Olśniewający CudownyBiałySzczyt

Tygodnik społeczno-kulturalny New Yorker, obok innych artykułów, zamieszcza na swoich łamach opowiadania. Całą lewą stronę zajmuje zwykle rysunek bądź fotografia, na której widnieje tytuł oraz imię i nazwisko autora/ki. Tekst zaczyna się po prawej i wypełnia kilka kolejnych stron. Przeglądając numer z 5 kwietnia tego roku, zobaczyłam zdjęcie oświetlonej popołudniowym słońcem, wystającej po łokieć z okna samochodu, ręki w skórzanej kurtce, trzymającej zapalonego papierosa, sfotografowanej na tle bezchmurnego nieba. Na zdjęciu napis „Featherweight”(Waga piórkowa). A powyżej „Sterling HolyWhiteMountain” (Olśniewający CudownyBiałySzczyt*). Zaraz, a gdzie jest autor? „Waga piórkowa” napisane jest większymi literami, to pewnie tytuł, ale czyż „Olśniewający CudownyBiałySzczyt” nie brzmi jak tytuł? Żadnych innych wyrazów nie ma, a opowiadanie zaczyna się, jak zwykle, od samej góry, paragrafem na sąsiedniej stronie. Kto to napisał? I jaki jest tytuł? Pierwsze zdanie opowiadania brzmi: „Gdy spotkałem moją miłość, byłem już ponad rok poza rezerwatem.” Zaczyna się dobrze, ale mimo wszystko chciałabym wiedzieć, kto to napisał. Na szczęście New Yorker na jednej z pierwszych stron wylicza autorów, których teksty ukazują się w danym numerze. Wertuję więc do początku. Jest: „Olśniewający CudownyBiałySzczyt wychował się w Rezerwacie Czarnych Stóp, w stanie Montana. Był stypendystą Stegnera, wykłada na uniwersytecie Stanford, obecnie pracuje nad powieścią.”

Opowiadanie przeczytałam i bardzo mi się podobało. Narrator jest młodym, pochodzącym z indiańskiego plemienia mężczyzną na uniwersytecie wśród białych, którym, obcym i egzotycznym, uważnie się przygląda. Zaskoczyło mnie, jak bardzo się z nim podczas czytania utożsamiałam (wiem, że to może nie być oczywiste, ale naprawdę nie jestem młodym mężczyzną wyrywającym panienki na kampusie). Ponieważ wpadłam w taki zachwyt, niezwłocznie przeczytałam, zamieszczony na stronie internetowej New Yorkera, wywiad z autorem. Moje pozytywne wrażenie tylko się spotęgowało. Szkoda, że nie wydał jeszcze niczego więcej. Mam wielką nadzieję, że powieści, nad którymi pracuje, spełnią obietnicę zawartą w opowiadaniu.

*Wiem, że mountain to góra, a nie szczyt. Daleko posunięta wolność tłumaczenia jest w tym wypadku zamierzona.

P jak polityka i pandemia

Żeby nikomu nie było smutno, że w kraju bajzel w walce z zarazą, przesyłam obrazek zza oceanu. Tutaj też bajzel panuje, tyle że gdzieniegdzie mniejszy, gdzieniegdzie większy, jak to w państwie federacyjnym.

Rozporządzenie gubernatora stanu Wisconsin o obowiązku noszenia maseczek w miejscach publicznych, zostało przez sponsorującego lokalną partię republikańską bogacza zaskarżone do stanowego sądu najwyższego. Sąd ten, większością 4 do 3 głosów, rozporządzenie uznał za nielegalne, uzasadniając to tym, że gubernator wydał już kilka rozporządzeń dotyczących jednej i tej samej sytuacji (pandemii, z którą mamy do czynienia od ponad roku).

