Tempora mutantur

W minioną środę, u znajomych. Pochodzący z Niemiec gospodarz zapala trzy z czterech świec świątecznej dekoracji na stole. Trzy, bo to dopiero trzeci tydzień adwentu. Wy nie zapalacie świec w taki sposób? Może w kościele, ale tam od lat mnie już nie było. Nie wiem, w domu nie zapalaliśmy. I jarmarku przedświątecznego też nie mieliście? I kalendarzy adwentowych z czekoladką w okienku na każdy dzień? I nie piekliście ciasteczek przez cały grudzień? To co robiliście w adwencie? Czekaliśmy. No, nie tylko. Można było chodzić na roraty. Wstać w ciemności. Ubrać się ciepło. Bez śniadania (post eucharystyczny) iść po skrzypiącym śniegu przez mróz. Potem drżeć w kamiennej budowli przez godzinę, wracać do domu przez ciągle jeszcze gęsty mrok. Zabaw hucznych nie urządzać. Modlić się więcej i więcej pościć.

Gdy o tym opowiadam, sama się dziwię tym niemal ramadanowym standartom. Że święta wtedy to było coś? Nagle rozbłysła feeria światełek choinkowych, prezenty pod choinką, ulubiony barszcz z uszkami na wigilię, słodycze bez ograniczeń, tych kilka pomarańczy. Tak, wtedy święta, to było coś.

Bez przesady, nie wstawałabym dzisiaj o piątej, żeby biec na roraty. Ale prawem kontrastu, święta wtedy, to było coś.

Co tam panie, w polityce? Leniuchy trzymają się dzielnie!

Państwo posłowie i posłanki opozycji, którzy dzisiaj zabumelowali, nie stawiając się na głosowanie w sprawie tzw. ustawy kagańcowej, że zacytuję (z pamięci) klasyka: wam kury szczać prowadzać, a nie do polityki się brać!

Jakikolwiek dalszy komentarz jest zbędny. Jestem wdzięczna Wyborczej, że upubliczniła listę olewusów – co prawda nie można ich od razu z roboty wywalić, ale na pewno trzeba mieć na nich oko.

Poszukiwania

Było to w środę przed świętem Dziękczynienia. Mieliśmy spotkać się z koleżanką z pracy, która na dniach przeprowadza się na Florydę, w restauracji na obiedzie. Późnym przedpołudniem dostaję wiadomość – nie dołączy do nas dzisiaj, zaginął im pies i w panice go poszukują. Ich pies? Zaginął? Wiem, że to posłuszne zwierzę, które jest u nich od szczeniaka, a teraz ma dwanaście lat i żadna samowolka mu się nigdy nie zdarzała. Jeśli więc tym razem wybiegło, to pewnie nie za daleko i niebawem wróci. Nie przejęliśmy się więc zbytnio tą informacją i sami poszli na obiad.

Tymczasem u niej w domu panika sięgała zenitu. Wszystko zaczęło się rano, gdy ktoś zadzwonił do drzwi wejściowych, co zwykle powoduje dzikie ujadanie, a tym razem nie spowodowało nic. Zaczęli wołać psa chodząc po domu i zaglądając do poszczególnych pomieszczeń, ale nikt im nie odpowiadał. Doszli do wniosku, że musiała niezauważona wybiec, może wcześnie rano, gdy dzieci wychodziły do szkoły.

Poszukiwania z wnętrza rozszerzyły się na zewnątrz domu, okoliczne podwórka i pobliskie ogrody, ścieżkę prowadzącą do niewielkiego lasu, przez który przepływa strumień – może tam, nie daj boże, wpadła, nie mogła wyjść i się utopiła? Zaalarmowane zostało bliższe i dalsze sąsiedztwo, kto był w domu, a w przeddzień święta Dziękczynienia dużo ludzi bierze tu wolne, żeby nagotować, napiec, przygotować się do najazdu rodziny, słowem, poddać się przedświątecznej gorączce, wyruszył na poszukiwania psa. Bez skutku. Koledzy z pracy jej męża, z którymi też umówił się tego dnia na obiad, przyjechali po niego krótko przed dwunastą, zamiast jednak udać się do jadłodajni, o pustych żołądkach, za to w poczuciu misji, dołączyli do brygady przeczesującej las.

