycha miarowo w objęciach Morfeusza. A gdyby tak był w podróży, to wstałabym teraz i nakarmiła bestie? A skąd! Nie spać, a wstać i zacząć działać, to dwa zupełnie różne stany i przejście z jednego w drugi nie odbywa się natychmiast. Gdybym była sama w domu, tygrysy musiałyby jeszcze z pół godziny pohałasować, zanim mi kości stwardnieją i mięśnie się ukonstytuują. Dzisiaj jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego nie spieszę się z zaczynaniem dnia.

Pisałam już o naszym przyjacielu, nauczycielu tanga, który miał wylew i spędził dobrych parę tygodni na intensywnej terapii. Teraz jest w ośrodku rehabilitacyjnym. Nie może jeszcze sam chodzić – dopiero zaczął ćwiczenia z pomocą butów-robotów. Technologia naprawdę idzie do przodu. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nasz kolega prawie nie ma kontroli nad prawą połową ciała, ale ciężko pracuje i robi postępy. Oprócz ciała ćwiczy też i mowę. Mówi wyraźnie, powoli, gramatycznie i… używając słów, które niekoniecznie mają sens. Afazja. Jest już jednak na takim etapie powracania do życia, że rozeszła się wieść, iż można go odwiedzać. Szczególnie cenne są wizyty osób, które mówią po hiszpańsku i mogą rozmawiać z nim w jego ojczystym języku (najpierw trzeba uporządkować hiszpański, a potem zajmiemy się angielskim). Nie byłam pewna, jak przedstawić możliwość wizyty Mojemu, który pacjenta również zna i bardzo lubi, ale na samą myśl o szpitalach i procedurach medycznych robi się blady i słaby, w czym, jak się dzisiaj dowiedziałam, przypomina mojego dziadka, który podobno też kiedyś wjechał pod stół słuchając opowieści zaprzyjaźnionego lekarza. Nie chcąc stawiać go w trudnej sytuacji, oświadczyłam więc, że ja planuję odwiedziny w sobotę, i czy chciałby pójść ze mną? Reakcja była taka, jak przewidywałam – lekka panika i pytanie, czy uważam, że to dobry pomysł? Dałam mu więc do przeczytania ostatnią relację z rehabilitacji, w której mówią o pożądanych wizytach. Stanęło na tym, że mnie tam zawiezie i poczeka, a potem odwiezie z powrotem do domu: „bo ja nie wiem, w jakim stanie ty będziesz, jak stamtąd wyjdziesz”. Też prawda.

Teraz jednak leżę jeszcze i udaję przed kotami i światem, że śpię, a przed sobą samą, że wcale się nie denerwuję. Połowicznie mi to wychodzi – kot przeskakuje zręcznie na brzuch Mojego. Wiem jednak, że takie zaklinanie rzeczywistości może mieć krótkie nogi. Jeśli nie oddam ciału, co cielesne, ono upomni się o uwagę taką migreną, że po oddaniu zawartości żołądka w łazience, będę tylko leżeć w ciemnym pokoju i czekać, aż mi przejdzie. Do tego jednak nie można dopuścić – zapowiedziałam się już, w lodówce gotowy do zabrania flan, słońce świeci. Trzeba wstać i pójść na rześki spacer przed wyjazdem na akcję.