Co prawda lokalne, miejskie i gminne władze dalej mają prawo wydawać podobne rozporządzenia i egzekwować je na swoim terenie, ale brak jest decyzji na szczeblu stanowym. Ma to, poza ułatwionym rozprzestrzenianiem się wirusa, także i konsekwencje materialne. Ponieważ na skutek decyzji sądu najwyższego w stanie Wisconsin nie obowiązuje specjalne rozporządzenie na stan klęski żywiołowej, wychodzi na to, że klęski żywiołowej w tym stanie nie ma. W związku z tym, Wisconsin może nie zakwalifikować się do otrzymania pomocy finansowej przeznaczonej na zakup żywności dla najbardziej dotkniętych skutkami pandemii mieszkańców. Mowa jest o kwocie w wysokości 50 milionów dolarów miesięcznie.

Oczywiście strata ta nie dotknie sponsorującego miejscowych republikanów bogacza. Jemu chodzi o głosy, nie o jedzenie dla ludzi, którzy stracili pracę.

Wesołych świąt, everybody!

Niezniszczalne ciasto

W zeszły weekend wybieraliśmy się do znajomych. Zrobiło się już na tyle ciepło, że przy wsparciu kempingowego grzejniczka, można było spędzić miły wieczór na świeżym powietrzu. Jakiś czas temu zlałam nalewkę z wiśni i teraz mam słój pysznych, procentowych owoców do deserów. Wymyśliłam więc, że zrobię roladę czekoladową wypełnioną serkiem mascarpone zmieszanym z tymi wiśniami. Powinno wyjść coś przypominającego tort szwarcwaldzki.

Pracowałam w oparciu o pochodzący z czasów cesarsko-królewskich przepis na czekoladowy biszkopt do rolady. Należało ubić żółtka i przed dodaniem do nich rozpuszczonej gorzkiej czekolady, zahartować je dwoma łyżkami wrzącej wody. Woda się ładnie z żółtkami połączyła, zaczęłam dodawać czekoladę i w ciągu kilku sekund w misce, zamiast pysznej masy, pojawiła się głęboko brązowa skamielina. Wtedy zrozumiałam, że żadna rolada z tego nie powstanie.

Byłam jednak zdeterminowana, żeby stworzyć czekoladowe tło dla pijanych wiśni z mascarpone. Kontynuowałam więc działania, dodając kolejno ubitą pianę z białek, która skamielinę nieco rozluźniła i niewielką ilość mąki, która ją na nowo utwardziła. Produkt nadawał się właściwie do śmieci.

Postanowiłam się jednak nie poddawać. Teraz trzeba było rozprowadzić cienką warstwę masy biszkoptowej na papierze do pieczenia. W moim wykonaniu czynność ta przypominała raczej gruntowanie płótna, tyle, że nie jasną, a głęboko ciemną substancją. Nie udało mi się owego płótna zagruntować równomiernie, powstrzymałam się jednak po raz kolejny przed wyrzuceniem dzieła i takie, jakie było, o powierzchni trójwymiarowej, wsadziłam do piekarnika. Gdy po przewidzianym czasie go stamtąd wyjęłam, oczom moim ukazała się kamienna tablica, nasuwająca skojarzenie z nagrobkiem.

Skoro już jednak doszłyśmy, ja i kamienna tablica, tak daleko, możemy eksperymentować dalej. Korzystając z rady o zawinięciu gorącego jeszcze biszkoptu za pomocą wilgotnej ściereczki w rulon, stworzyłam coś w rodzaju miniaturowego kija bejsbolowego. Nic to – teraz pozostało tylko czekać, aż kij wystygnie, a wtedy delikatnie go odwinąć i posmarować masą, którą miałam już gotową i wiedziałam, że jest dobra. Kij wystygł, zabrałam się do odwijania go, obawiając się mocno, że czynność owa, w obliczu jego ograniczonej elastyczności, skazana jest na porażkę. Moje obawy potwierdziły się w stu procentach i zamiast delikatnie rolującej się warstwy lekkiego ciasta czekoladowego, otrzymałam połamane łódkowate kawałki, przypominające wyglądem i konsystencją kawałki zdartej z drzewa kory. W tym momencie zrezygnowałam z kolejnej nadarzającej się okazji, by to dziadostwo wywalić, wybrałam największy kawełek, posmarowałam wewnętrzną część nadzieniem, położyłam nań, wypukłą częścią do dołu, nieco mniejszy kawałek, znowu posmarowałam nadzieniem i tak aż do najmniejszego kawałka, tworząc rodzaj nieortodoksyjnego czegoś, składającego się z mocno czekoladowych, chrupiących kawałków, przełożonych lekką masą serową urozmaiconą wiśniami w spirytusie. A w dodatku dało się to kroić!

