Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu, zaczęłam czytać „Muzeum porzuconych sekretów” Oksany Zabużko. Kupiłam angielskie tłumaczenie, bo chciałam wydanie papierowe i szybko, a dostarczenie przesyłki z wersją polską trwałoby dłużej. Tłumaczenia z języków słowiańskich staram się zwykle czytać po polsku, bo, moim zdaniem, lepiej oddaje to brzmienie oryginału. Tym razem zrobiłam wyjątek. Po przeczytaniu pierwszej strony stwierdziłam na własny użytek, bo krytyka już od dawna jest tego zdania, że to jest wielka literatura. Dalsza lektura nie tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, ale także okazała się przyjemna i wciągająca (bo, jak wiadomo, wielka literatura nie musi być ani przyjemna, ani wciągająca, tak jak przyjemna i wciągająca literatura nie musi być wielka – no, wiedzą Państwo, co mam na myśli). Czytam więc z przyjemnością i cieszę się, że stron dużo i jeszcze to trochę potrwa.
W poniedziałek w zeszłym tygodniu padał tutaj śnieg, a we wtorek wyjechałam w podróż służbową. Na lotnisku w Wielkim Hamerykańskim mieście wyświetlany jest baner w niebiesko żółtych kolorach: „With Ukraine we stand”. Dobrze było to widzieć. Poleciałam do Miasta na Południu. No dobrze, nie będę taka tajemnicza – w Atlancie byłam. Powitało mnie tam balsamiczne dwadzieścia kilka stopni Celsjusza i kwitnące drzewa. Niby wiedziałam, jakiej pogody się spodziewać, ale fizyczne doznanie po wyjściu z hali lotniska to jednak co innego. Przez chwilę uwierzyłam, że świat może być przyjazny.
Byłam tam na targach. Mieszkaliśmy w pięknym hotelu, jedli w dobrych restauracjach, ruch na naszym stoisku był ogromny – ludzie widać mają dosyć siedzenia w domu i robienia biznesów przez internet i postanowili wziąć udział w wydarzeniu w realu. Nie przestanie mnie mile zaskakiwać, jak dobrze pracownicy hoteli i restauracji w Atlancie wymawiają moje nazwisko. Nie pytają, tylko czytają z rezerwacji i, jasne, że „w” wychodzi im jak „ł”, a „cz” jak „c”, ale nie ma wątpliwości, że to jest moje nazwisko! Gdzie indziej zwykle proszą mnie o wymówienie, potem usiłują powtórzyć i zupełnie im się to nie udaje. Albo ze śmiechem poprzestają na trzech pierwszych literach. Czy to ta legendarna południowa gościnność? W każdym razie, w połączeniu z ciepłą wiosną i faktem, że z hotelu na teren targów można w kilkanaście minut dojść na nogach*, sprawia, że lubię Atlantę. Choć smutno mi bardzo, gdy, w odległości kilkudziesięciu metrów od luksusowego hotelu, widzę ludzi mieszkających na ulicy. Człowiek nie powinien mieszkać na ulicy.
Przy kolacjach w gronie naszych sprzedawców snute były, między innymi, opowieści rozweselające. Tym razem utkwiła mi w pamięci historia o, nomen omen, gumowej kaczce**. Było to parę lat temu. Jeden z moich kolegów od dłuższego czasu bezskutecznie usiłował umówić się na rozmowę z wysoko postawionym gościem w pewnej fabryce. W końcu zjawił się w siedzibie firmy i powiedział recepcjonistce, że jest umówiony z tym a tym człowiekiem, żeby porozmawiać o gumowej kaczce. Popatrzyła na niego jak na pensjonariusza domu dla umysłowo chorych, ale że podany powód był tak absurdalny, postanowiła jednak zawiadomić szefa. Gość, gdy usłyszał przez telefon, że przyszedł facet porozmawiać z nim o gumowej kaczce, nie wytrzymał i wyszedł zobaczyć wariata. Mój kolega uprzejmie się przywitał, przedstawił i… wyjął zza pazuchy zbliżoną do naturalnych rozmiarów gumową kaczkę. Rozbawiony dyrektor, mimo napiętego grafika, zgodził się tego dnia z nim porozmawiać.
* Południowopolski regionalizm. Wiem, że chodzi się zwykle na nogach, nie na rękach, a używając literackiego języka powinno się napisać – pieszo.
**Mowa o gatunku ptaka, nie przyrządzie do sikania dla obłożnie chorych.