Było to w środę przed świętem Dziękczynienia. Mieliśmy spotkać się z koleżanką z pracy, która na dniach przeprowadza się na Florydę, w restauracji na obiedzie. Późnym przedpołudniem dostaję wiadomość – nie dołączy do nas dzisiaj, zaginął im pies i w panice go poszukują. Ich pies? Zaginął? Wiem, że to posłuszne zwierzę, które jest u nich od szczeniaka, a teraz ma dwanaście lat i żadna samowolka mu się nigdy nie zdarzała. Jeśli więc tym razem wybiegło, to pewnie nie za daleko i niebawem wróci. Nie przejęliśmy się więc zbytnio tą informacją i sami poszli na obiad.
Tymczasem u niej w domu panika sięgała zenitu. Wszystko zaczęło się rano, gdy ktoś zadzwonił do drzwi wejściowych, co zwykle powoduje dzikie ujadanie, a tym razem nie spowodowało nic. Zaczęli wołać psa chodząc po domu i zaglądając do poszczególnych pomieszczeń, ale nikt im nie odpowiadał. Doszli do wniosku, że musiała niezauważona wybiec, może wcześnie rano, gdy dzieci wychodziły do szkoły.
Poszukiwania z wnętrza rozszerzyły się na zewnątrz domu, okoliczne podwórka i pobliskie ogrody, ścieżkę prowadzącą do niewielkiego lasu, przez który przepływa strumień – może tam, nie daj boże, wpadła, nie mogła wyjść i się utopiła? Zaalarmowane zostało bliższe i dalsze sąsiedztwo, kto był w domu, a w przeddzień święta Dziękczynienia dużo ludzi bierze tu wolne, żeby nagotować, napiec, przygotować się do najazdu rodziny, słowem, poddać się przedświątecznej gorączce, wyruszył na poszukiwania psa. Bez skutku. Koledzy z pracy jej męża, z którymi też umówił się tego dnia na obiad, przyjechali po niego krótko przed dwunastą, zamiast jednak udać się do jadłodajni, o pustych żołądkach, za to w poczuciu misji, dołączyli do brygady przeczesującej las.
Sześć godzin bezowocnego biegania w panice po mieszkaniu, polu, lesie, objeżdżaniu samochodem nieco dalszej okolicy, spowodowało u mojej koleżanki silny ból głowy. W końcu, nie mogąc go opanować, położyła się z poduszką na oczach, ale oczywiście odpocząć też nie mogła, myśląc ciągle o zaginionym przyjacielu, który, być może, bezbronny i w tarapatach, nadaremnie oczekuje w tej chwili na jej pomoc. Nie mogąc wyleżeć spokojnie, wstała i zrobiła to, co robiła tego dnia już dziesiątki razy, zaczęła obchodzić wszystkie pomieszczenia domu, zaglądać we wszystke kąty, pod łóżka i gdzie się tylko da. W końcu, po raz wydaje się, setny, weszła do garderoby, w której była już dzisiaj tyle razy, odsunęła ręką plastikowe pokrowce z pralni chemicznej, a spod nich spojrzały na nią dwa okrągłe czarne ślepka. Zguba leżała na podłodze, całkiem płasko, schowana, mimo nawoływań przez sześć godzin nie wydając nawet pisku!
Moja koleżanka porwała odzyskane szczęście na ręce, płacząc z radości i wykrzykując – zobacz, zobacz kogo znalazłam! – pobiegła pokazać skarb mężowi. Ten zaś, który uronił tego dnia też już niejedną łzę, wyrwał jej psa – daj mi ją potrzymać!
Ach szczęście niepojęte, przyćmiewane tylko świadomością, że teraz trzeba będzie dać znać wszystkim zaalarmowanym wcześniej bezpośrednio, albo przez fejsa ludziom, z których wielu brało czynny udział w poszukiwaniach, zaniedbując przy tym własne przygotowania do święta. Oczywiście lakonicznie zawiadomienie, że pies się znalazł, spowodowało tylko lawinę pytań, gdzie była? jak ją znaleźli? przemoknięta? czy bardzo zmarzła? Właściwie nie bardzo. Wręcz przeciwnie, wygrzana w ciepłej garderobie.
A czemu się schowała? Najlepiej ją samą zapytać, ale zanim odpowie, można snuć przypuszczenia. Moje jest takie, że nie podoba jej się plan przeprowadzki na Florydę i chciała dać to do zrozumienia.