Przez cały ranek udawałam bohaterkę przed Moim tak skutecznie, że trochę samą mnie to uspokoiło. Gdy dotarliśmy na miejsce, trzeba było zacząć działać – czytaj, prowadzić konwersację w języku, który znam najsłabiej, z osobą, która układa zdania gramatyczne, ale niekoniecznie mające sens. Było trochę jak w opowiadaniach Schulza, trochę jak u Cortazara. Jednocześnie nasza dwugodzinna rozmowa przypominała mi nauczanie języka obcego. Gdy dawno temu pracowałam w zawodzie i prowadziłam konwersacje ze studentami, podobnie one wyglądały – rozmówcom brakuje słownictwa ale mają za zadanie radzić sobie opisując słowa innymi. Efekt nie zawsze jest zrozumiały, choć bywa olśniewający. Przykład? Rozmawialiśmy o kotach – mam trzy – i pokazywałam mu ich zdjęcia. Potem zmieniliśmy temat, a potem znowu zeszło na koty i w pewnym momencie nasz przyjaciel mówi: ten kot elektryczny. Jaki kot elektryczny??? Bo mowa o kotach, nie urządzeniach mechanicznych. Po nitce do kłębka, zadając pomocnicze pytania, doszłam, że chodziło mu o tego z moim kotów, który ma charakterystyczne pręgi przypominające trochę zygzaki albo błyskawice którymi oznacza się prąd elektryczny. Logiczne przecież!

Pogodny maj

Jak co pół roku, byłam wczoraj u dentysty, na rutynowym usuwaniu kamienia nazębnego. Trafiła mi się ugadana pani higienistka w średnim wieku. Na zwyczajowe pytanie, jak się ma, odpowiedziała, że żyje w kontrolowanym chaosie. A potem rozwinęła myśl.

„W przyszłym tygodniu jadę do Turcji, a dopiero co skończyliśmy pomagać w przeprowadzce z Nowego Meksyku synowi, który właśnie dostał pracę w tutejszym Ogrodzie Botanicznym. Przeprowadzali się z żoną, dwuletnim synkiem, psem i trzema kotami. Jechaliśmy przez całe Stany dwoma samochodami – koty w wozie kempingowym, a pies i dziecko w osobowym. Mówię ci, co to była za podróż! Wcześniej mieszkał w Indianie i stamtąd przeniósł się do Nowego Meksyku. Jeszcze w Indianie mieli dwie domowe świnie*. Zapytałam ich, czy nie zostawią ich na jakiejś farmie, zamiast brać ze sobą i usłyszałam: świnie należą do rodziny! No i przenieśli się z tymi świniami do Nowego Meksyku. Ale teraz przed przeprowadzką knurowi coś się zrobiło z lewej strony szczęki. Myśleli, że to ząb się psuje, ale weterynarz stwierdził raka. No i nie było rady, musieli go uśpić. Niespecjalnie mi go było żal, bo bywał nieprzyjazny. Nie to, co ta druga świnia – ta jest bardzo miła. Koniec końców zdecydowali się jednak tym razem nie brać jej ze sobą, bo znaleźli dla niej wspaniałe miejsce. To jest farma z mini kozami. Prowadzi ją małżeństwo emerytów, w ramach hobby. Teraz przesyłają zdjęcia zaprzyjaźnionej z kozami świnki. Widziałam ostatnie, gdzie leży sobie na łące, a na jej grzbiecie zwinięta śpi mała kózka. To są emerytowani prawnicy z Dallas. Zimni od pieniędzy, zawsze chcieli mieć farmę i teraz hodują te kozy i sprzedają wyroby kosmetyczne zrobione z koziego mleka. Są ledwo po pięćdziesiątce. Niełatwo było mojemu synowi kupić tu dom. Dawali cztery oferty, ale za każdym razem ktoś ich przebił. Udało im się kupić dopiero piąty z kolei. Sprzedawały go cztery córki zmarłej w zeszłym roku kobiety. Zdecydowały się sprzedać mojemu synowi, mimo że ktoś inny dawał podobno trochę wyższą ofertę. Mój syn i synowa, gdy mieli się pobrać, bardzo zastanawiali się, co zrobić z nazwiskiem. Żadne nie chciało przejąć nazwiska drugiego, dwojga nazwisk nie chcieli, a jednocześnie byli zdania, że w ich nowej rodzinie wszyscy powinni nazywać się tak samo. Wpadli więc na pomysł, że po prostu wybiorą sobie jakieś nazwisko, które obojgu się spodoba i je przyjmą**. Chceli, żeby miało jednak jakiś związek z przodkami i wyszukali, że nazwisko rodowe jednej prababci było Rose i tak się nazwali. Teraz ich dwuletni synek też się tak nazywa. No i te cztery córki zdecydowały się sprzedać dom rodzinie mojego syna, bo, jak powiedziała jedna z nich, róża (rose) była ulubionym kwiatem ich matki, więc niech ten dom idzie w ręce kogoś, kto się tak nazywa. Gotowe, dziękuję. Proszę przepłukać usta i następna wizyta za pół roku.”

