Sceny z życia muzyków

W utworze, który zespół na scenie właśnie wykonuje, w pewnym momencie instrumenty cichną i tylko głos wykonawczyni, zniżony niemal do szeptu, skupia na sobie uwagę zamarłej w oczekiwaniu publiczności. Potem i on zamilknie, a po kilku sekundach z absolutnej ciszy wyłoni się delikatny, słodki dźwięk skrzypiec, kto którego dołączą kolejno pozostałe instrumenty i muzyka popłynie dalej, przybierając na sile, w coraz szybszym tempie, aż do harmonijnego finału. Najpierw jednak zapaść musi ta wzmagającą napięcie cisza. Prowadzący zespół pianista zdejmuje ręce z klawiatury, jego wzrok pada na skrzypka, który, wie o tym dobrze, niewiele spał tej nocy. Pianista zauważa z przerażeniem, że skrzypek ma zamknięte oczy i stojąc na środku sceny chwieje się jak trzcina na jeziorze. Zasnął!!! Zasnął w środku występu przy pełnej widowni! Zaraz będzie jego solo! Niech go ktoś obudzi! Niechże go ktoś szturchnie, albo kopnie, niech ktoś coś zrobi, do jasnej cholery! Ale pozostali muzycy wykorzystują chwilę przerwy na bezmyślne gapienie się przed siebie, żaden z nich nie zauważa ani ryzykownego położenia skrzypka, ani paniki w oczach pianisty. Spokojnie czekają na wejście skrzypiec. Jakich skrzypiec?! Jak nikt go nie obudzi, żadnego wejścia żadnych skrzypiec nie będzie, będzie wielki wstyd, tyle będzie!!!

Następuje cud – skrzypek samoistnie otwiera oczy, na jego niewinnej twarzy maluje się zdziwienie przechodzące w przerażenie, wykonuje nerwowy ruch, pół kroku, które wystarcza, by nadepnąć na kabel od przymocowanego do skrzypiec mikrofonu. Mikrofon się odczepia, spada na podłogę z ogłuszającym hukiem, publiczność podskakuje w krzesłach, muzycy ledwo co unikają zawału, moment szeptu i napięcia diabli biorą.

Nazajutrz w programie jest ten sam koncert. Ten sam zespół, ten sam utwór z momentem szeptu i ciszy przed wejściem skrzypiec. Pianista znad klawiatury obserwuje śpiącego królewicza i z ulgą odnotowuje, że ten, nauczony smutnym doświadczeniem, odłożył instrument na taboret. Gdy zbliża się chwila jego solo, schyla się po skrzypce, przydeptuje kabel od mikrofonu, który odczepia się od skrzypiec, ląduje na podłodze, potworny łomot wyrywa publiczność z krzeseł…

Trzeciego dnia, przed rozpoczęciem koncertu, pianista, nie mogąc wyjść z podziwu, z jakim przedszkolem przyszło mu pracować, podkreśla konieczność zachowania absolutnej ciszy w szeptanym momencie utworu. Skrzypkowi oczywiście jest niezmiernie przykro, rzucania mikrofonem żałuje i poprawę obiecuje. Wychodzą na scenę. Wszystko idzie dobrze, zbliża się szczególny moment, instrumenty milkną, wykonawczyni zniża głos, ktoś w krzesłach cicho kaszle. Skrzypek słyszy to i czuje, że coś drapie go w gardle, że włochata kula rozrasta się w tchawicy, łaskocze, oczy nabiegają łzami, oddech urywa, ciałem wstrząsa duszony kaszel. Jedyne, co może zrobić, to odwrócić się i ukryć twarz, grać najlepiej jak się da, ignorując wstrząsające klatką piersiową i ramionami spazmy. Kończy utwór po wirtuozersku, jak Miles Davis, odwrócony plecami do publiczności, reszta muzyków też się dusi, ale ze śmiechu, a znad fortepianu unoszą się, wydobywające się z uszu pianisty kłęby pary.

Oklaski.

Znak czasu.

Siedzimy z dawno nie widzianymi przyjaciółmi w jednej z moich ulubionych restauracji. Zdajemy sobie relacje z ostatnich wydarzeń i dzielimy planami na najbliższą przyszłość. Jednym z nich jest, mający się odbyć nazajutrz, ślub siostrzenicy przyjaciela, na którym ma on wygłosić uroczystą przemowę. To dla niego nie pierwszyzna, w zeszłym roku wychodziła za mąż inna siostrzenica i tam też wygłaszał mowę. Widać rodzinie się spodobało, bo poprosili go znowu. Tym razem jednak z pewnymi modyfikacjami. Na czym mają polegać? Ano, jego siostra, a zarazem matka panny młodej, była kilka miesięcy temu na innym ślubie, gdzie usłyszała mowę wprost perfekcyjną. Taką, jaką chciałaby usłyszeć jutro. Zapamiętawszy kluczowe punkty, sprytnie wpisała je po powrocie do domu w czat GPT. Wydruk dała bratu. No i teraz nasz przyjaciel kombinuje, jak tu, w wypluciny sztucznej inteligencji, wpleść coś od siebie. Kurtyna.

