Jadąc, no może nie przez pola, ale zdecydowanie bocznymi drogami, przez zieleniejącą się w majowym słońcu prowincję, do sąsiedniego stanu, zobaczyliśmy wywieszony na skraju prywatnej posiadłości transparent: „Jesus is my Lord, Trump is my president”. Zaraz pod nim drugi transparent, o tym, że „We support our police”. Jak to było? Gdy Bozia chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera?
Pandemiczna nomadka
Piastująca wysokie stanowisko osoba z firmy Mojego wynajmowała z mężem mieszkanie w Ogromnym Hamerykańskim Mieście.
– Wyprowadzamy się. Spakowaliśmy już prawie wszystko i z wyjątkiem najpotrzebniejszych rzeczy, jutro wywozimy do magazynu – powiedziała niedawno.
– A dokąd ta przeprowadzka?
– Wyprowadzka. Zdajemy mieszkanie, najpotrzebniejsze rzeczy do walizek i teraz, gdy już jesteśmy zaszczepieni, ale ciągle jeszcze pracujemy zdalnie i wszystko jedno, gdzie fizycznie jesteśmy, będziemy mieszkać w wynajmowanych mieszkaniach (Air B& B) w różnych miastach, które zawsze chcieliśmy zobaczyć. Gdy życie na tyle wróci do normy, że trzeba będzie pojawić się w biurze, albo u klienta, znowu gdzieś osiądziemy.
Pomijając względy epidemiologiczne, idea ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce w sytuacji, gdy przez pięć dni w tygodniu i tak trzeba pracować przed ekranem komputera, wydała mi się niesłychanie męcząca.
Wreszcie ruszyło
Wreszcie ruszyło tu ze szczepieniem ludzkości poniżej 65 roku życia. Dowiedziawszy się o tym, rzuciliśmy się do internetu, żeby się gdzieś zarejestrować. Sprawa nie była taka prosta, bo wolnych terminów brakowało – w moich okolicach wszyscy chcieli się szczepić! Łatwiej było co prawda w zachodnich częściach stanu, bo tam ludzkość mentalnie inna i się do najnowszych zdobyczy medycyny nie garną. W końcu jednak udało nam się zarejestrować nie tak daleko od domu i to niemalże na tę samą godzinę, więc mogliśmy pojechać razem.
Patrząc na adres punktu szczepienia, oznajmiłam, że wiem gdzie to jest. Mój, jak zwykle, włączył GPSa w telefonie i jedziemy. Mijając zjazd z autostrady wyraziłam zdziwienie, że z niego nie skorzystaliśmy, ale Mój stwierdził, że to jeszcze nie tu. No fakt, następnym też można zjechać, tyle, że potem trzeba się będzie cofnąć, więc jednak tym pierwszym byłoby szybciej, ale niech tam. Na wszelki wypadek spojrzałam na mapkę w swoim telefonie i utwierdziłam się w przekonaniu, że po zjeździe musimy skręcić dwa razy w lewo. Ku mojemu zdziwieniu i lekkiej irytacji, Mój ustawił się na pasie do skrętu w prawo. Mówię, że to nie tędy. Jak nie tędy, jak tędy, i wskazuje na swój telefon. Oczywiście, telefon pokazuje bzdury, bo jego właściciel, zamiast wpisać West Lincoln Avenue, wpisał East Lincoln Avenue. Na szczęście wyłapałam błąd operatora inteligentnej maszyny, zanim pojechaliśmy w kierunku przeciwnym do zamierzonego. Przy kolejnym skręcie w lewo ta sama dyskusja – zwolnij, bo to już tu zaraz po lewej stronie. Jeszcze nie, jeszcze spory kawałek prosto. Jak prosto, jak tu zaraz w lewo? Widzisz, jest szyld!