Jeszcze nigdy usuwanie kamienia nazębnego nie było tak fascynujące. A muszą Państwo wiedzieć, że pominęłam kilka wątków pobocznych, które nie wnosiły wiele do głównego nurtu opowieści.

*Bo świnie można trzymać w domu. Łatwo nauczyć je czystości, bardzo się przywiązują, a inteligencją być może przewyższają nawet psy. Osobiście jestem zdania, że nie powinniśmy ich jeść – komentarz mój.

**Tutaj zmiana nazwiska, a także imienia, na zupełnie dowolne przy okazji (ale nie tylko) zawierania związku małżeńskiego jest bardzo prosta.

Wiosna dziwną jest porą

Czytam przepięknie wydaną przez wydawnictwo Taschen książkę Witchcraft – zbiór esejów i reprodukcji dzieł sztuki, zajmujących się fenomenem wiedźm i czarów, na przestrzeni wieków i dzisiaj. Zachęcona radiową recenzją jej polskiego wydania, kupiłam sobie egzemplarz w angielskim oryginale. Jadąc zaś samochodem, słucham wykładów Cortazara (Julio, tak, tego argentyńskiego pisarza) o literaturze, które prowadził po hiszpańsku gościnnie na uniwersytecie w Berkeley. W wykładach tych, jako twórca realizmu magicznego, siłą rzeczy dużo miejsca poświęca niejednoznaczności, czy też nielinearności czasu, fatum i elementom magicznym w dziełach literackich. Kto czytał jego opowiadania, przypomina sobie, jak płynnie wydarzenia rodem z otaczającego nas świata przechodzą w nich w sytuacje magiczne, przedstawione jednakże tak realistycznie i przylegające tak szczelnie do elementów codzienności, że czytelnik przestaje przypisywać je do różnych światów i, na użytek lektury przyjmuje, że wszystkie należą w istocie do jednego uniwersum.

Słuchając Cortazara o poranku, stoję w korku na autostradzie. W pewnym momencie widzę, że na sąsiednim pasie jest tak ze 30 metrów wolnego miejsca. Wjeżdżam w nie – może już wreszcie trochę przyspieszymy? Wtedy widzę, że kierowca jadącej przede mną nieoznakowanej półciężarówki zatrzymuje samochód i wysiada. Klnę szpetnie, myśląc, że wjechał w kufer poprzednikowi i teraz będę musiała wrócić na poprzedni pas, szczelnie wypełniony gęstym łańcuszkiem samochodów. Facet nie podchodzi jednak do samochodu stojącego przed nim, tylko schodzi na, szary o tej porze roku, pas zieleni i podnosi zeń jakiś niezidentyfikowany, równie szary, przedmiot. Wraca i wrzuca go na pakę. Siada z powrotem za kierownicą, ruszamy. Dziwne. Ślimaczymy się dalej, Cortazar dzieli się swoimi przemyśleniami na temat elementów magicznych w literaturze, korek zwalnia, wreszcie zatrzymuje się, facet przede mną wysiada z szoferki, idzie na pobocze, podnosi inny szary przedmiot o niejasnych kształtach i wrzuca go na pakę. Wsiada do samochodu. Ruszamy. Po kilkuset metrach sytuacja powtarza się, tym razem jednak na pace ląduje podgniła deska. Gość nie jest najwyraźniej zbieraczem złomu. Posuwamy się dalej, zatrzymujemy, widzę, że tym razem także i kierowca jadącego przed półciężarówką samochodu osobowego otwiera drzwi, wysiada, idzie na pobocze, podnosi coś z ziemi, zabiera to do swojego samochodu, wsiada, zamyka drzwi. Ruszamy. Cortazar kontynuuje swój wykład o magicznym realizmie.