O pogodzie

Taka była piękna, nietypowa dla tego, zwykle gorącego i wilgotnego o tej porze roku, miejsca, pogoda. Jak nad Bałtykiem – w słońcu gorąco, a gdy przyjdą chmury, zimny wiatr sprawia, że trzeba się na plaży przykrywać kocem. Ale właśnie już się skończyło. To rzadki tutaj północno-zachodni wiatr przynosił nam to chłodne, suche powietrze. A że za północną granicą są teraz pożary, jak, nie przymierzając, w Kalifornii, to ten mocny wiatr przyniósł nam w końcu smog i dym z tej jarającej się żywicą Kanady. Z miejsc odległych o 700 kilometrów. W Wielkim Hamerykańskim Mieście odradzają przebywanie na zewnątrz, odwołano mecz, nie pojechałam na party na tarasie organizowane w mojej pracy. Siedzimy za zamkniętymi oknami i oglądamy pomarańczowe słońce. Jak u Lema.

34 lata minęły jak jeden dzień

No, prawie jak jeden dzień. Gdy 34 lata temu nie załapałam się na głosowanie w wyborach kontraktowych, bo zabrakło mi niecałego tygodnia do uzyskania pełnoletności, byłam bardzo rozczarowana. Tym bardziej, że wiele osób z naszej klasy, w tym moja koleżanka z ławki, już głosować mogły i jak najbardziej zrobiły ze swojego obywatelskiego przywileju użytek. Nie miałam wtedy pojęcia, w ilu jeszcze ważnych, mniej ważnych i całkiem przełomowych wyborach dane mi jeszcze będzie w życiu brać udział. Wybory w październiku będą należały do tej ostatniej kategorii i mam nadzieję, że ich wynik też taki będzie. Mam też nadzieję, że będę mogła głosować za granicą i że głos mój i emigracji rozsianej po całym świecie, będzie policzony.

Wiosna? Wiosna! Wiosna, ach to ty!

Przeczekałam styczeń, a w lutym udałam się na krótką emigrację. Do innego klimatu i do innych klimatów. W hali przylotów na lotnisku w Buenos Aires letnie ubrania w jasnych kolorach zapowiadały, co czeka za drzwiami budynku – najcieplejszy dzień tego lata – dobrze ponad trzydzieści stopni, słońce, lekko przymglone niebo, błękitne jak paski na argentyńskiej fladze. Niedawno był mundial, więc kolory narodowe zwycięzców wiele z Państwa ma na świeżo w pamięci. Pojechaliśmy tańczyć tango, słuchać tanga i o kulturze, historii, poezji i muzyce tanga wielu rzeczy się dowiadywać. Mieszkaliśmy w pensjonacie goszczącym takich ja my, co to wstają około południa, by zdążyć coś zjeść przed rozpoczynającą się o trzynastej w sali na dole lekcją tańca. Późniejszym popołudniem może jakiś wykład, może zakupy butów do tańca, a może kameralny koncert. Tanga, oczywiście. Około dziewiętnastej dobrze jest się położyć i nastawić budzik na dwudziestą pierwszą, żeby nieśpiesznie wziąć prysznic, ubrać się i umalować, wyjść z domu i złapać taksówkę do jednego z wielu przybytków w którym tańczy się tango. Bal trwa do drugiej, trzeciej, czwartej nad ranem. Taksówka do domu, może jeszcze kieliszek wina, a może mate (napój parzony w specjalny sposób z południowoamerykańskiej rośliny, w Argentynie, Urugwaju i Paragwaju popularny jak w Polsce herbata), prysznic i przed piątą jesteśmy w łóżku.

Ten urlop był jak sen, balsam dla zmarzniętego zimą na północnej półkuli ciała i zbolałej od oglądania szarości i czytania wiadomości duszy. Przez tydzień po powrocie wypierałam jak mogłam ze świadomości fakt, że wróciliśmy. To znaczy oczywiście, musiałam pracować, ale ponieważ trwający 11 godzin powrotny lot w lodowatym wnętrzu samolotu spowodował u mnie kaszelek i katarek, robiłam to z domu i mój kontakt z ciągle jeszcze zimową rzeczywistością był ograniczony. Ta jednak nie daje się całkowicie wymazać z życia i wkrótce potem zaliczyłam intensywny służbowy pobyt w Chicago, gdzie dane mi było doświadczyć trwającej co prawda niedługo, ale jednak, zadymki śnieżnej i wiatru sprawiającego, że minus trzy stopnie odczuwalne są jak minus trzydzieści. W marcu. Dlaczego ludzie się tam osiedlili i w dodatku nadal mieszkają?

