Coś trzeba robić

Po niesławnej decyzji upolitycznionego sądu najwyższego, dającej poszczególnym stanom prawo do odebrania mieszkającym tam kobietom wolności do decydowania o swoim ciele i życiu, miło było przeczytać email od Szefa Całej Fabryki, że w związku z zaistniałą sytuacją, zasady ubezpieczenia zdrowotnego oferowanego przez Fabrykę ulegają rozszerzeniu tak, by pokrywać wydatki związane z ewentualną podróżą do innego stanu w celu dokonania aborcji. Miło jest pracować w przyzwoitym miejscu, a jeszcze milej wiedzieć, że moja Fabryka nie jest w tym odosobniona – podobne dopasowanie świadczeń ma miejsce także i w wielu innych firmach.

Wolność

Wolność nie jest dana raz na zawsze. Wydarzenia minionych lat coraz to nam tę smutną prawdę uświadamiają. Ostatnie miało miejsce wczoraj w Hameryce. Tutejszy sąd najwyższy, będący też czymś w rodzaju trybunału konstytucyjnego, a po tru(m)piastych nominacjach naprawdę kojarzący się z patologicznym gronem niesławnej Przyłębskiej, stwierdził mianowicie, że decyzja tegoż sądu sprzed 50 lat była zła i ją wycofał. Chodzi o prawo do aborcji. Ręce opadają, aczkolwiek skłamałabym pisząc, że mnie ta decyzja grona nawiedzonych sprzedawczyków zaskoczyła. Problemem jest system polityczny USA, który jest tak skonstruowany, że konserwatystom z pieniędzmi łatwo narzucić swoją wolę wolnomyślnej większości. Poprzedni niesławny prezydent kraju napakował sąd, liczący tylko 9 sędziów, fundamentalnym oszołomstwem – i to jest problem tego, kto był wtedy u władzy, ale to, że kandencje sędziów tego sądu są dożywotnie, to już jest problem systemu. I nasz.

Komentatorzy są zgodni, że to tylko początek decyzji tego gremium ograniczających prawa człowieka w Hameryce. Następne pod nóż pójdą antykoncepcja, prawa osób LGBT, dalsze skuteczne ograniczanie praw wyborczych – katalog można dowolnie rozszerzać. Satyrycy insynuują, że czarny sędzia, który zaopiniował wyrok, a żonaty jest z białą kobietą, będzie dążył do ponownego zakazania takich małżeństw – w ten sposób jego związek stanie się nieważny, a on nie będzie musiał ponosić kosztów rozwodu ani płacić ewentualnych alimentów byłej żonie. Ot, prywata…

Jeszcze inna wiosna

Tydzień temu wróciłam z Minnesoty. Gdy tam pięć dni wcześniej wyjeżdżałam, w mojej części Hameryki panowała już zaawansowana wiosna – gdzie nie spojrzeć, soczysta zieleń, kwitnące krzewy, narcyze i tulipany już przekwitały, temperatury panowały przyjazne i słońce raźnie świeciło. Na lotnisku w Minneapolis zaś, zaraz po wejściu w rękaw łączący samolot z budynkiem terminalu, powitało mnie coś, co w Warszawie nazwałabym podmuchem z Uralu. No, stąd do Uralu, na szczęście, daleko, ale oscylująca w okolicy zera stopni Celsujsza rześkość była ta sama. Na drzewach ledwo, ledwo widoczne zaczątki liści, o żadnych kwiatach mowy nie ma, wszystko, poza pogodnie niebieskim niebem szare, a wietrzyk tak przenikliwy, jak gdzie indziej w marcu. Od razu stało się dla mnie jasne, dlaczego w centrum Minneapolis budynki połączone są poprowadzonymi na wysokości pierwszego piętra (licząc po europejsku, tutaj to się nazywa drugie piętro) oszklonymi, przechodzącymi ponad ulicami, tunelami dla pieszych. Robią one nieco futurystyczne wrażenie. Można nimi w śródmieściu przejść dobrych kilka kilometrów, nie stawiając nogi na chodniku. Nadkłada się zazwyczaj drogi, bo zamiast podążać ulicą na wprost, trzeba iść zygzakiem, ale gdy wyobraziłam sobie tutejsze grudnie i stycznie z tym ściągającym człowiekowi z głowy czapkę zefirkiem, perspektywa dłuższego spaceru nawet gdy rano spieszy się człowiek do pracy, wydała mi się całkiem nęcąca.