Zaparkowaliśmy przed budynkiem. Na jednych drzwiach napis, że tędy do szczepienia drugą dawką, po pierwszą trzeba drugim wejściem. Idziemy do drugiego wejścia, przed którym stoją ze trzy osoby, ktoś promiennie uśmiechnięty właśnie wychodzi, a zaraz za drzwiami rejestruje energiczna i rzeczowa pani: – Proszę, a tu jest kartka do szczepienia drugą dawką za cztery tygodnie o tej samej porze. Już się pan nie musi powtórnie rejestrować. – Mój, jak na dokładnego Niemca przystało: – I po tę drugą dawkę będzie się wchodziło tamtym wejściem? – Ja, radosna jak skowronek, pragnąc wyręczyć umordowaną kontaktem z pacjentem administratorkę w tłumaczeniu Mojemu rzeczy oczywistych: – To będzie za cztery tygodnie, nie można planować niczego z takim wyprzedzeniem, jeszcze się przez ostani rok nie nauczyłeś? – Widzę dziękczynne spojrzenie kobiety posłane w moim kierunku, widzę, że szuka słów, wreszcie mówi: – Dokładnie tak, pani ma absolutną rację, nie wiemy, co będzie za cztery tygodnie. – Mój, do administratorki wskazując na mnie: – To moja żona. – Pani: – Ona ma rację, niech jej pan zawsze słucha! – Tak czynię! – Odpowiada Mój, pomny ćwiczeń z nawigacji, które właśnie mamy za sobą.
Olśniewający CudownyBiałySzczyt
Tygodnik społeczno-kulturalny New Yorker, obok innych artykułów, zamieszcza na swoich łamach opowiadania. Całą lewą stronę zajmuje zwykle rysunek bądź fotografia, na której widnieje tytuł oraz imię i nazwisko autora/ki. Tekst zaczyna się po prawej i wypełnia kilka kolejnych stron. Przeglądając numer z 5 kwietnia tego roku, zobaczyłam zdjęcie oświetlonej popołudniowym słońcem, wystającej po łokieć z okna samochodu, ręki w skórzanej kurtce, trzymającej zapalonego papierosa, sfotografowanej na tle bezchmurnego nieba. Na zdjęciu napis „Featherweight”(Waga piórkowa). A powyżej „Sterling HolyWhiteMountain” (Olśniewający CudownyBiałySzczyt*). Zaraz, a gdzie jest autor? „Waga piórkowa” napisane jest większymi literami, to pewnie tytuł, ale czyż „Olśniewający CudownyBiałySzczyt” nie brzmi jak tytuł? Żadnych innych wyrazów nie ma, a opowiadanie zaczyna się, jak zwykle, od samej góry, paragrafem na sąsiedniej stronie. Kto to napisał? I jaki jest tytuł? Pierwsze zdanie opowiadania brzmi: „Gdy spotkałem moją miłość, byłem już ponad rok poza rezerwatem.” Zaczyna się dobrze, ale mimo wszystko chciałabym wiedzieć, kto to napisał. Na szczęście New Yorker na jednej z pierwszych stron wylicza autorów, których teksty ukazują się w danym numerze. Wertuję więc do początku. Jest: „Olśniewający CudownyBiałySzczyt wychował się w Rezerwacie Czarnych Stóp, w stanie Montana. Był stypendystą Stegnera, wykłada na uniwersytecie Stanford, obecnie pracuje nad powieścią.”
Opowiadanie przeczytałam i bardzo mi się podobało. Narrator jest młodym, pochodzącym z indiańskiego plemienia mężczyzną na uniwersytecie wśród białych, którym, obcym i egzotycznym, uważnie się przygląda. Zaskoczyło mnie, jak bardzo się z nim podczas czytania utożsamiałam (wiem, że to może nie być oczywiste, ale naprawdę nie jestem młodym mężczyzną wyrywającym panienki na kampusie). Ponieważ wpadłam w taki zachwyt, niezwłocznie przeczytałam, zamieszczony na stronie internetowej New Yorkera, wywiad z autorem. Moje pozytywne wrażenie tylko się spotęgowało. Szkoda, że nie wydał jeszcze niczego więcej. Mam wielką nadzieję, że powieści, nad którymi pracuje, spełnią obietnicę zawartą w opowiadaniu.
*Wiem, że mountain to góra, a nie szczyt. Daleko posunięta wolność tłumaczenia jest w tym wypadku zamierzona.
P jak polityka i pandemia
Żeby nikomu nie było smutno, że w kraju bajzel w walce z zarazą, przesyłam obrazek zza oceanu. Tutaj też bajzel panuje, tyle że gdzieniegdzie mniejszy, gdzieniegdzie większy, jak to w państwie federacyjnym.