Na szczęście po powrocie czekały mnie nieco milsze rzeczy. Przed domem zakwitło moje morze narcyzów – kilka lat temu dość dużo ich posadziłam, a że im się u mnie wyraźnie podoba, to samoistnie co roku ich, już bez mojego udziału, przybywa. Zeszłej jesieni dosadziłam jeszcze trochę hiacyntów dla koloru i zapachu i teraz mam istny dywan wiosenny. W zeszłą sobotę znowu mogliśmy potańczyć i spotkać się z naszą grupą wyjazdową. A dzisiaj byliśmy na spacerze w słońcu i temperaturze 20 stopni. Teraz niebo się zachmurzyło, temperatura spadła i słychać zbliżającą się burzę. Wiosna? Wiosna! Wiosna, ach to Ty!

Jak ja nienawidzę grudnia! A może jednak?

Jadę do pracy, ledwo świta, wracam z pracy, całkiem ciemno. Siedzę za kierownicą i się nie weselę. W ramach walki z grudniową depresją odsłuchałam w piątek rozmowę w Radiu TOK FM w której Hanna Zielińska dzieliła się swoimi obserwacjami z Norwegii, do której przeniosła się półtora roku temu. Posłuchałam i doszłam do wniosku, że to jest wyjście. Ostatecznie ludzie, którzy urodzili się i wyrośli niemalże jeśli nie w grocie króla gór, bo blisko koła podbiegunowego, muszą wiedzieć, jak przeżyć grudzień, który w ich kraju trwa kilka miesięcy. Ruszać się ile tylko można, przebywać na świeżym powietrzu, ile tylko się da, zapalać sobie w domu dodatkowe lampy i świeczki dla podnoszenia nastroju.

Ruszam się i przebywam na zewnątrz o wiele więcej, niż przeciętna Hamerykanka, ale przecież mogę sobie zwiększyć dawkę. Dodatkowe oświetlenie nie powinno być problemem, ostatecznie od dawna powtarzam, iluminując pomieszczenia, w których przebywam, że ciemno będę mieć w grobie. Teraz jeszcze dodam świeczki.

Nie wiedziałam, że moc mojego postanowienia bycia szczęśliwą w grudniu, zostanie sprawdzona już następnego dnia. Otóż obudziłam się w sobotę, lub też biegające po mnie głodne koty mnie obudziły i z lekkim zdziwieniem stwierdziłam, że mimo zaawansowanego poranka, ogrzewanie nie przestawiło się jeszcze na tryb dzienny. Poszłam zobaczyć i okazało się, że piec nie zaskakuje. Dziwne, bo poprzedniego dnia był gość do corocznej kontroli i wymiany filtrów i stwierdził, że wszystko jest w porządku. Zadzwoniliśmy po fachowca, ale trzeba było kilka godzin poczekać, aż przyjedzie. Mój wrócił pod pierzynę, a ja stwierdziłam, że co prawda mamy w domu upojne 15 stopni Celsjusza, ale ja nie mogę się teraz położyć, bo mi się będzie wydawało, że czekam na śmierć. Trzeba zacząć działać. Najlepiej coś upiec, bo w ten sposób ogrzeje się kawałek kuchni. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem, placek mojego pomysłu na kruchym cieście z masą makową i lukrem cytrynowym udał się wspaniale, temperatura w kuchni podniosła się do upalnych 17 stopni. Mój zdecydował, że będzie żył i wstał. Wzięłam prysznic w gorącej wodzie (na szczęście woda się nam grzeje niezależnie od powietrza), ubrałam się w kilka warstw sportowych zimowych ubrań i siadając do śniadania w bliskości ciągle jeszcze nagrzanego piekarnika, stwierdziłam, że… jest mi za ciepło! Musiałam zdjąć jeden ze swetrów! Mój popatrzył na mnie jak na ufoludka, a ja, w wełnianym golfiku, niczym w bikini, zabrałam się za jajko na miękko.

Racją mają Norwegowie, że w grudniu najważniejsza jest aktywność i pozytywne nastawienie.

P.S. Ogrzewanie działa. Facet przyjechał, popatrzył i stwierdził, że jego kolega wczoraj zapomniał odkręcić gaz po skończonej kontroli. Teraz już wiemy, który to kurek i jeżeli zdarzyłby się następny gapa, poradzimy sobie od razu.