Nie, żebym pochodziła z ciepłego rejonu Polski – w wyższych partiach położonych dookoła mojego Królewskiego Miasta gór i w maju może padać śnieg, pamiętam z dzieciństwa, że jednego roku nawet Rynek, przy okazji pochodu pierwszomajowego, pokrył się rozpływającą się pod nogami papką, ale surowość klimatu w Minnesocie zrobiła na mnie duże wrażenie. Tak duże, że sprawdziłam, jak daleko na północ wysunięte jest Minneapolis. Oburzenie moje było spore, gdy okazało się, że jest ono wyraźnie na południe od południowych granic Polski, a w ogóle znajduje się mniej więcej w takiej odległości od równika jak… Wenecja!

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ciepłym kontynentem jest Europa. Prąd z Zatoki Meksykańskiej to jedno, a ułożone równoleżnikowo, a nie, jak na Nowym Kontynencie, południkowo, góry, dodatkowo zatrzymujące powiewy z Bieguna Północnego sprawiają między innymi, że Wenecja jest Wenecją, a nie Petersburgiem. Na szczęście.

Taka wiosna

Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu, zaczęłam czytać „Muzeum porzuconych sekretów” Oksany Zabużko. Kupiłam angielskie tłumaczenie, bo chciałam wydanie papierowe i szybko, a dostarczenie przesyłki z wersją polską trwałoby dłużej. Tłumaczenia z języków słowiańskich staram się zwykle czytać po polsku, bo, moim zdaniem, lepiej oddaje to brzmienie oryginału. Tym razem zrobiłam wyjątek. Po przeczytaniu pierwszej strony stwierdziłam na własny użytek, bo krytyka już od dawna jest tego zdania, że to jest wielka literatura. Dalsza lektura nie tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, ale także okazała się przyjemna i wciągająca (bo, jak wiadomo, wielka literatura nie musi być ani przyjemna, ani wciągająca, tak jak przyjemna i wciągająca literatura nie musi być wielka – no, wiedzą Państwo, co mam na myśli). Czytam więc z przyjemnością i cieszę się, że stron dużo i jeszcze to trochę potrwa.

W poniedziałek w zeszłym tygodniu padał tutaj śnieg, a we wtorek wyjechałam w podróż służbową. Na lotnisku w Wielkim Hamerykańskim mieście wyświetlany jest baner w niebiesko żółtych kolorach: „With Ukraine we stand”. Dobrze było to widzieć. Poleciałam do Miasta na Południu. No dobrze, nie będę taka tajemnicza – w Atlancie byłam. Powitało mnie tam balsamiczne dwadzieścia kilka stopni Celsjusza i kwitnące drzewa. Niby wiedziałam, jakiej pogody się spodziewać, ale fizyczne doznanie po wyjściu z hali lotniska to jednak co innego. Przez chwilę uwierzyłam, że świat może być przyjazny.

Byłam tam na targach. Mieszkaliśmy w pięknym hotelu, jedli w dobrych restauracjach, ruch na naszym stoisku był ogromny – ludzie widać mają dosyć siedzenia w domu i robienia biznesów przez internet i postanowili wziąć udział w wydarzeniu w realu. Nie przestanie mnie mile zaskakiwać, jak dobrze pracownicy hoteli i restauracji w Atlancie wymawiają moje nazwisko. Nie pytają, tylko czytają z rezerwacji i, jasne, że „w” wychodzi im jak „ł”, a „cz” jak „c”, ale nie ma wątpliwości, że to jest moje nazwisko! Gdzie indziej zwykle proszą mnie o wymówienie, potem usiłują powtórzyć i zupełnie im się to nie udaje. Albo ze śmiechem poprzestają na trzech pierwszych literach. Czy to ta legendarna południowa gościnność? W każdym razie, w połączeniu z ciepłą wiosną i faktem, że z hotelu na teren targów można w kilkanaście minut dojść na nogach*, sprawia, że lubię Atlantę. Choć smutno mi bardzo, gdy, w odległości kilkudziesięciu metrów od luksusowego hotelu, widzę ludzi mieszkających na ulicy. Człowiek nie powinien mieszkać na ulicy.

Przy kolacjach w gronie naszych sprzedawców snute były, między innymi, opowieści rozweselające. Tym razem utkwiła mi w pamięci historia o, nomen omen, gumowej kaczce**. Było to parę lat temu. Jeden z moich kolegów od dłuższego czasu bezskutecznie usiłował umówić się na rozmowę z wysoko postawionym gościem w pewnej fabryce. W końcu zjawił się w siedzibie firmy i powiedział recepcjonistce, że jest umówiony z tym a tym człowiekiem, żeby porozmawiać o gumowej kaczce. Popatrzyła na niego jak na pensjonariusza domu dla umysłowo chorych, ale że podany powód był tak absurdalny, postanowiła jednak zawiadomić szefa. Gość, gdy usłyszał przez telefon, że przyszedł facet porozmawiać z nim o gumowej kaczce, nie wytrzymał i wyszedł zobaczyć wariata. Mój kolega uprzejmie się przywitał, przedstawił i… wyjął zza pazuchy zbliżoną do naturalnych rozmiarów gumową kaczkę. Rozbawiony dyrektor, mimo napiętego grafika, zgodził się tego dnia z nim porozmawiać.