Sześć godzin bezowocnego biegania w panice po mieszkaniu, polu, lesie, objeżdżaniu samochodem nieco dalszej okolicy, spowodowało u mojej koleżanki silny ból głowy. W końcu, nie mogąc go opanować, położyła się z poduszką na oczach, ale oczywiście odpocząć też nie mogła, myśląc ciągle o zaginionym przyjacielu, który, być może, bezbronny i w tarapatach, nadaremnie oczekuje w tej chwili na jej pomoc. Nie mogąc wyleżeć spokojnie, wstała i zrobiła to, co robiła tego dnia już dziesiątki razy, zaczęła obchodzić wszystkie pomieszczenia domu, zaglądać we wszystke kąty, pod łóżka i gdzie się tylko da. W końcu, po raz wydaje się, setny, weszła do garderoby, w której była już dzisiaj tyle razy, odsunęła ręką plastikowe pokrowce z pralni chemicznej, a spod nich spojrzały na nią dwa okrągłe czarne ślepka. Zguba leżała na podłodze, całkiem płasko, schowana, mimo nawoływań przez sześć godzin nie wydając nawet pisku!

Moja koleżanka porwała odzyskane szczęście na ręce, płacząc z radości i wykrzykując – zobacz, zobacz kogo znalazłam! – pobiegła pokazać skarb mężowi. Ten zaś, który uronił tego dnia też już niejedną łzę, wyrwał jej psa – daj mi ją potrzymać!

Ach szczęście niepojęte, przyćmiewane tylko świadomością, że teraz trzeba będzie dać znać wszystkim zaalarmowanym wcześniej bezpośrednio, albo przez fejsa ludziom, z których wielu brało czynny udział w poszukiwaniach, zaniedbując przy tym własne przygotowania do święta. Oczywiście lakonicznie zawiadomienie, że pies się znalazł, spowodowało tylko lawinę pytań, gdzie była? jak ją znaleźli? przemoknięta? czy bardzo zmarzła? Właściwie nie bardzo. Wręcz przeciwnie, wygrzana w ciepłej garderobie.

A czemu się schowała? Najlepiej ją samą zapytać, ale zanim odpowie, można snuć przypuszczenia. Moje jest takie, że nie podoba jej się plan przeprowadzki na Florydę i chciała dać to do zrozumienia.

W niecały miesiąc po Wszystkich świętych

Listopad się nie skończył, więc cmentarny temat, moim zdaniem, ciągle jeszcze uprawniony. Rozmawialiśmy kiedyś w pracy o tym, jakich to dziwnych zajęć imał się człowiek w młodości. Jednym z rozmówców był grafik, zajmującym się animacjami komputerowymi. Gościu pobił wszystkich. Przez rok po maturze pracował na cmentarzu, jako grabarz. Dlaczego? A, no bo nie wiedział, co ze sobą po szkole zrobić i żeby nie tracić czasu, i nie siedzieć rodzicom na garnuszku, poszedł do roboty, która się nadarzyła. A tak się złożyło, że była to akurat fucha na cmentarzu.

