Wiosna dziwną jest porą

Czytam przepięknie wydaną przez wydawnictwo Taschen książkę Witchcraft – zbiór esejów i reprodukcji dzieł sztuki, zajmujących się fenomenem wiedźm i czarów, na przestrzeni wieków i dzisiaj. Zachęcona radiową recenzją jej polskiego wydania, kupiłam sobie egzemplarz w angielskim oryginale. Jadąc zaś samochodem, słucham wykładów Cortazara (Julio, tak, tego argentyńskiego pisarza) o literaturze, które prowadził po hiszpańsku gościnnie na uniwersytecie w Berkeley. W wykładach tych, jako twórca realizmu magicznego, siłą rzeczy dużo miejsca poświęca niejednoznaczności, czy też nielinearności czasu, fatum i elementom magicznym w dziełach literackich. Kto czytał jego opowiadania, przypomina sobie, jak płynnie wydarzenia rodem z otaczającego nas świata przechodzą w nich w sytuacje magiczne, przedstawione jednakże tak realistycznie i przylegające tak szczelnie do elementów codzienności, że czytelnik przestaje przypisywać je do różnych światów i, na użytek lektury przyjmuje, że wszystkie należą w istocie do jednego uniwersum.

Słuchając Cortazara o poranku, stoję w korku na autostradzie. W pewnym momencie widzę, że na sąsiednim pasie jest tak ze 30 metrów wolnego miejsca. Wjeżdżam w nie – może już wreszcie trochę przyspieszymy? Wtedy widzę, że kierowca jadącej przede mną nieoznakowanej półciężarówki zatrzymuje samochód i wysiada. Klnę szpetnie, myśląc, że wjechał w kufer poprzednikowi i teraz będę musiała wrócić na poprzedni pas, szczelnie wypełniony gęstym łańcuszkiem samochodów. Facet nie podchodzi jednak do samochodu stojącego przed nim, tylko schodzi na, szary o tej porze roku, pas zieleni i podnosi zeń jakiś niezidentyfikowany, równie szary, przedmiot. Wraca i wrzuca go na pakę. Siada z powrotem za kierownicą, ruszamy. Dziwne. Ślimaczymy się dalej, Cortazar dzieli się swoimi przemyśleniami na temat elementów magicznych w literaturze, korek zwalnia, wreszcie zatrzymuje się, facet przede mną wysiada z szoferki, idzie na pobocze, podnosi inny szary przedmiot o niejasnych kształtach i wrzuca go na pakę. Wsiada do samochodu. Ruszamy. Po kilkuset metrach sytuacja powtarza się, tym razem jednak na pace ląduje podgniła deska. Gość nie jest najwyraźniej zbieraczem złomu. Posuwamy się dalej, zatrzymujemy, widzę, że tym razem także i kierowca jadącego przed półciężarówką samochodu osobowego otwiera drzwi, wysiada, idzie na pobocze, podnosi coś z ziemi, zabiera to do swojego samochodu, wsiada, zamyka drzwi. Ruszamy. Cortazar kontynuuje swój wykład o magicznym realizmie.

Towarzystwo taneczne

Religie mają nabożeństwa, modlitwy i posty na intencję. Żeby coś się stało, lub przeciwnie, nie nastąpiło. W towarzystwie zaś, w którym ja się obracam, na intencję są bale i koncerty. Tak, organizowane również w celu zebrania środków finansowych potrzebnych na leczenie i rehabilitację, ale nie tylko. Chodzi o okazanie solidarności, poczucia, że jesteśmy razem w obliczu nieszczęścia, gotowi pomagać na sposób praktyczny, ale i ten zdawać by się mogło, bardziej ulotny – obecnością, uściskiem, dobrym słowem i tańcem w bliskim objęciu.

Ma trochę ponad czterdzieści lat, z zawodu, ale przede wszystkim powołania, jest tancerzem i nauczycielem tanga argentyńskiego. Przyjechał z Buenos Aires, żeby przez kilka miesięcy uczyć w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Trzy tygodnie temu miał wylew. Leży na intensywnej terapii, z której już-już mieli go przenieść na normalny oddział, bo robił bardzo szybkie postępy w odzyskiwaniu władzy nad ciałem (zaczął samodzielnie oddychać i na nowo uczył się przełykać), ale w Wielki Piątek dostał drugiego wylewu i wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Jednak już znowu robi postępy. Ponieważ nie może jeść, tylko karmią go przez rurkę, od ponad trzech tygodni nie miał niczego w ustach. W pewnym momencie, otwierając oczy z drzemki, przyłapał swoją, spędzającą u niego w szpitalu całe dnie, partnerkę (w tańcu i w życiu) na jedzeniu gruszki. Ułożył wtedy palce w sprawnej dłoni pokazując jej oczywistego faka. Konsylium lekarskie orzekło, że taki fak, to bardzo dobry znak.