* Południowopolski regionalizm. Wiem, że chodzi się zwykle na nogach, nie na rękach, a używając literackiego języka powinno się napisać – pieszo.

**Mowa o gatunku ptaka, nie przyrządzie do sikania dla obłożnie chorych.

Głupio mi i wstyd

Przez te wszystkie lata moich kontaktów z Niemcami tak mnie wkurzało, że większość z nich po prostu nic o Polsce nie wie, choć przecież jesteśmy ich najbliższymi sąsiadami. A teraz patrzę na naszych najbliższych sąsiadów z drugiej strony i dociera do mnie, że przez te wszystkie lata tyle wiedziałam o Ukrainie, co przeciętny Niemiec o Polsce. Że to aż wojny trzeba? Żeby na mapę popatrzeć i zobaczyć, gdzie są duże miasta, bo ostrzeliwane? Żeby do literatury sięgnąć i przeczytać słowa napisane przez ludzi, którzy być może zaraz zginą? Żeby fotografie zabytków w internecie pooglądać, bo zaraz będą (albo już są) zbombardowane? Żeby się dowiedzieć, jakie temperatury panują na południu w marcu, bo ludzie tam bez prądu, gazu, wody, jedzenia i pod bombami giną?

Głupio mi i wstyd.

Tyle wiemy

Że nic nie wiemy. Nie myślałam, że przez dziesięć dni z rzędu, zaraz po obudzeniu, a jeszcze przed otwarciem oczu, przemożna potrzeba przeczytania doniesień prasowych będzie mnie, która nie lubi wstawać wcześniej niż to absolutnie konieczne, skutecznie wyciągać z łóżka. Nie przypuszczałam, że ze wszystkich wywiadów publikowanych w Gazecie najbardziej będą mnie interesować te z generałami. Nie wiedziałam, jak cenić sobie będę wyniesioną ze szkoły znajomość cyrylicy. Nie przyszłoby mi do głowy, że radykalna i niedyplomatyczna wypowiedź hamerykańskiego polityka przeciwnej partii, wyrazi dokładnie to, czego sobie i światu z całego serca życzę.

Ukraina

Dobrych parę lat temu, gdy jeszcze pracowałam w Wielkim Hamerykańskim mieście, biurko obok siedziała moja koleżanka z Ukrainy. Pamiętam, jak po przeczytaniu jakichś wiadomości dotyczących Rosji, skomentowała, że Polsce to dobrze, jest w Unii Europejskiej, jest w NATO, może rozwijać się spokojnie. Pamiętam też swoją odpowiedź i głębokie przekonanie, że dla Ukrainy to też przecież tylko kwestia czasu, będą i w Unii i w NATO, w ich przypadku trwa to trochę dłużej, ale to jedyna możliwa droga. I westchnienie Nadii:

– Nie, oni nas nigdy nie puszczą.

Oni – znaczy Rosja. Uznałam to wtedy za przejaw czarnowidztwa.

No i przypomniało mi się w tym tygodniu. Kamieniem w żołądku, żelazem w gardle, solą w oczach. Rozpacz i niewypowiedziana wściekłość. Jak lunatyczka poszłam do pracy, coś tam robiłam, ale naprawdę obchodziły mnie tylko odświeżane co chwilę wiadomości na stronach Gazety Wyborczej i New York Timesa. Nadal nieustannie je śledzę.

Wielki jest mój podziw dla Ukraińców na tej wojnie. Choć, jak się okazuje, Nadia miała trochę racji, to widząc, jak Ukraina się broni i jak wielu ludziom na zachodzie łuska spadła z oczu, podtrzymuję swoje przekonanie, że Ukraina w końcu będzie i w Unii Europejskiej i w NATO. Po tym, jak to bestialstwo się skończy, będzie to raison d’etre nie tylko dla niej, ale i dla Unii i dla NATO. Sława Ukrainie!

P.S. Godne zaufania strony w internecie gdzie można wpłacać na wszystko, nie tylko na broń dla Ukrainy:

Pomoc dla Ukrainy

Polska Akcja Humanitarna

Spacerując

Spacerując niedaleko domu spotykam dalszego sąsiada. Wprowadzili się stosunkowo niedawno, ale że wychodzi z psem i zamieniamy czasem kilka zdań, wiem, że z pochodzenia jest Finem (zdziwiło go, że zgadłam. Na podstawie samego tylko lekkiego akcentu nie byłabym w stanie tak dokładnie go umiejscowić, ale gdy się przedstawił, jego imię od razu skojarzyło mi się z wielkim fińskim skoczkiem z czasów mojego dzieciństwa.) Były zawodowy żołnierz marines na emeryturze, gadatliwy, wesoły, zainteresowany światem i oczywiście mający swoje zdanie na każdy temat.