Dużo się, pracując z nieboszczykami, o ludzkiej naturze dowiedział. Mieli na przykłada klientkę (żywą), kobietę, która co zimę uciekała przed mrozem na Florydę. Nie chciała się na ten czas rozstawać ze swoim mężem (martwym), którego pogrzebała kilka lat wcześniej. Co jesień zjawiała się więc w administracji cmentarza prosząc o wyciągnięcie trumny, metalowej i porządnie na tę okoliczność zaspawanej, i przesłanie ją na miejsce docelowe swojej podróży, tak, żeby i tam mogła nieboszczyka odwiedzać. Wyraziłam swoje zdziwienie, że można tak sobie, ze względu na prywatne widzimisię, regularnie wyciągać trumnę z grobu, ale w Hameryce widać można. Zresztą, w Polsce nie tak dawno też obserwowano cyrk z nieboszczykami, a wyciągane ze względu na bardziej lub mniej prywatne widzimisię, zwłoki, nie były zaspawane w metalowych trumnach.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała o bardziej fizycznie hardkorowe doświadczenia. Były. Raz mieli przenieść drewnianą trumnę z murowanego grobowca w inne miejsce. Trumna była w całości i dała się bez problemu podnieść, ale manewrując nią, grabarze uderzyli kantem w betonową ścianę i zmurszały róg trumy odpadł. Z wnętrza wylała się ciecz. Zapytałam go, czy zemdlał na miejscu, ale powiedział, że zdążył salwować się ucieczką z aromatycznej piwniczki i dopiero na zewnątrz puścił pawia o trzymetrowym zasięgu.

Kim są ludzie, którzy pracują jako grabarze przez dłuższy czas, a nie tylko w ramach roku po maturze? Większość jego kolegów z pracy była wolnomularzami. Dlaczego? A któż to wie?

Porozmawiajmy o pogodzie

Przeddzień Wszystkich świętych. Halloween. Bale kostiumowe z wampirami, czarownicami, zombie i innymi krwawymi postaciami, ale nie tylko, bo jak ktoś chce, to może się też przebrać za pirata, księżniczkę, piłkarza, trzy świnki, albo za księdza (o przepraszam, toż to kostium najstraszniejszy ze wszystkich!) w większych miastach są parady, a przebrane dzieci chodzą wieczorem od domu do domu, jak nie przymierzając, kolędnicy. Tylko nie kolędują, a wystawiają łapki po cukierki. I czekoladki.

Kiedyś bawiłam się w rozdawanie słodyczy, ale od kiedy ilość dzieci, tudzież nastolatków się za takowe uważających, chodzących po osiedlu przyrosła w postępie geometrycznym i cały wieczór schodzi na otwieraniu drzwi, wydawaniu słodyczy, otwieraniu drzwi, wydawaniu słodyczy, otwieraniu drzwi, wydawaniu słodyczy i tak przez 3-4 godziny, zaczęliśmy z domu 31 października uciekać. Także i w tym roku poszliśmy ze znajomymi na kolację do pizzerii, na której wystąpiłam w rudej peruce. Bo lubię peruki.

Po powrocie do domu korowody przebierańców już się co prawda skończyły, ale nie można było powiedzieć, żeby nastała cisza. Zerwał się mianowicie mocny wiatr. Temperatura powietrza była przez cały dzień wyjątkowo wysoka i wieczorem niewiele się obniżyła. Wyszłam na chwilę przed dom i zderzyłam się z, nie, nie z podmuchem, nie z uderzeniem wiatru, z samą dziką esencją pędzącej, rozgrzanej masy powietrza. Przez mgniene oka wydawało mi się, że jeżeli rozłożę szeroko ręce i głęboko nabiorę powietrza, to ten wiatr uniesie mnie gdzieś pod czarne niebo i będę latać, jak w snach. Uczucie to trwało tylko ułamek sekundy, ale było zdumiewająco rzeczywiste. Do tego stopnia, że po wejściu do domu podzieliłam się tym wrażeniem z Moim. Który popukał się w czoło.

Później dowiedziałam się, że w ogrodzie mojej znajomej rozpłatało na połowę pokaźny dąb, a u jej sąsiadów połamało jak zapałki trzy duże drzewa. Tam akurat nic nikomu na głowę nie spadło, ale byli też ludzie, którym konar przebił dach i wbił się w łóżko w sypialni. Albo wiatr zerwał dużą część dachu i powygniatał szyby. Oficjalnie potwierdzono, że w okolicy zawitało tornado. A wydawało mi się tego wieczora, że zaraz poszybuję pod niebiosa.