Towarzystwo taneczne

Religie mają nabożeństwa, modlitwy i posty na intencję. Żeby coś się stało, lub przeciwnie, nie nastąpiło. W towarzystwie zaś, w którym ja się obracam, na intencję są bale i koncerty. Tak, organizowane również w celu zebrania środków finansowych potrzebnych na leczenie i rehabilitację, ale nie tylko. Chodzi o okazanie solidarności, poczucia, że jesteśmy razem w obliczu nieszczęścia, gotowi pomagać na sposób praktyczny, ale i ten zdawać by się mogło, bardziej ulotny – obecnością, uściskiem, dobrym słowem i tańcem w bliskim objęciu.

Ma trochę ponad czterdzieści lat, z zawodu, ale przede wszystkim powołania, jest tancerzem i nauczycielem tanga argentyńskiego. Przyjechał z Buenos Aires, żeby przez kilka miesięcy uczyć w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Trzy tygodnie temu miał wylew. Leży na intensywnej terapii, z której już-już mieli go przenieść na normalny oddział, bo robił bardzo szybkie postępy w odzyskiwaniu władzy nad ciałem (zaczął samodzielnie oddychać i na nowo uczył się przełykać), ale w Wielki Piątek dostał drugiego wylewu i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jednak już znowu robi postępy. Ponieważ nie może jeść, tylko karmią go przez rurkę, od ponad trzech tygodni nie miał niczego w ustach. W pewnym momencie, otwierając oczy z drzemki, przyłapał swoją, spędzającą u niego w szpitalu całe dnie, partnerkę (w tańcu i w życiu) na jedzeniu gruszki. Ułożył wtedy palce w sprawnej dłoni pokazując jej oczywistego faka. Konsylium lekarskie orzekło, że taki fak, to bardzo dobry znak.

A bal był jeden w Wielkim Hamerykańskim Mieście z muzyką na żywo, drugi w Buenos Aires z całą tangową orkiestrą, a w niedzielę będzie koncert transmitowany przez Internet z Buenos Aires.

Na oko

Wyjeżdżamy na długi weekend. Planujemy wyruszyć koło południa. Widzę, że skończył się miód do śniadania, schodzę więc do piwnicy po nowy słoik. Przy okazji widzę, że pod stojącym na półce obok słoikiem z wiśniami postawionymi w lecie na nalewkę, utworzyło się lepkie, czerwone kółko. Cóż do licha? Słoik pęknięty? Idę na górę do kuchni, otwieram z łatwością – zły znak. No tak – wiśnie, zasypane cukrem i zalane wódką w lipcu, w końcu października zdecydowały się na fermentację. Długo im to zajęło, ale postanowiły mi najwyraźniej dać do zrozumienia, żebym nie lekceważyła proporcji w produkcji nalewek. Drugi, wielki, „główny” słój, z odmierzoną ilością cukru i wódki, zachowywał się mianowicie spokojnie. Gdy go w lecie nastawiałam, zostało mi jeszcze trochę wiśni i wódki i te resztki dałam z sypniętą tak na oko ilością cukru, do mniejszego słoika. A ponieważ na oko to chłop w szpitalu umarł, to teraz mam pięknie pracujące owoce w lekko bąbelkującym płynie. Co robić??? Dzwonię na drugi kontynent, do Nalewkowego Pomysłodawcy. Naświetlam sytuację. – Ha! Nigdy mi się coś podobnego nie zdarzyło! Oczywiście, że mu się nie zdarzyło. Jest człowiekiem akuratnym i wszystko sobie dokładnie odmierza.

