W moim spisie książek do przeczytania od dłuższego czasu figurował Sandor Marai. Znajomy, którego gust literacki bardzo sobie cenię, zachwycał się kiedyś publicznie jego powieścią Żar. Ponieważ nie znam węgierskiego, skazana jestem na tłumaczenia, a ponieważ mieszkam w Hameryce, kupiłam angielskie. W zeszły weekend tę niewielką objętościowo powieść przeczytałam. Byłam zachwycona. Jak ktoś lubi Josepha Rotha i klimaty z czasów Nieboszczki Austrii, ma szansę podzielić moje odczucia.
Rozczarowanie nastąpiło już po skończonej lekturze, gdy z moich nowo-zawodowych przyczyn (projektowanie graficzne) szczegółowo analizowałam informacje podane drobnym drukiem. Zauważyłam wtedy, że książka jest tłumaczeniem nie węgierskiego oryginału, ale… niemieckiego tłumaczenia! Mało mnie szlag nie trafił – gdybym wiedziała, że pozycja dostępna na anglojęzycznym rynku jest przekazem z drugiej ręki, to zamówiłabym sobie niemieckie wydanie! Kilka kliknięć w internecie pokazało mi wystarczająco dużo wpisów innych, równie jak ja oburzonych, anglojęzycznych czytelników. Wychodzi na to, że teraz zamawiając książki, trzeba będzie sprawdzać, czy aby na pewno tłumaczone są bezpośrednio z języka oryginału…
Przy okazji dowiedziałam się także, że tytuł Żar po polsku, jak i Embers po angielsku, pochodzi najwyraźniej z niemieckiego tłumaczenia, w którym powieść zatytułowana jest Die Glut. Przeprowadziłam krótkie dochodzenie z którego wynikło, że wersja polska tłumaczona jest z węgierskiego i najwyraźniej tylko tytuł wzięty został z niemieckiego. W oryginale brzmi on A gyertyák csonkig égnek, co, według źródeł internetowych znaczy: świece dopalają się do końca. To chyba obecnie niemodne nadawać książkom przydługie tytuły i pewnie dlatego tłumacze, czy też może wydawcy, zdecydowali się na krótki, jednowyrazowy. Moim zdaniem bardzo szkoda, bo choć oba można rozumieć na dwa sposoby, to oryginalny lepiej oddaje sens utworu. Widać do wyraźnie, gdy doczyta się powieść, nomen omen, do końca.