Polonia w Hameryce

Po wyborach, na polskich forach, znaleźć można wypowiedzi rozsierdzonych przeciwników partii w dalszym ciągu rządzącej, że Polacy nie mieszkający na stałe w kraju, nie powinni mieć możliwości głosowania w wyborach do polskiego parlamentu. Zgadzam się z tym stanowiskiem, ale cóż – póki Polonii tu głosować wolno, ja też tu na każde wybory pomykam, żeby moim skromnym poparciem sił progresywnych zneutralizować głos chociaż jednej/go konserwatystki/y z Chicago.

Nie jestem eskpertką od Polonii w Hameryce z przyczyn obiektywnych – moje codzienne ścieżki się tu ze ścieżkami emigrantów znad Wisły nie przecinają. Nie licząc rozmów telefonicznych z rodziną i przyjaciółmi w Europie, jedyną osobą, z którą rozmawiam po polsku jest pewna koleżanka z pracy. Nasze rozmowy pod względem lingwistycznym są zresztą interesujące, bo ona jako dziecko wyjechała z rodzicami ze śląska do Niemiec i nie zdążyła się nigdy literackiego polskiego nauczyć. Mówi do mnie po śląsku, a ja do niej po, nazwijmy to, południowopolsku.

Kiedyś widywałam przy okazji spotkań wyjazdowych jedno małżeństwo z Chicago. Wykształceni ludzie, pani dentystka z własnym gabinetem, pan nauczyciel pracujący w zawodzie. Pani dentystka opowiadała, jakie przedpotopowe, klaustrofobiczno-rasistowskie hasła rzucają w gabinecie jej polonijni pacjenci. Ja tych pacjentów nigdy nie spotkałam, ale musiało być nieźle, skoro oburzało to panienkę, która wymogła na swoim ówczesnym, będącym po rozwodzie, narzeczonym, kościelne unieważnienie wcześniejszego małżeństwa, żeby można było wziąć ślub w kościele i białej sukni. Co w mojej subiektywnej opinii jest, delikatnie mówiąc, hipokryzją. A pani dentystka i pan nauczyciel z unieważnionym małżeństwem to prawdopodobnie śmietanka towarzyska miasta. W tym kontekście – tak, drodzy forumowicze, Polonia w Hameryce zdecydowanie nie powinna mieć prawa głosu w krajowych wyborach.

Lycorma delicatula

Dawno temu, po drugiej stronie oceanu, na liściach ziemniaków żerowała stonka. Dzieci, zaopatrywane w słoiki, wychodziły całymi klasami na pola, by zbierać szkodniki. W tym czasie nikt już nie wierzył w mroczną legendę o Hamerykanach zrzucających stonkę z samolotów na socjalistyczne pola, ale pamięć o tych propagandowych bzdurach była równie żywa, co legenda o czarnej wołdze. W którą też już (prawie) nikt nie wierzył.

Minęło czasu mało-wiele, ówczesna uczennica szkoły podstawowej, na skutek wielu zbiegów okoliczności, znalazła się w Hameryce. Pewnego wyjątkowo, tak tutaj, jak i w Europie, upalnego lata, zauważyła latająco-skaczące, wcześniej tu niewidywane, kolorowe owady. Gdy kupowała warzywa w gospodarstwie ekologicznym, w oczy rzuciła jej się plansza ze zdjęciami tychże owadów, opisanymi jako zawleczony z Dalekiego Wschodu gatunek inwazyjny. Przeprowadzone w Internecie dochodzenie wykazało, że owi skacząco-latający przybysze, na skutek wysokich temperatur i braku naturalnych wrogów w tej części świata, w ciągu ostatnich kilku lat zatracili całkowicie umiar w rozmnażaniu się. Składają jaja na pniach drzew, a ich larwy następnie te drzewa niszczą. Nie tylko drzewa zresztą, winorośl też nie jest przed nimi bezpieczna.