A bal był jeden w Wielkim Hamerykańskim Mieście z muzyką na żywo, drugi w Buenos Aires z całą tangową orkiestrą, a w niedzielę będzie koncert transmitowany przez Internet z Buenos Aires.

Na oko

Wyjeżdżamy na długi weekend. Planujemy wyruszyć koło południa. Widzę, że skończył się miód do śniadania, schodzę więc do piwnicy po nowy słoik. Przy okazji widzę, że pod stojącym na półce obok słoikiem z wiśniami postawionymi w lecie na nalewkę, utworzyło się lepkie, czerwone kółko. Cóż do licha? Słoik pęknięty? Idę na górę do kuchni, otwieram z łatwością – zły znak. No tak – wiśnie, zasypane cukrem i zalane wódką w lipcu, w końcu października zdecydowały się na fermentację. Długo im to zajęło, ale postanowiły mi najwyraźniej dać do zrozumienia, żebym nie lekceważyła proporcji w produkcji nalewek. Drugi, wielki, „główny” słój, z odmierzoną ilością cukru i wódki, zachowywał się mianowicie spokojnie. Gdy go w lecie nastawiałam, zostało mi jeszcze trochę wiśni i wódki i te resztki dałam z sypniętą tak na oko ilością cukru, do mniejszego słoika. A ponieważ na oko to chłop w szpitalu umarł, to teraz mam pięknie pracujące owoce w lekko bąbelkującym płynie. Co robić??? Dzwonię na drugi kontynent, do Nalewkowego Pomysłodawcy. Naświetlam sytuację. – Ha! Nigdy mi się coś podobnego nie zdarzyło! Oczywiście, że mu się nie zdarzyło. Jest człowiekiem akuratnym i wszystko sobie dokładnie odmierza.

Nie możemy zostawić słoika fermentującego, bo wyjeżdżamy, a kto wie, do czego zdolna jest materia bez nadzoru. To gorzej niż ze sztuczną inteligencją. – Co zrobić, żeby przerwać fermentację? Jak przerwać fermentację? – Głośno zastanawia się Pomysłodawca. Ja zaś, słysząc pytanie sformułowane i wypowiedziane przez kogoś z zewnątrz, słyszę, jak w mojej własnej głowie formułuje się odpowiedź: fermentację przerywamy, dolewając alkoholu. Oczywiście! Trzeba przełożyć wiśnie z płynem do większego słoja i dolać czegoś mocnego. Wódki nie mam, jest tequila, której specjalnie nie pijemy, więc nie będzie żal. Przebierając zawartość antyprohibicyjnej szafki, odkrywam jeszcze stary jak świat, 75-procentowy rum do flambirowania deserów. Decyduję się iść na numer sicher i użyć tej opcji atomowej. Fermentacja natychmiast ustaje, bąbelki znikają, wiśniowa toń się wygładza, kolor cieczy nabiera głębi. Zamykam słoik. Kurtyna.

A w niedzielę

Będąc osobą zakręconą jak słoik na zimę, dopiero teraz znajduję czas, aby napisać, co miało miejsce w niedzielę w którą w Polsce upadł PiS (choć ciągle się do tego nie przyznaje), po mojej stronie Oceanu, a dokładniej, u mnie w domu. Prześledziwszy wyniki exit polli, z radością w sercu załączyłam pranie. Co prawda nie w Persilu (patrz denazyfikacja w Niemczech po II światowej), ale zawsze. Gdy po jakimś czasie poszłam je wyjąć z pralki i otwarłam drzwi do małego pomieszczenia, w którym stoi (w tutejszych domach częstym rozwiązaniem jest osobne pomieszczenie na pralkę znajdujące się na przykład gdzieś między garażem a kuchnią), zobaczyłam siwy dym. Pociągnęłam nosem, ale żadnego dymowego zapachu nie poczułam. Ponieważ światło lampy było lekko przyćmione i w niewielkiej pralni naprawdę był dym, albo mgła, zawołałam Mojego, żeby przyszedł i zobaczył to niepokojące zjawisko. Obejrzeliśmy niewielkie pomieszczenie i zgodnie stwierdzili, że źródłem dymomgły musi być pralka, bo nic innego się tu nie jara.