Czytanie

Moment, w którym zauważasz, że wbrew pozorom, nie dla wszystkich ludzi naczelnym celem życia jest rozwój i dowiadywanie się nowych rzeczy o sobie i świecie współczesnym, a czytanie książek nie zawsze ma na celu poznanie kondycji ludzkiej, to bardzo specyficzna utrata złudzeń. A to, czego ludzie w książkach szukają, to już z kolei interesujący wgląd w psychikę poszczególnych osób, a czasem i całych społeczeństw, gdy okazuje się, że jakiś tytuł, lub autor/ka, robi furorę w jednym kraju, ale niekoniecznie w innym. A czasem przebija się w tłumaczeniu, podczas gdy w języku oryginału nie jest prorokiem. Tutaj można zahaczyć o możliwość poprawienia książki przez tłumacza/kę, bo przecież to też się zdarza, otwierając pole to zupełnie nowych rozważań.

Życie towarzyskie

Nie ma co ukrywać, nasze życie towarzyskie ogranicza się do trzech kotów. W każdym razie życie w realu, bo wirtualnie i przez telefon mamy kontakt ze światem: z pracą przez pięć dni w tygodniu, z rodziną i przyjaciółmi przez telefon i ze szkołą tanga argentyńskiego przez zuma.

W normalnych czasach jeździliśmy do mieszczącej się w Wielkim Hamerykańskim Mieście szkoły tanga czasem raz w tygodniu, ale najczęściej o wiele rzadziej. Nasze postępy były więc ograniczone. Gdy prawie rok temu wszystko niemalże z dnia na dzień zamknęli, nastał czas próby. Szkoła tanga wyszła z niej obronną ręką. Dziewczyna, która nią kieruje, wykazała się niezwykłym refleksem, pomysłowością i pracowitością, i z tygodnia na tydzień przestawiła funkcjonowanie swojej taneczno-kulturalno-towarzyskiej instytucji na prężne działanie online. Na początku nikt nie wiedział, jak to będzie przez internet, ale ku wielkiemu zdumieniu uczniów i jeszcze większemu nauczycieli, okazało się, że jak najbardziej, można tańca uczyć się przez ekran! Jasne, że łatwiej, gdy zdalni uczniowie mają w swojej pustelni partnera-kę do tańca i gdy nie są całkowicie początkujący, jednak gdy porównuję nagrania naszych wyczynów z marca z obecnymi, postęp jest bezdyskusyjny.

Gdy nie można pójść nigdzie, nie ma różnicy, z wyjątkiem czasowej, na którym kontynencie się człowiek znajduje. Przez ostani rok regularnie mieliśmy więc zajęcia z nauczycielami logującymi się z Buenos Aires, Berlina i kilku innych miejsc na globie. Nasza Nieustraszona Kierowniczka do lekcji tańca dodała wkrótce wykłady i koncerty online, na Sylwestra zorganizowała 12-godzinny (sic!) program muzyczny z nagraniami współczesnego tanga, który sama poprowadziła, siedząc z kotem na kolanach w pustym studiu tańca w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Chcieć to móc, a gdy nic nie jest osiągalnie, osiągalne jest wszystko.

Paleta barw

Czarne i szare koty są bardzo praktyczne. Jak bardzo, mieliśmy okazję się wczoraj przekonać. Nasze poprzednie koty były właśnie odpowiednio w kolorze czarnym i popielatym. Od grudnia zapanowały u nas jednak nowe barwy – rude pręgowane, rude z białym i bardzo ciekawy i rzadko spotykany kolor beżowo-piaskowy.