Rozporządzenie gubernatora stanu Wisconsin o obowiązku noszenia maseczek w miejscach publicznych, zostało przez sponsorującego lokalną partię republikańską bogacza zaskarżone do stanowego sądu najwyższego. Sąd ten, większością 4 do 3 głosów, rozporządzenie uznał za nielegalne, uzasadniając to tym, że gubernator wydał już kilka rozporządzeń dotyczących jednej i tej samej sytuacji (pandemii, z którą mamy do czynienia od ponad roku).
Co prawda lokalne, miejskie i gminne władze dalej mają prawo wydawać podobne rozporządzenia i egzekwować je na swoim terenie, ale brak jest decyzji na szczeblu stanowym. Ma to, poza ułatwionym rozprzestrzenianiem się wirusa, także i konsekwencje materialne. Ponieważ na skutek decyzji sądu najwyższego w stanie Wisconsin nie obowiązuje specjalne rozporządzenie na stan klęski żywiołowej, wychodzi na to, że klęski żywiołowej w tym stanie nie ma. W związku z tym, Wisconsin może nie zakwalifikować się do otrzymania pomocy finansowej przeznaczonej na zakup żywności dla najbardziej dotkniętych skutkami pandemii mieszkańców. Mowa jest o kwocie w wysokości 50 milionów dolarów miesięcznie.
Oczywiście strata ta nie dotknie sponsorującego miejscowych republikanów bogacza. Jemu chodzi o głosy, nie o jedzenie dla ludzi, którzy stracili pracę.
Wesołych świąt, everybody!
Niezniszczalne ciasto
W zeszły weekend wybieraliśmy się do znajomych. Zrobiło się już na tyle ciepło, że przy wsparciu kempingowego grzejniczka, można było spędzić miły wieczór na świeżym powietrzu. Jakiś czas temu zlałam nalewkę z wiśni i teraz mam słój pysznych, procentowych owoców do deserów. Wymyśliłam więc, że zrobię roladę czekoladową wypełnioną serkiem mascarpone zmieszanym z tymi wiśniami. Powinno wyjść coś przypominającego tort szwarcwaldzki.
Pracowałam w oparciu o pochodzący z czasów cesarsko-królewskich przepis na czekoladowy biszkopt do rolady. Należało ubić żółtka i przed dodaniem do nich rozpuszczonej gorzkiej czekolady, zahartować je dwoma łyżkami wrzącej wody. Woda się ładnie z żółtkami połączyła, zaczęłam dodawać czekoladę i w ciągu kilku sekund w misce, zamiast pysznej masy, pojawiła się głęboko brązowa skamielina. Wtedy zrozumiałam, że żadna rolada z tego nie powstanie.
Byłam jednak zdeterminowana, żeby stworzyć czekoladowe tło dla pijanych wiśni z mascarpone. Kontynuowałam więc działania, dodając kolejno ubitą pianę z białek, która skamielinę nieco rozluźniła i niewielką ilość mąki, która ją na nowo utwardziła. Produkt nadawał się właściwie do śmieci.
Postanowiłam się jednak nie poddawać. Teraz trzeba było rozprowadzić cienką warstwę masy biszkoptowej na papierze do pieczenia. W moim wykonaniu czynność ta przypominała raczej gruntowanie płótna, tyle, że nie jasną, a głęboko ciemną substancją. Nie udało mi się owego płótna zagruntować równomiernie, powstrzymałam się jednak po raz kolejny przed wyrzuceniem dzieła i takie, jakie było, o powierzchni trójwymiarowej, wsadziłam do piekarnika. Gdy po przewidzianym czasie go stamtąd wyjęłam, oczom moim ukazała się kamienna tablica, nasuwająca skojarzenie z nagrobkiem.
Skoro już jednak doszłyśmy, ja i kamienna tablica, tak daleko, możemy eksperymentować dalej. Korzystając z rady o zawinięciu gorącego jeszcze biszkoptu za pomocą wilgotnej ściereczki w rulon, stworzyłam coś w rodzaju miniaturowego kija bejsbolowego. Nic to – teraz pozostało tylko czekać, aż kij wystygnie, a wtedy delikatnie go odwinąć i posmarować masą, którą miałam już gotową i wiedziałam, że jest dobra. Kij wystygł, zabrałam się do odwijania go, obawiając się mocno, że czynność owa, w obliczu jego ograniczonej elastyczności, skazana jest na porażkę. Moje obawy potwierdziły się w stu procentach i zamiast delikatnie rolującej się warstwy lekkiego ciasta czekoladowego, otrzymałam połamane łódkowate kawałki, przypominające wyglądem i konsystencją kawałki zdartej z drzewa kory. W tym momencie zrezygnowałam z kolejnej nadarzającej się okazji, by to dziadostwo wywalić, wybrałam największy kawełek, posmarowałam wewnętrzną część nadzieniem, położyłam nań, wypukłą częścią do dołu, nieco mniejszy kawałek, znowu posmarowałam nadzieniem i tak aż do najmniejszego kawałka, tworząc rodzaj nieortodoksyjnego czegoś, składającego się z mocno czekoladowych, chrupiących kawałków, przełożonych lekką masą serową urozmaiconą wiśniami w spirytusie. A w dodatku dało się to kroić!