Pralka, jak wiadomo, włączona jest do prądu. Przyszło mi do głowy, że może być pod napięciem, więc najpierw musnęłam ją tylko palcami, żeby jak mnie kopnie, to równie delikatnie (to jest dowcip, siła kopania nie zależy od intensywności dotyku, każdy elektryk i każdy koniarz Wam do powie). Ponieważ nie zostałam kopnięta, a w każdym razie nie wtedy, ośmielona otwarłam drzwiczki, a wtedy z czeluści bębna począł wydobywać się mgłodym. Capiło trochę przyjaraną gumą, jak przy ostrym hamowaniu, ale żadne płomienie się z wnętrza nie wydostawały. Pranie było wilgotnie, jak po mocnym wirowaniu i lekko dawało nadpaloną gumą. No nasypali piachu! Ile razy będę musiała prać te same rzeczy zanim pozbędę się tego gumianego, nie mylić z gumiennym, aromatu? Wyjmując je z urządzenia, zauważyłam drobinki czegoś, co w lecie uznałabym za kawałeczki lawendy, przyczepiające mi się czasem do ubrania, gdy pracuję w ogrodzie. Po bliższej analizie okazało się jednak, że są to fragmenty gumy. Najwyraźniej czas połowicznego rozpadu którejś uszczelki zbliżał się milowymi krokami. W ten oto sposób w niedzielę wyborczą szlag trafił reżim i pralkę.

Głosowanie 2023 w Hameryce

W sobotę dzień wstał deszczowy i szary. Mimo to zerwaliśmy się z łóżka bladym świtem tuż po ósmej, żeby przed wyruszeniem na zamorskie podboje spokojnie zjeść środkowoeuropejskie śniadanie w których jajka, co prawda nie w szklance, ale jednak na miękko, grały główną rolę. Ze względu na różnicę czasu po drugiej stronie oceanu, wybory odbywające się w Polsce w niedzielę, w Hameryce mają miejsce w sobotę. Od kiedy tu głosuję, a zaczęłam dobrze przed upadającym na naszych oczach reżimem, tylko dwa razy robiłam to w jednym i tym samym miejscu. Nasze lokale wyborcze lubią wędrować. Tym razem lokalizacja komisji bardzo mi odpowiadała, bo nie dość, że mogłam głosować w Wielkim Hamerykańskim mieście, to jeszcze stosunkowo niedaleko szkoły tanga, w której o pierwszej po południu zaczynały się czterogodzinne zajęcia. Chytroplan Mojego, który jako jawna opcja niemiecka co prawda w polskich wyborach nie głosuje, a tylko mnie na nie tym razem zawiózł, eliminując w ten sposób aktywny udział osoby niezdrowo podnieconej polityką w ruchu drogowym, polegał na znalezieniu w okolicach lokalu wyborczego piekarni i zakupieniu w nim ciastek, którymi będzie można poczęstować uczestników zajęć tangowych.

Gdy dojechaliśmy w okolice lokalu wyborczego, okazało się, że nie bardzo jest gdzie zaparkować, bo wąskie ulice spokojnej dzielnicy zastawione są pojazdami osób uczestniczących w wydarzeniach politycznych stulecia. Wychodząc z samochodu w nieprzerwanie siąpiący deszcz, zauważyłam trzy idące dziarskim krokiem dziewczyny, z których jedna trzymała w ręku czerwony europejski paszport. To jest ta demografia, której nam potrzeba, ucieszyłam się i pogalopowałam za nimi. Lokal był duży i jasny, a w środku ruch największy, jaki do tej pory w odbywających się za granicą polskich wyborach widziałam. Ludzie też młodsi niż starsi (dotąd bywało odwrotnie), więcej kobiet niż mężczyzn. W komisji przemiła pani skrzętnie odnotowała, że nie biorę karty do referendum, parafując swoją przy moim podpisie adnotację. Wybrałam swojego kandydata do senatu i kandydatkę do sejmu, wrzuciłam karty do urny i w drzwiach zderzyłam się ze spieszącymi wziąć udział w życiu politycznym naszej zamorskiej ojczyzny ludźmi. Już na zewnątrz, gdy tylko wyjęłam telefon w celu uwiecznienia tej wiekopomnej chwili, idąca naprzeciwko młoda kobieta zaproponowała, po polsku oczywiście, że mi zrobi zdjęcie. Co też, na tle lokalu wyborczego, uczyniła.