Przerwa obiadowa, piękna pogoda, siedzimy na patio przy biurze. Po oparciu krzesła naprzeciwko chodzi jeden z najeźdźców. Dochodzi do jednego końca, w poszukiwaniu ciągu dalszego drogi macha przednią parą odnóży, drogi nie ma, bo oparcie opada pionowo w dół, owad się odwraca i zmierza w kierunku przeciwnym. Dochodzi do drugiego końca oparcia, macha przednimi odnóżami, znowu nic nie znajduje, odwraca się i lezie z powrotem, po czym historia się powtarza.

– I taki niekompetentny robal ma stanowić zagrożenie dla ekosystemu? – Zastanawia się nasz grafik komputerowy.

Cóż, pojedynczo nie wyglądają na groźne. Ale gdy w kilkanaście dni później, przy obiedzie na świeżym powietrzu, owe latające i skaczące niezgraby w hurtowych ilościach odbijają się człowiekowi od czoła i wpadają do talerza, sytuacja przestaje być śmieszna.

P.S. Idźcie 13-tego na wybory, bo jeszcze wam każą stonkę do słoików zbierać.

święto pracy w Hameryce

W Hameryce święto pracy jest we wrześniu. O pierwszym maju nikt tu nie myśli. Może się to wydać dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że pierwszy dzień maja został świętem na pamiątkę masowych strajków w Chicago w tym właśnie dniu roku 1886. Cóż, strach przed międzynarodówkami był w tym kraju ogromny, a Makkartyzm ciągle się jeszcze tubylcom, w formie straszenia abstrakcyjnym „socjalizmem”, zwłaszcza w okresie wyborczym, czkawką odbija. Dlatego mówiąc „Labor Day” mamy tu na myśli pierwszy poniedziałek września, dzień wolny od pracy.

W długi ten weekend Hamerykanie oficjalnie ogłaszają koniec wakacji, zamykają baseny i udają się na grilla. W minioną sobotę wsparliśmy tę świecką tradycję i pojechali na grilla do znajomych zamieszkałych godzinę drogi na południe od nas. Czyli niedaleko. Początek niezobowiązującej imprezy ogródkowej wyznaczony był na godzinę piętnastą. Wyruszyliśmy z domu o szesnastej i to wcale nie dlatego, że moje ciasto nie było gotowe! Przybyliśmy na miejsce i okazało się, że oprócz gospodarzy nikogo z obecnych nie znamy, bo nasze kręgi towarzyskie jeszcze nie dotarły. Cóż, kto późno zaczyna, później kończy i impreza, którą otwierały białe hamerykańskie dzieci i starcy wczesnym popołudniem, zakończona została przez cudzoziemców i gejów nie tak bardzo wczesną nocą.

Ognisko, które po zachodzie słońca zostało, na życzenie gości, rozpalone, sprowokowało rozmowy wesołe, ale i poważne. Na przykład na temat podziałów politycznych:

– Ja z moimi braćmi o polityce nie rozmawiam. Wspierają mnie jako członka rodziny, ale głosują na Republikanów. Tylko, że po tych wszystkich hecach i nagonkach na wszelkie mniejszości, w tym moją, urządzanych przez obecnego, pożal się boże, prezydenta, jak w nadchodzącej kadencji na niego zagłosują, to chyba jednak w ogóle przestanę z nimi rozmawiać. Bo to jakby pluli mi w twarz.

Inny głos:

– Ojciec mojej matki (znamienne, że nie użył słowa „dziadek”), był w KuKluxKlanie. Ona jest dumna z tradycji rodzinnych. Gdy dowiedziała się, że wolę facetów, próbowała wyrzucić mnie z domu. Nie zrobiła tego, bo ojciec, który jest od niej o wiele lat starszy, powiedział: jak go wyrzucisz, to ty też możesz się pakować. No i zostałem. Ale dzisiaj nie utrzymuję z nią kontaktu.

Piszę o Hameryce, a jakbym o Polsce pisała.