Czytanie
Moment, w którym zauważasz, że wbrew pozorom, nie dla wszystkich ludzi naczelnym celem życia jest rozwój i dowiadywanie się nowych rzeczy o sobie i świecie współczesnym, a czytanie książek nie zawsze ma na celu poznanie kondycji ludzkiej, to bardzo specyficzna utrata złudzeń. A to, czego ludzie w książkach szukają, to już z kolei interesujący wgląd w psychikę poszczególnych osób, a czasem i całych społeczeństw, gdy okazuje się, że jakiś tytuł, lub autor/ka, robi furorę w jednym kraju, ale niekoniecznie w innym. A czasem przebija się w tłumaczeniu, podczas gdy w języku oryginału nie jest prorokiem. Tutaj można zahaczyć o możliwość poprawienia książki przez tłumacza/kę, bo przecież to też się zdarza, otwierając pole to zupełnie nowych rozważań.
Życie towarzyskie
Nie ma co ukrywać, nasze życie towarzyskie ogranicza się do trzech kotów. W każdym razie życie w realu, bo wirtualnie i przez telefon mamy kontakt ze światem: z pracą przez pięć dni w tygodniu, z rodziną i przyjaciółmi przez telefon i ze szkołą tanga argentyńskiego przez zuma.
W normalnych czasach jeździliśmy do mieszczącej się w Wielkim Hamerykańskim Mieście szkoły tanga czasem raz w tygodniu, ale najczęściej o wiele rzadziej. Nasze postępy były więc ograniczone. Gdy prawie rok temu wszystko niemalże z dnia na dzień zamknęli, nastał czas próby. Szkoła tanga wyszła z niej obronną ręką. Dziewczyna, która nią kieruje, wykazała się niezwykłym refleksem, pomysłowością i pracowitością, i z tygodnia na tydzień przestawiła funkcjonowanie swojej taneczno-kulturalno-towarzyskiej instytucji na prężne działanie online. Na początku nikt nie wiedział, jak to będzie przez internet, ale ku wielkiemu zdumieniu uczniów i jeszcze większemu nauczycieli, okazało się, że jak najbardziej, można tańca uczyć się przez ekran! Jasne, że łatwiej, gdy zdalni uczniowie mają w swojej pustelni partnera-kę do tańca i gdy nie są całkowicie początkujący, jednak gdy porównuję nagrania naszych wyczynów z marca z obecnymi, postęp jest bezdyskusyjny.
Gdy nie można pójść nigdzie, nie ma różnicy, z wyjątkiem czasowej, na którym kontynencie się człowiek znajduje. Przez ostani rok regularnie mieliśmy więc zajęcia z nauczycielami logującymi się z Buenos Aires, Berlina i kilku innych miejsc na globie. Nasza Nieustraszona Kierowniczka do lekcji tańca dodała wkrótce wykłady i koncerty online, na Sylwestra zorganizowała 12-godzinny (sic!) program muzyczny z nagraniami współczesnego tanga, który sama poprowadziła, siedząc z kotem na kolanach w pustym studiu tańca w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Chcieć to móc, a gdy nic nie jest osiągalnie, osiągalne jest wszystko.
Paleta barw
Czarne i szare koty są bardzo praktyczne. Jak bardzo, mieliśmy okazję się wczoraj przekonać. Nasze poprzednie koty były właśnie odpowiednio w kolorze czarnym i popielatym. Od grudnia zapanowały u nas jednak nowe barwy – rude pręgowane, rude z białym i bardzo ciekawy i rzadko spotykany kolor beżowo-piaskowy.