Ciastka w piekarni Bałtyckiej wykupiłam prawie wszystkie – rogaliki z półkruchego ciasta z trzema rodzajami nadzienia owocowego, orzeszki z takowego z masą karmelową (te szczególnie przypadły do gustu Argentyńczykom kochającym swoje dulce de leche), zawijane półkruche fifki z orzechami, i babkę drożdżową z serem. I wszystkie te kalorie spaliliśmy bez śladu, do upadłego ćwicząc tango argentyńskie. Zgodzą się Państwo ze mną, że dzień ten był bardzo owocny.

Sceny z życia muzyków 2

– Mówię mu, jak komu dobremu: przyjdź punktualnie, bo sprawdzamy nagłośnienie, będzie ekipa techniczna i potrzebne są wszystkie instrumenty. A on…

– Daj mi opowiedzieć, jak było. – Przerywa mu skrzypek. – Powiedziałem mu, że mogę być trochę później, bo idę głosować do konsulatu* a potem muszę kupić awokado, bo robię guacamole…

– Tak, trochę później! Stoję na stacji metra w drodze to studia, patrzę, ten leci. Myślę, fajnie, wyrobił się z głosowaniem, a że nie widzę siaty z awokado, zakładam, że planuje je kupić w drodze powrotnej. A ten…

– Mówię mu uczciwie: dobrze, że cię widzę, bo trochę mi zeszło i lecę teraz do konsulatu, a potem tylko wstąpię po awokado, ale może się zdarzyć, że będę trochę później…

– Jakie trochę później?! Jest próba dźwięku, jedziesz TERAZ ze mną do studia, wszyscy się zbierają, niektórzy przyjeżdżają na te kilka godzin spoza Manhattanu, jedziesz teraz. Ze mną. Do studia.

– No i musiałem z nim pojechać. Ale po skończeniu próby wystrzeliłem ze studia jak guma z gaci i jeszcze zdążyłem do konsulatu i zagłosować, a potem kupić awokado na guacamole!

– Oto, z kim muszę pracować! Ci Latynosi i ich poczucie czasu… – Wzdycha głęboko, pochodzący z Buenos Aires, dyrygent.

* Gwatemali, konsulatu Gwatemali – bohater jest Gwatemalczykiem zamieszkałym od prawie 30 lat w USA.

Jak świeże wiśnie

Tu, gdzie mieszkam, nie ma wiśni. Truskawki są przez cały rok, czereśnie w sezonie, ale świeżych wiśni w sklepie jeszcze nie widziałam. Kiedyś były, jak utrzymuje mój tutejszy, wychowany na kuchni aszkenazyjskiej znajomy, wspominając wiśniowy chłodnik z dzieciństwa. Ostatnio dokonałam potwierdzającego ten fakt odkrycia. Idąc na spacer w okolicach mojej pracy, zobaczyłam, że na pokaźnym drzewie o grubym pniu, obok którego przechodziłam wiele razy, wiszą owoce. Drzewo było tak wysokie, że nie przyszłoby mi do głowy klasyfikować go do znanego mi z innego kraju i kontynentu, gatunku. Ale – po owocach ich poznacie. Najniżej wiszący udało mi się zerwać dopiero, gdy porządnie podskoczyłam. Ciemny, drobny, w ustach rozpłynął się kwaśnym, cierpkim, nieskończenie aromatycznym sokiem. Bardzo żałowałam, że muszę wracać do biura i nie mam przy sobie drabiny oraz wiaderka.