Siedzieliśmy sobie w jadalni przy herbacie, gdy Mój stwierdził, że chce mu się czekolady i poszedł do kuchni. Zamiast odgłosu otwieranych drzwiczek szafki, w której jest czekolada, usłyszałam:
– Przyjdziesz tu, proszę, na moment? – O cholera, znowu się coś z kota poza kuwetą ulało, pomyślałam (mieliśmy ostatnio problemy gastryczne, ale wydawało się, że po zmianie diety sytuacja jest pod kontrolą). Pognałam więc w te pędy do połączonego z kuchnią pokoju telewizyjnego, czyli salonu, czyli sali kominkowej. Mój trzymał pod pachą Małego średniego Który Jest Już Duży, a obok Madame udawała, że jej nie ma. Chodziło o to, żeby wytrzeć towarzystwu przyczernione łapki, i inne części ciała, zanim rozniosą wszystko po domu.
– Co się stało?
– Nie wiem, jak, ale otworzyły drzwiczki do kominka.
I eksplorując jego wnętrze, urządziły sobie spóźniony popielec. Fascynujące! Kominek naszych poprzednich kotów w ogóle nie obchodził. Albo może i zaglądały do niego, ale nigdy nie złapaliśmy ich na otwieraniu zamkniętych drzwiczek, no a jeśli umazały się kiedyś sadzą, to i tak nie było tego na nich widać. To tak jak z jednym z czarnych kotów moich rodziców, który namiętnie tarzał się w piwnicy w węglu. Człowiek głaskał hrabinę i miał wrażenie, że kot farbuje, bo dłoń robiła się czarna.

Okazało się, że nie tak łatwo zetrzeć z kota sadzę. ściereczki, którymi je potraktowałam, może i zrobiły się nieco, ale tylko nieco szarawe, natomiast plamy na kotach pozostały niezmienione. Trudno, pomysłowa dwójka będzie chodziła w barwach wojennych, dopóki się sama nie domyje. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, dzisiaj rano Mały średni Który Jest Już Duży, był już jednak o wiele czystrzy. Widać zlizał wszystko przez noc, a pewnie pomógł mu w tym jego kumpel, Maszyna Mrucząca, który znany jest z zamiłowania do czystości i lizania siebie oraz współkotów. Na akcję kominkową Maszyna Mrucząca się na szczęście nie załapała, bo spała sobie w tym czasie gdzieś w słońcu. Dzięki temu mamy przynajmniej jednego czystego kota.

W całej tej historii najzabawniejsze było jednak oburzenie Mojego: – Jak można się tak wysmarować?! Teraz będą chodziły brudne! Ja tego nie rozumiem! – Ale tak to jest, gdy spełniają się nasze życzenia. Chciał mieć koty, które będą się razem bawiły, spędzały ze sobą czas i w ogóle – nie darły kotów. No i dostał: pokojowa współpraca kwitnie i wydaje plony. Jedna wpadnie na genialny pomysł, to drugi jej zaraz usłużną łapką i wszędobylskim noskiem, a w razie potrzeby i ostrymi ząbkami, w jego realizacji pomoże.

Skonfundowany

Siedzimy przy stole. Spoglądam na prostokąt papieru leżący przed Moim. Macham ogólnie w tym kierunku ręką (nie pokazuj palcami!):
– To twoje stopy?
– Co? – W weekendowe poranki (no dobrze, raczej późne przedpołudnia) Mój bywa powolny.
– Do twoich stóp? – Cierpliwie ponawiam pytanie i gestykuluję nieco dokładniej wskazując papier na stole.
– ? – Dalej nie jarzy.
– Ojej, no czy to wizyta?
– ??? – Zamiast krótkiej odpowiedzi tak lub nie, obdarzona zostaję spojrzeniem człowieka, który zastanawia się nad kondycją umysłową interlokutorki. Nie ma rady, pochylam się nad stołem i eleganckim gestem pokazuję leżącą tam karteczkę oraz wyjaśniam:
– Czy to jest termin twojej kolejnej wizyty u lekarki, która wypala ci ciekłym azotem, albo czymś podobnym, narośla, jakie stworzyły ci się ostatnio na podeszwach stóp i u której byłeś już w zeszłym miesiącu i teraz będziesz szedł na kolejny zabieg?
– Aaaaa, taaak! – Odpowiada uszczęśliwiony, że jednak nie zwariowałam. Ile to się człowiek musi nagadać, żeby prostą odpowiedź usłyszeć!