Czego nie robi się dla dzieci

Nasi Znajomi wybierają się na wakacje z wszystkimi swoimi dorosłymi dziećmi, w liczbie czterech sztuk, z których dwie mają swoje rodziny, więc wszystkiego zbiera się jedenaście osób. Nie jest to może wyprawa do Bieguna Północnego (patrz Kubuś Puchatek), ale biorąc pod uwagę, że spędzą tydzień w wynajętym domu nad morzem, a większość uczestników wyjazdu dociera tam drogą lotniczą, czytaj – limit bagażu, Nasi Znajomi nabyli drogą kupna, nie licząc się z kosztami, bagażnik, aby móc zabrać ze sobą wszystko to, czego nie mogą zabrać inni. W bagażniku tym mogliby spokojnie zmieścić się Nasza Znajoma, Nasz Znajomy i pewnie jeszcze mieliby czym oddychać. Pokaźnych ten rozmiarów element został zamocowany na dachu ich niemałej wielkości samochodu.

Pewnej nocy, około godziny drugiej, ze spokojnego snu wyrwał ich dźwięk telefonu. To jedna z córek, ta, która mieszka sama w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Jest właśnie w lecznicy z psem i lekarz radzi go uśpić. (Pies ma już dużo, albo i trochę więcej lat, korowody z nim są od dawna – a to atak padaczki, a to jakieś inne drgawki, piana z pyska, a przecież nie wściekły, bo szczepiony, utrata przytomności, konieczne podawanie kroplówki, zastrzyki itd. Można sobie wyobrazić, że weterynarz, pełniący akurat nocny dyżur w lecznicy stracił cierpliwość i postanowił postąpić wbrew swojemu finansowemu interesowi, a za to pewnie w interesie psa.)

– Przyjedziesz? – Pyta córka Naszego Znajomego przez łzy.

– No, a co mam zrobić?

Ubrał się i w pół godziny później był w lecznicy, by wesprzeć swą nieutuloną w żalu latorośl. Po trzeciej w nocy wyszli i pojechali do mieszkania córki, marząc tylko o tym, żeby się wreszcie położyć. Gdy wjeżdżali do płatnego garażu, usłyszeli Tajemniczy Niespotykany Dźwięk, o którym, gdyby nie fakt, że byli w miejscu zadaszonym, można by spokojnie powiedzieć, że dochodził z nieba. Niepewni, czy to kilkupiętrowy budynek zaraz zwali im się na głowę, czy też to Siła Wyższa pragnie im coś bezpośrednio przekazać (ostatecznie jest tylu ludzi utrzymujących, że mają objawienia w kuchni albo pokoju telewizyjnym, dlaczego oni mieliby być gorsi i dlaczego nie w publicznym garażu?) Ponieważ jednak żaden gorejący krzew się przed nimi nie pojawił, Nasz Znajomy zatrzymał samochód, wysiadł i zobaczył… drantkę (wyrażenie gwarowe, oznacza pewnej grubości pręt, najczęściej w położeniu poziomym) która wisi przy wjeździe do garażu, informującą, jaki jest limit wysokości dla pojazdów. Drantka spoczywała spokojnie na kilka dni temu zamocowanym bagażniku. Nie było rady – podjechali kawałek dalej, znosząc jeszcze przez moment Niespotykany Dźwięk, który teraz już nie tyle był tajemniczy, co bolesny.

Przy wyjeździe z parkingu wisi identyczna drantka, na tej samej wysokości. Żeby stąd wyjechać, nie niszcząc bagażnika do reszty, trzeba go zdjąć z dachu. W ciągu dnia, gdy w garażu jest ruch, można zapomnieć o takiej operacji. Trzeba to zrobić teraz – zdjąć bagażnik, przejechać pod drantką, wrócić po bagażnik, przenieść go jak czółno (dobrze, że są tu we dwójkę), zamontować bagażnik z powrotem i poszukać miejsca do parkowania na ulicy. Jutro, nie, już dzisiaj, trzeba przecież iść do pracy.