Cóż, skoro dostawy świeżych wiśni do sklepów są dla tutejszych logistyków zbyt wielkim wyzwaniem, trzeba sobie jakoś radzić i to niekoniecznie sznurując buta dżdżownicą.* W pobliskim sadzie, gdzie rosną brzoskwinie i jabłka, można składać zamówienia na wiaderka wiśni przywożone w sezonie aż z Michigan. Wiśnie są wydrylowane i zamrożone. Zamówiłam, odebrałam, otwieram w domu pojemnik – piękne owoce. Biorę jeden do ust – pyszny, przyjazny w smaku, próbuję drugi – no wspaniały po prostu! Ale zaraz, czy aby na pewno to wiśnie? A gdzie ten kwasior, który tylko wybrańcom bogów pozwala jeść owoce bez cukru i nie w placku? Czy aby nie przysłali nam jakichś, szlachetnych i pełnych smaku co prawda, ale w gruncie rzeczy – czereśni??? Wołam Mojego. Spróbuj, bo mi się one coś mało kwaśne wydają! Twarz Mojego wykrzywia się w grymasie, jak po wypiciu octu siedmiu złodziei:

– Jesteś pewna, że nie masz jakiegoś dziwnego covidu, który wyłącza Ci wrażliwość na kwaśne?

Covidu wybiórczego nie mam. Ale poza tym, to tak mam – uwielbiam surowy sok spod kiszonej kapusty. A to wiśnie szlachetne, a nie zdziczałe, zrywane na spacerze, jasne więc, że są bardziej przystępne w smaku. Uspokojona zabieram się za robienie nalewki. Cukru daję trochę mniej, bo przecież owoce takie słodkie…

*Jakby ktoś nie znał bardzo starego dowcipu: trzeba sobie jakoś radzić, powiedział góral, sznurując buta dżdżownicą.

Tłumaczenia tłumaczenia

W moim spisie książek do przeczytania od dłuższego czasu figurował Sandor Marai. Znajomy, którego gust literacki bardzo sobie cenię, zachwycał się kiedyś publicznie jego powieścią Żar. Ponieważ nie znam węgierskiego, skazana jestem na tłumaczenia, a ponieważ mieszkam w Hameryce, kupiłam angielskie. W zeszły weekend tę niewielką objętościowo powieść przeczytałam. Byłam zachwycona. Jak ktoś lubi Josepha Rotha i klimaty z czasów Nieboszczki Austrii, ma szansę podzielić moje odczucia.

Rozczarowanie nastąpiło już po skończonej lekturze, gdy z moich nowo-zawodowych przyczyn (projektowanie graficzne) szczegółowo analizowałam informacje podane drobnym drukiem. Zauważyłam wtedy, że książka jest tłumaczeniem nie węgierskiego oryginału, ale… niemieckiego tłumaczenia! Mało mnie szlag nie trafił – gdybym wiedziała, że pozycja dostępna na anglojęzycznym rynku jest przekazem z drugiej ręki, to zamówiłabym sobie niemieckie wydanie! Kilka kliknięć w internecie pokazało mi wystarczająco dużo wpisów innych, równie jak ja oburzonych, anglojęzycznych czytelników. Wychodzi na to, że teraz zamawiając książki, trzeba będzie sprawdzać, czy aby na pewno tłumaczone są bezpośrednio z języka oryginału…

Przy okazji dowiedziałam się także, że tytuł Żar po polsku, jak i Embers po angielsku, pochodzi najwyraźniej z niemieckiego tłumaczenia, w którym powieść zatytułowana jest Die Glut. Przeprowadziłam krótkie dochodzenie z którego wynikło, że wersja polska tłumaczona jest z węgierskiego i najwyraźniej tylko tytuł wzięty został z niemieckiego. W oryginale brzmi on A gyertyák csonkig égnek, co, według źródeł internetowych znaczy: świece dopalają się do końca. To chyba obecnie niemodne nadawać książkom przydługie tytuły i pewnie dlatego tłumacze, czy też może wydawcy, zdecydowali się na krótki, jednowyrazowy. Moim zdaniem bardzo szkoda, bo choć oba można rozumieć na dwa sposoby, to oryginalny lepiej oddaje sens utworu. Widać do wyraźnie, gdy doczyta się powieść, nomen omen, do końca.