Teatrzyk Wierny Kot ma zaszczyt przedstawić: Jakby co

Udział biorą:

Miłośnik Kotów (lat siedem)
Babcia (która po niedawnym uśpieniu swego ostatniego kota nie chce brać nowego, bo to zbyt smutne, gdy trzeba je pożegnać)
Giuseppe i Pandora – koty mieszkające z Miłośnikiem

Miłośnik Kotów, z nadzieją:
– Babciu, ja wiem, że już nie chcesz mieć kotów, ale jak ja bym umarł i mama umarła, i tata też, to ty byś się jednak zaopiekowała Giuseppe i Pandorą?

Babcia, wzruszona, powstrzymując łzę:
– Tak, oczywiście, że bym się nimi zaopiekowała. (Po chwili raźniej:) Ale wiesz, nie będzie takiej potrzeby.

Miłośnik Kotów, rzeczowo:
– No tak, ty jesteś od nas starsza i to ty pierwsza umrzesz!

Kurtyna

Zaproszenie do przyzwoitości

Ulga. Wzruszenie. Zaprzysiężono 46 prezydenta Stanów Zjednoczonych i wiceprezydentkę – pierwszą w historii kobietę na tym stanowisku, w dodatku nie-białą. Nie mówcie mi, że czasy się nie zmieniają! Zadanie przed nimi ogromne – dać sobie rady z pandemią, niespotykanym w historii podziałem społeczeństwa i katastrofą klimatyczną. Odzyskać twarz na arenie międzynarodowej. Droga – przez zjednoczenie ludzi dobrej woli, bez względu na pochodzenie, status, płeć, kolor skóry, orientację, religię, a także to, czy na nich w tych wyborach głosowali. Przemówienie nowozaprzysiężonego prezydenta było zaproszeniem do przyzwoitości. Przyzwoitości, której tak bardzo, nie tylko Hameryce, ale światu w ogóle, w tej epoce brunatnego kłamstwa, potrzeba.

Czas się zjednoczyć, nie każda różnica zdań musi prowadzić do wojny – usłyszeliśmy dzisiaj.

„światło istnieje, musimy tylko mieć odwagę je dostrzec,
światło istnieje, musimy tylko mieć odwagę nim być”

To moje wolne tłumaczenie ostatnich słów wiersza deklamowanego na dzisiejszej uroczystości przez bardzo młodą poetkę, Amandę Gorman.

Czego tak bardzo sobie i Państwu życzę.

Początek 2021

Tak się kończą idiotyczne zabawy – odzianymi w skóry jakichś skunksów czy innych wiewiórek „wikingami” i innymi nosicielami rasistowskich flag, którzy po władowaniu się do budynku parlamentu przez własnoręcznie rozbite okna, uwodzicielsko wdzięczą się koledze do zdjęcia gołym torsem, albo ładują ciężkie buciory na biurko z papierami.

No i trzeba potem wypychać to tałatajstwo z narażeniem własnego życia i zdrowia, o nerwach populacji śledzącej wiadomości nie wspominając, sprawdzać wszystkie szafy i klozety, czy się tam aby jakiś bohater z giwerą nie zawieruszył, na łeb na szyję doprowadzać sale obrad do porządku, a następnie kończyć obrady nad ranem jak, nie przymierzając, jakiś Kaczyński.

Fejsbunio po namyśle szlachetnie zablokował konto plującego jadem przestępcy ciągle jeszcze na stanowisku prezydenta do końca kadencji tegoż, czyli na dwa tygodnie. Szkoda, że nie pomyśleli o tym razem z Twitterem cztery lata temu. Hydra byłaby mniejsza.