Siedzieliśmy sobie w jadalni przy herbacie, gdy Mój stwierdził, że chce mu się czekolady i poszedł do kuchni. Zamiast odgłosu otwieranych drzwiczek szafki, w której jest czekolada, usłyszałam:
– Przyjdziesz tu, proszę, na moment? – O cholera, znowu się coś z kota poza kuwetą ulało, pomyślałam (mieliśmy ostatnio problemy gastryczne, ale wydawało się, że po zmianie diety sytuacja jest pod kontrolą). Pognałam więc w te pędy do połączonego z kuchnią pokoju telewizyjnego, czyli salonu, czyli sali kominkowej. Mój trzymał pod pachą Małego średniego Który Jest Już Duży, a obok Madame udawała, że jej nie ma. Chodziło o to, żeby wytrzeć towarzystwu przyczernione łapki, i inne części ciała, zanim rozniosą wszystko po domu.
– Co się stało?
– Nie wiem, jak, ale otworzyły drzwiczki do kominka.
I eksplorując jego wnętrze, urządziły sobie spóźniony popielec. Fascynujące! Kominek naszych poprzednich kotów w ogóle nie obchodził. Albo może i zaglądały do niego, ale nigdy nie złapaliśmy ich na otwieraniu zamkniętych drzwiczek, no a jeśli umazały się kiedyś sadzą, to i tak nie było tego na nich widać. To tak jak z jednym z czarnych kotów moich rodziców, który namiętnie tarzał się w piwnicy w węglu. Człowiek głaskał hrabinę i miał wrażenie, że kot farbuje, bo dłoń robiła się czarna.
Okazało się, że nie tak łatwo zetrzeć z kota sadzę. ściereczki, którymi je potraktowałam, może i zrobiły się nieco, ale tylko nieco szarawe, natomiast plamy na kotach pozostały niezmienione. Trudno, pomysłowa dwójka będzie chodziła w barwach wojennych, dopóki się sama nie domyje. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, dzisiaj rano Mały średni Który Jest Już Duży, był już jednak o wiele czystrzy. Widać zlizał wszystko przez noc, a pewnie pomógł mu w tym jego kumpel, Maszyna Mrucząca, który znany jest z zamiłowania do czystości i lizania siebie oraz współkotów. Na akcję kominkową Maszyna Mrucząca się na szczęście nie załapała, bo spała sobie w tym czasie gdzieś w słońcu. Dzięki temu mamy przynajmniej jednego czystego kota.
W całej tej historii najzabawniejsze było jednak oburzenie Mojego: – Jak można się tak wysmarować?! Teraz będą chodziły brudne! Ja tego nie rozumiem! – Ale tak to jest, gdy spełniają się nasze życzenia. Chciał mieć koty, które będą się razem bawiły, spędzały ze sobą czas i w ogóle – nie darły kotów. No i dostał: pokojowa współpraca kwitnie i wydaje plony. Jedna wpadnie na genialny pomysł, to drugi jej zaraz usłużną łapką i wszędobylskim noskiem, a w razie potrzeby i ostrymi ząbkami, w jego realizacji pomoże.
Skonfundowany
Siedzimy przy stole. Spoglądam na prostokąt papieru leżący przed Moim. Macham ogólnie w tym kierunku ręką (nie pokazuj palcami!):
– To twoje stopy?
– Co? – W weekendowe poranki (no dobrze, raczej późne przedpołudnia) Mój bywa powolny.
– Do twoich stóp? – Cierpliwie ponawiam pytanie i gestykuluję nieco dokładniej wskazując papier na stole.
– ? – Dalej nie jarzy.
– Ojej, no czy to wizyta?
– ??? – Zamiast krótkiej odpowiedzi tak lub nie, obdarzona zostaję spojrzeniem człowieka, który zastanawia się nad kondycją umysłową interlokutorki. Nie ma rady, pochylam się nad stołem i eleganckim gestem pokazuję leżącą tam karteczkę oraz wyjaśniam:
– Czy to jest termin twojej kolejnej wizyty u lekarki, która wypala ci ciekłym azotem, albo czymś podobnym, narośla, jakie stworzyły ci się ostatnio na podeszwach stóp i u której byłeś już w zeszłym miesiącu i teraz będziesz szedł na kolejny zabieg?
– Aaaaa, taaak! – Odpowiada uszczęśliwiony, że jednak nie zwariowałam. Ile to się człowiek musi nagadać, żeby prostą odpowiedź usłyszeć!