Sceny z życia muzyków

W utworze, który zespół na scenie właśnie wykonuje, w pewnym momencie instrumenty cichną i tylko głos wykonawczyni, zniżony niemal do szeptu, skupia na sobie uwagę zamarłej w oczekiwaniu publiczności. Potem i on zamilknie, a po kilku sekundach z absolutnej ciszy wyłoni się delikatny, słodki dźwięk skrzypiec, kto którego dołączą kolejno pozostałe instrumenty i muzyka popłynie dalej, przybierając na sile, w coraz szybszym tempie, aż do harmonijnego finału. Najpierw jednak zapaść musi ta wzmagającą napięcie cisza. Prowadzący zespół pianista zdejmuje ręce z klawiatury, jego wzrok pada na skrzypka, który, wie o tym dobrze, niewiele spał tej nocy. Pianista zauważa z przerażeniem, że skrzypek ma zamknięte oczy i stojąc na środku sceny chwieje się jak trzcina na jeziorze. Zasnął!!! Zasnął w środku występu przy pełnej widowni! Zaraz będzie jego solo! Niech go ktoś obudzi! Niechże go ktoś szturchnie, albo kopnie, niech ktoś coś zrobi, do jasnej cholery! Ale pozostali muzycy wykorzystują chwilę przerwy na bezmyślne gapienie się przed siebie, żaden z nich nie zauważa ani ryzykownego położenia skrzypka, ani paniki w oczach pianisty. Spokojnie czekają na wejście skrzypiec. Jakich skrzypiec?! Jak nikt go nie obudzi, żadnego wejścia żadnych skrzypiec nie będzie, będzie wielki wstyd, tyle będzie!!!

Następuje cud – skrzypek samoistnie otwiera oczy, na jego niewinnej twarzy maluje się zdziwienie przechodzące w przerażenie, wykonuje nerwowy ruch, pół kroku, które wystarcza, by nadepnąć na kabel od przymocowanego do skrzypiec mikrofonu. Mikrofon się odczepia, spada na podłogę z ogłuszającym hukiem, publiczność podskakuje w krzesłach, muzycy ledwo co unikają zawału, moment szeptu i napięcia diabli biorą.

Nazajutrz w programie jest ten sam koncert. Ten sam zespół, ten sam utwór z momentem szeptu i ciszy przed wejściem skrzypiec. Pianista znad klawiatury obserwuje śpiącego królewicza i z ulgą odnotowuje, że ten, nauczony smutnym doświadczeniem, odłożył instrument na taboret. Gdy zbliża się chwila jego solo, schyla się po skrzypce, przydeptuje kabel od mikrofonu, który odczepia się od skrzypiec, ląduje na podłodze, potworny łomot wyrywa publiczność z krzeseł…

Trzeciego dnia, przed rozpoczęciem koncertu, pianista, nie mogąc wyjść z podziwu, z jakim przedszkolem przyszło mu pracować, podkreśla konieczność zachowania absolutnej ciszy w szeptanym momencie utworu. Skrzypkowi oczywiście jest niezmiernie przykro, rzucania mikrofonem żałuje i poprawę obiecuje. Wychodzą na scenę. Wszystko idzie dobrze, zbliża się szczególny moment, instrumenty milkną, wykonawczyni zniża głos, ktoś w krzesłach cicho kaszle. Skrzypek słyszy to i czuje, że coś drapie go w gardle, że włochata kula rozrasta się w tchawicy, łaskocze, oczy nabiegają łzami, oddech urywa, ciałem wstrząsa duszony kaszel. Jedyne, co może zrobić, to odwrócić się i ukryć twarz, grać najlepiej jak się da, ignorując wstrząsające klatką piersiową i ramionami spazmy. Kończy utwór po wirtuozersku, jak Miles Davis, odwrócony plecami do publiczności, reszta muzyków też się dusi, ale ze śmiechu, a znad fortepianu unoszą się, wydobywające się z uszu pianisty kłęby pary.

Oklaski.

Znak czasu.

Siedzimy z dawno nie widzianymi przyjaciółmi w jednej z moich ulubionych restauracji. Zdajemy sobie relacje z ostatnich wydarzeń i dzielimy planami na najbliższą przyszłość. Jednym z nich jest, mający się odbyć nazajutrz, ślub siostrzenicy przyjaciela, na którym ma on wygłosić uroczystą przemowę. To dla niego nie pierwszyzna, w zeszłym roku wychodziła za mąż inna siostrzenica i tam też wygłaszał mowę. Widać rodzinie się spodobało, bo poprosili go znowu. Tym razem jednak z pewnymi modyfikacjami. Na czym mają polegać? Ano, jego siostra, a zarazem matka panny młodej, była kilka miesięcy temu na innym ślubie, gdzie usłyszała mowę wprost perfekcyjną. Taką, jaką chciałaby usłyszeć jutro. Zapamiętawszy kluczowe punkty, sprytnie wpisała je po powrocie do domu w czat GPT. Wydruk dała bratu. No i teraz nasz przyjaciel kombinuje, jak tu, w wypluciny sztucznej inteligencji, wpleść coś od siebie. Kurtyna.