Czytam przepięknie wydaną przez wydawnictwo Taschen książkę Witchcraft – zbiór esejów i reprodukcji dzieł sztuki, zajmujących się fenomenem wiedźm i czarów, na przestrzeni wieków i dzisiaj. Zachęcona radiową recenzją jej polskiego wydania, kupiłam sobie egzemplarz w angielskim oryginale. Jadąc zaś samochodem, słucham wykładów Cortazara (Julio, tak, tego argentyńskiego pisarza) o literaturze, które prowadził po hiszpańsku gościnnie na uniwersytecie w Berkeley. W wykładach tych, jako twórca realizmu magicznego, siłą rzeczy dużo miejsca poświęca niejednoznaczności, czy też nielinearności czasu, fatum i elementom magicznym w dziełach literackich. Kto czytał jego opowiadania, przypomina sobie, jak płynnie wydarzenia rodem z otaczającego nas świata przechodzą w nich w sytuacje magiczne, przedstawione jednakże tak realistycznie i przylegające tak szczelnie do elementów codzienności, że czytelnik przestaje przypisywać je do różnych światów i, na użytek lektury przyjmuje, że wszystkie należą w istocie do jednego uniwersum.
Słuchając Cortazara o poranku, stoję w korku na autostradzie. W pewnym momencie widzę, że na sąsiednim pasie jest tak ze 30 metrów wolnego miejsca. Wjeżdżam w nie – może już wreszcie trochę przyspieszymy? Wtedy widzę, że kierowca jadącej przede mną nieoznakowanej półciężarówki zatrzymuje samochód i wysiada. Klnę szpetnie, myśląc, że wjechał w kufer poprzednikowi i teraz będę musiała wrócić na poprzedni pas, szczelnie wypełniony gęstym łańcuszkiem samochodów. Facet nie podchodzi jednak do samochodu stojącego przed nim, tylko schodzi na, szary o tej porze roku, pas zieleni i podnosi zeń jakiś niezidentyfikowany, równie szary, przedmiot. Wraca i wrzuca go na pakę. Siada z powrotem za kierownicą, ruszamy. Dziwne. Ślimaczymy się dalej, Cortazar dzieli się swoimi przemyśleniami na temat elementów magicznych w literaturze, korek zwalnia, wreszcie zatrzymuje się, facet przede mną wysiada z szoferki, idzie na pobocze, podnosi inny szary przedmiot o niejasnych kształtach i wrzuca go na pakę. Wsiada do samochodu. Ruszamy. Po kilkuset metrach sytuacja powtarza się, tym razem jednak na pace ląduje podgniła deska. Gość nie jest najwyraźniej zbieraczem złomu. Posuwamy się dalej, zatrzymujemy, widzę, że tym razem także i kierowca jadącego przed półciężarówką samochodu osobowego otwiera drzwi, wysiada, idzie na pobocze, podnosi coś z ziemi, zabiera to do swojego samochodu, wsiada, zamyka drzwi. Ruszamy. Cortazar kontynuuje swój wykład o magicznym realizmie.