Nie możemy zostawić słoika fermentującego, bo wyjeżdżamy, a kto wie, do czego zdolna jest materia bez nadzoru. To gorzej niż ze sztuczną inteligencją. – Co zrobić, żeby przerwać fermentację? Jak przerwać fermentację? – Głośno zastanawia się Pomysłodawca. Ja zaś, słysząc pytanie sformułowane i wypowiedziane przez kogoś z zewnątrz, słyszę, jak w mojej własnej głowie formułuje się odpowiedź: fermentację przerywamy, dolewając alkoholu. Oczywiście! Trzeba przełożyć wiśnie z płynem do większego słoja i dolać czegoś mocnego. Wódki nie mam, jest tequila, której specjalnie nie pijemy, więc nie będzie żal. Przebierając zawartość antyprohibicyjnej szafki, odkrywam jeszcze stary jak świat, 75-procentowy rum do flambirowania deserów. Decyduję się iść na numer sicher i użyć tej opcji atomowej. Fermentacja natychmiast ustaje, bąbelki znikają, wiśniowa toń się wygładza, kolor cieczy nabiera głębi. Zamykam słoik. Kurtyna.

A w niedzielę

Będąc osobą zakręconą jak słoik na zimę, dopiero teraz znajduję czas, aby napisać, co miało miejsce w niedzielę w którą w Polsce upadł PiS (choć ciągle się do tego nie przyznaje), po mojej stronie Oceanu, a dokładniej, u mnie w domu. Prześledziwszy wyniki exit polli, z radością w sercu załączyłam pranie. Co prawda nie w Persilu (patrz denazyfikacja w Niemczech po II światowej), ale zawsze. Gdy po jakimś czasie poszłam je wyjąć z pralki i otwarłam drzwi do małego pomieszczenia, w którym stoi (w tutejszych domach częstym rozwiązaniem jest osobne pomieszczenie na pralkę znajdujące się na przykład gdzieś między garażem a kuchnią), zobaczyłam siwy dym. Pociągnęłam nosem, ale żadnego dymowego zapachu nie poczułam. Ponieważ światło lampy było lekko przyćmione i w niewielkiej pralni naprawdę był dym, albo mgła, zawołałam Mojego, żeby przyszedł i zobaczył to niepokojące zjawisko. Obejrzeliśmy niewielkie pomieszczenie i zgodnie stwierdzili, że źródłem dymomgły musi być pralka, bo nic innego się tu nie jara.

Pralka, jak wiadomo, włączona jest do prądu. Przyszło mi do głowy, że może być pod napięciem, więc najpierw musnęłam ją tylko palcami, żeby jak mnie kopnie, to równie delikatnie (to jest dowcip, siła kopania nie zależy od intensywności dotyku, każdy elektryk i każdy koniarz Wam do powie). Ponieważ nie zostałam kopnięta, a w każdym razie nie wtedy, ośmielona otwarłam drzwiczki, a wtedy z czeluści bębna począł wydobywać się mgłodym. Capiło trochę przyjaraną gumą, jak przy ostrym hamowaniu, ale żadne płomienie się z wnętrza nie wydostawały. Pranie było wilgotnie, jak po mocnym wirowaniu i lekko dawało nadpaloną gumą. No nasypali piachu! Ile razy będę musiała prać te same rzeczy zanim pozbędę się tego gumianego, nie mylić z gumiennym, aromatu? Wyjmując je z urządzenia, zauważyłam drobinki czegoś, co w lecie uznałabym za kawałeczki lawendy, przyczepiające mi się czasem do ubrania, gdy pracuję w ogrodzie. Po bliższej analizie okazało się jednak, że są to fragmenty gumy. Najwyraźniej czas połowicznego rozpadu którejś uszczelki zbliżał się milowymi krokami. W ten oto sposób w niedzielę wyborczą szlag trafił reżim i pralkę.