– Zapisałem się na zdalny kurs krytycznego myślenia – oznajmił. – Taki człowiek jak ja, siedzący przez pandemię w domu, to przekleństwo! Pomyślałem więc, że trzeba coś ze sobą zrobić. Na początku profesor poprosił o przesłanie mu kilku zdań uzasadnienia, dlaczego zdecydowaliśmy się na ten kurs. No to wyjaśniłem, że jako były marines chciałbym sprawdzić, czy aby z moim myśleniem wszystko jeszcze jest w porządku. Profesor stwierdził, że nie jest to odpowiedź, którą dostaje zbyt często…

Towarzystwo

Mieszkają z nami nieco ponad rok. Wprowadzając się uratowali mnie od grudniowo-lockdownowej depresji, spowodowanej pośrednio przez ogólnoludzki weltschmerz, a bezpośrednio przez odejście do krainy wiecznych łowów Czarnej Kotki, która była z nami siedemnaście lat. Od tego czasu urośli i przejęli rząd dusz.

Kocurze biało-rude duo jest przyjacielskie, towarzyskie (czasem nad miarę), kontaktowe i energiczne. Kumplują się i spędzają ze sobą czas na gonitwach, walkach i wzajemnej pielęgnacji futra. Nieskomplikowani w obsłudze, ciekawscy, wszędobylscy i nieco bezczelni. Miód z boczkiem, jak to się dawniej mówiło.

Natomiast ona… Takiego beżowego kota nie widziałam nigdy wcześniej. Słowo elegancja nabiera w jej przypadku nowego znaczenia. Przemyślany zamiar w każdym ruchu i w bezruchu, szybsza niż błyskawica i zręczniejsza niż żongler, wielkie, zielone oczy patrzą z wyższością, długie, bardzo długie, białe wąsy i ruchliwe uszy bezustannie odbierają sygnały z wszechświata. Pod gęstym, a miękkim jak puch pisklęcia, krótkim, beżowym futrem rysują się mięśnie, wyraźne jak u Dyskobola. Patrząc na jej chód widzę lwy na sawannie. Czasem z nimi biega, czasem któregoś w przejściu poliże, albo ją któryś poliże. Akceptują się, może nawet lubią. Tyle, że – oni nie mają szans w biegach, bo ona jest taka szybka. Nie mają szans w łapaniu piłeczki, bo ona jest taka zręczna. Nie mają szans w skokach na kocie drzewo, bo ona jest tak elastyczna. A do tego skupiona. Spostrzegawcza. Czujna. Takiego kota nie widziałam nigdy wcześniej.

Nie ma czegoś takiego, jak „za późno”

Bohaterka niniejszego wpisu zaczęła praktykować jogę w latach siedemdziesiątych, a kilka lat później została nauczycielką w systemie Iyengara. Praktykowanie i uczenie jogi nie polegało w ciągu jej kariery, podobnie jak przez minione tysiąclecia w Indiach, na siedzeniu przed komputerem. Aż w 2020 przyszła zaraza i nasza bohaterka po raz pierwszy usłyszała o czymś takim, jak Zoom. Według jej własnych słów, nigdy przedtem nie pracowała z komputerem, nie znała programów, a patrzenie w jakikolwiek ekran było na absolutnym dole piramidy jej priorytetów. Teraz zajęcia jogi z dnia na dzień musiały przenieść się z sali na platformę wirtualną. Jej pierwsza reakcja była łatwa do przewidzenia: nie jestem zainteresowana, nie będę uczyć przez internet, nie będę używać komputera!

Gdy jednak okazało się, że innej możliwości po prostu nie ma, zgodziła się spróbować. Musiała nie tylko nauczyć się przekazywać przez Zoom to, co przez minione czterdzieści lat przekazywała bezpośrednio, dostrzegać na ekranie to, co przez minione czterdzieści lat widziała w bezpośredniej bliskości ćwiczących, ale też obsługiwać diabelską maszynę i radzić sobie z nie zawsze kooperującym programem. Oczywiście, że był pod ręką ktoś, kto pomagał od strony technicznej. Ale nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie odrobić za nią roboty. To ona musiała nauczyć się maszyny, programu, technologii i dopasować metodykę nauczania czegoś tak fizycznego, a jednocześnie tak ulotnego, jak joga, do rzeczywistości wirtualnej. Na przygotowanie miała kilka dni. Potem zaczynał się normalny podział godzin. Zajęcia przez internet z powodzeniem prowadzi do dziś.