Głosowanie 2023 w Hameryce

W sobotę dzień wstał deszczowy i szary. Mimo to zerwaliśmy się z łóżka bladym świtem tuż po ósmej, żeby przed wyruszeniem na zamorskie podboje spokojnie zjeść środkowoeuropejskie śniadanie w których jajka, co prawda nie w szklance, ale jednak na miękko, grały główną rolę. Ze względu na różnicę czasu po drugiej stronie oceanu, wybory odbywające się w Polsce w niedzielę, w Hameryce mają miejsce w sobotę. Od kiedy tu głosuję, a zaczęłam dobrze przed upadającym na naszych oczach reżimem, tylko dwa razy robiłam to w jednym i tym samym miejscu. Nasze lokale wyborcze lubią wędrować. Tym razem lokalizacja komisji bardzo mi odpowiadała, bo nie dość, że mogłam głosować w Wielkim Hamerykańskim mieście, to jeszcze stosunkowo niedaleko szkoły tanga, w której o pierwszej po południu zaczynały się czterogodzinne zajęcia. Chytroplan Mojego, który jako jawna opcja niemiecka co prawda w polskich wyborach nie głosuje, a tylko mnie na nie tym razem zawiózł, eliminując w ten sposób aktywny udział osoby niezdrowo podnieconej polityką w ruchu drogowym, polegał na znalezieniu w okolicach lokalu wyborczego piekarni i zakupieniu w nim ciastek, którymi będzie można poczęstować uczestników zajęć tangowych.

Gdy dojechaliśmy w okolice lokalu wyborczego, okazało się, że nie bardzo jest gdzie zaparkować, bo wąskie ulice spokojnej dzielnicy zastawione są pojazdami osób uczestniczących w wydarzeniach politycznych stulecia. Wychodząc z samochodu w nieprzerwanie siąpiący deszcz, zauważyłam trzy idące dziarskim krokiem dziewczyny, z których jedna trzymała w ręku czerwony europejski paszport. To jest ta demografia, której nam potrzeba, ucieszyłam się i pogalopowałam za nimi. Lokal był duży i jasny, a w środku ruch największy, jaki do tej pory w odbywających się za granicą polskich wyborach widziałam. Ludzie też młodsi niż starsi (dotąd bywało odwrotnie), więcej kobiet niż mężczyzn. W komisji przemiła pani skrzętnie odnotowała, że nie biorę karty do referendum, parafując swoją przy moim podpisie adnotację. Wybrałam swojego kandydata do senatu i kandydatkę do sejmu, wrzuciłam karty do urny i w drzwiach zderzyłam się ze spieszącymi wziąć udział w życiu politycznym naszej zamorskiej ojczyzny ludźmi. Już na zewnątrz, gdy tylko wyjęłam telefon w celu uwiecznienia tej wiekopomnej chwili, idąca naprzeciwko młoda kobieta zaproponowała, po polsku oczywiście, że mi zrobi zdjęcie. Co też, na tle lokalu wyborczego, uczyniła.

Ciastka w piekarni Bałtyckiej wykupiłam prawie wszystkie – rogaliki z półkruchego ciasta z trzema rodzajami nadzienia owocowego, orzeszki z takowego z masą karmelową (te szczególnie przypadły do gustu Argentyńczykom kochającym swoje dulce de leche), zawijane półkruche fifki z orzechami, i babkę drożdżową z serem. I wszystkie te kalorie spaliliśmy bez śladu, do upadłego ćwicząc tango argentyńskie. Zgodzą się Państwo ze mną, że dzień ten był bardzo owocny.

Sceny z życia muzyków 2

– Mówię mu, jak komu dobremu: przyjdź punktualnie, bo sprawdzamy nagłośnienie, będzie ekipa techniczna i potrzebne są wszystkie instrumenty. A on…

– Daj mi opowiedzieć, jak było. – Przerywa mu skrzypek. – Powiedziałem mu, że mogę być trochę później, bo idę głosować do konsulatu* a potem muszę kupić awokado, bo robię guacamole…

– Tak, trochę później! Stoję na stacji metra w drodze to studia, patrzę, ten leci. Myślę, fajnie, wyrobił się z głosowaniem, a że nie widzę siaty z awokado, zakładam, że planuje je kupić w drodze powrotnej. A ten…

– Mówię mu uczciwie: dobrze, że cię widzę, bo trochę mi zeszło i lecę teraz do konsulatu, a potem tylko wstąpię po awokado, ale może się zdarzyć, że będę trochę później…

– Jakie trochę później?! Jest próba dźwięku, jedziesz TERAZ ze mną do studia, wszyscy się zbierają, niektórzy przyjeżdżają na te kilka godzin spoza Manhattanu, jedziesz teraz. Ze mną. Do studia.

– No i musiałem z nim pojechać. Ale po skończeniu próby wystrzeliłem ze studia jak guma z gaci i jeszcze zdążyłem do konsulatu i zagłosować, a potem kupić awokado na guacamole!

– Oto, z kim muszę pracować! Ci Latynosi i ich poczucie czasu… – Wzdycha głęboko, pochodzący z Buenos Aires, dyrygent.

* Gwatemali, konsulatu Gwatemali – bohater jest Gwatemalczykiem zamieszkałym od prawie 30 lat w USA.

Jak świeże wiśnie

Tu, gdzie mieszkam, nie ma wiśni. Truskawki są przez cały rok, czereśnie w sezonie, ale świeżych wiśni w sklepie jeszcze nie widziałam. Kiedyś były, jak utrzymuje mój tutejszy, wychowany na kuchni aszkenazyjskiej znajomy, wspominając wiśniowy chłodnik z dzieciństwa. Ostatnio dokonałam potwierdzającego ten fakt odkrycia. Idąc na spacer w okolicach mojej pracy, zobaczyłam, że na pokaźnym drzewie o grubym pniu, obok którego przechodziłam wiele razy, wiszą owoce. Drzewo było tak wysokie, że nie przyszłoby mi do głowy klasyfikować go do znanego mi z innego kraju i kontynentu, gatunku. Ale – po owocach ich poznacie. Najniżej wiszący udało mi się zerwać dopiero, gdy porządnie podskoczyłam. Ciemny, drobny, w ustach rozpłynął się kwaśnym, cierpkim, nieskończenie aromatycznym sokiem. Bardzo żałowałam, że muszę wracać do biura i nie mam przy sobie drabiny oraz wiaderka.

Cóż, skoro dostawy świeżych wiśni do sklepów są dla tutejszych logistyków zbyt wielkim wyzwaniem, trzeba sobie jakoś radzić i to niekoniecznie sznurując buta dżdżownicą.* W pobliskim sadzie, gdzie rosną brzoskwinie i jabłka, można składać zamówienia na wiaderka wiśni przywożone w sezonie aż z Michigan. Wiśnie są wydrylowane i zamrożone. Zamówiłam, odebrałam, otwieram w domu pojemnik – piękne owoce. Biorę jeden do ust – pyszny, przyjazny w smaku, próbuję drugi – no wspaniały po prostu! Ale zaraz, czy aby na pewno to wiśnie? A gdzie ten kwasior, który tylko wybrańcom bogów pozwala jeść owoce bez cukru i nie w placku? Czy aby nie przysłali nam jakichś, szlachetnych i pełnych smaku co prawda, ale w gruncie rzeczy – czereśni??? Wołam Mojego. Spróbuj, bo mi się one coś mało kwaśne wydają! Twarz Mojego wykrzywia się w grymasie, jak po wypiciu octu siedmiu złodziei:

– Jesteś pewna, że nie masz jakiegoś dziwnego covidu, który wyłącza Ci wrażliwość na kwaśne?

Covidu wybiórczego nie mam. Ale poza tym, to tak mam – uwielbiam surowy sok spod kiszonej kapusty. A to wiśnie szlachetne, a nie zdziczałe, zrywane na spacerze, jasne więc, że są bardziej przystępne w smaku. Uspokojona zabieram się za robienie nalewki. Cukru daję trochę mniej, bo przecież owoce takie słodkie…

*Jakby ktoś nie znał bardzo starego dowcipu: trzeba sobie jakoś radzić, powiedział góral, sznurując buta dżdżownicą.