Wszystko jest względne

Urodził się w latach 60-tych w Finlandii, wtedy, co dzisiaj może wydać się dziwne, dość biednym kraju. Jego ojciec był piekarzem, w domu się nie przelewało, a hamerykańska gospodarka potrzebowała wykwalifikowanych rąk do pracy. Dostał wizę i po niedługim czasie sprowadził za ocean rodzinę. Mój znajomy dorastał więc już w Nowym świecie, wychowanie otrzymał jednak rodem ze Starego świata – pobudka była o trzeciej rano, bo trzeba było wsiadać z ojcem w samochód i jechać pomagać w piekarni. Wstawanie o tak ciężko rannej porze, zwłaszcza gdy jest się nastolatkiem, nie należy do przyjemności, szczególnie dawało się jednak we znaki w środku zimy, gdy niegarażowany samochód przy kilkunastu stopniach mrozu ledwo zapalał, a para przestawała iść z ust dopiero, gdy już właśnie dojeżdżali do piekarni.

Dorósł, skończył szkołę i poszedł do marines, żeby zostać zawodowym wojskowym. Na jednym z pierwszych poligonów byli w Górach Skalistych. Wysoko, kilka tysięcy metrów nad poziomem morza, bieganie z kilkunastokilogramowym obciążeniem, skoki, czołganie się i inne, znane nam z harcerstwa, rozrywki. Któregoś dnia zaskoczyła ich burza. Pioruny waliły w skały niczym Zeus gromowładny, wyjący wiatr łamał drzewa, ściana wody nie pozwalała rozejrzeć się dookoła. Trzeba było znaleźć jakieś zagłębienie terenu, spłaszczyć się, nakryć i przeczekać pandemonium. Gdy trochę się uspokoiło, dowódca, zbierając rozproszone owieczki sprawdzał, czy nic się nikomu nie stało. Gdy doszedł do naszego bohatera, ten powitał go uśmiechem od ucha do ucha. Na pytanie o powód radości, usłyszał odpowiedź:

– Bo nie jestem w piekarni!!!

Państwo środka

Moja sąsiadka – przyjaciółka pochodzi z Chin. Kilka lat temu przyjęła amerykańskie obywatelstwo, a ponieważ Chiny nie zezwalają na podwójne, musiała zrezygnować z chińskiego. Ma to wiele zalet i tę wadę, że gdy chce odwiedzić rodzinę, musi ubiegać się o wizę do kraju, w którym się urodziła i wychowała. Pandemia i zamknięcie Chin utrudniło jeszcze sytuację. Gdy na początku roku dowiedziała się, że jej matka miała wylew i trzeba przenieść ją do szpitala, musiała zorganizować wszystko z drugiej strony Pacyfiku przez telefon. Na wizę, żeby odwiedzić matkę, czekała, odsyłana od Annasza do Kajfasza przez… ponad pół roku. Wreszcie się udało. Wsiadła w samolot i po odbyciu wymaganej kwarantanny przed i po przekroczeniu chińskiej granicy już po… siedemnastu dniach od wylotu zobaczyła matkę. Biorąc pod uwagę, że ta nie odzyskała i prawdopodobnie nie odzyska już przytomności, jednym z głównych celów wizyty było znalezienie dla niej dobrego miejsca opieki, innego niż szpital. Oczywiście nie było to łatwe – odwiedziła kilka, ale dopiero któreś z kolei wydało jej się godnym zaufania. Okazało się przy okazji, że przebywa tam jako pacjent z Alzheimerem jej dawny sąsiad, którego żona, którą moja przyjaciółka dobrze znała jako dziecko, codziennie odwiedza. Natychmiast zaoferowała, że może przy okazji zaglądać i do jej matki. Jak można sobie wyobrazić, lawina kamieni spadła z serca mojej przyjaciółki.

Teraz trzeba było już tylko przygotować mieszkanie pod wynajem i powrócić do Hameryki. Planowana data wylotu z Chin wypadała podczas jesiennego, trwającego kilka dni, święta państwowego. Moja przyjaciółka obawiała się, że reżim wykorzysta to jako wymówkę dla kolejnego zaostrzenia regulacji pandemicznych i jeżeli będzie miała pecha, może nie wylecieć. Zrobiła więc wszystko, by przebukować bilet na wcześniejszy termin. Zajęło jej to kilka dni i dojście po znajomościach, przy czym nie chodziło o jakiś szczególny lot – chciała po prostu wsiąść w jakikolwiek samolot, który wystartuje z jej rodzinnego miasta i wyląduje gdziekolwiek poza granicami Chin. Byle nie w Korei Północnej lub Rosji, ma się rozumieć. Udało się – święto zaczynało się w sobotę, ona dostała bilet do Tajwanu na środę. Samolot wylatywał o trzeciej po południu, kuzyn odwożący ją na lotnisko stwierdził, że jeśli wyjadą w południe, to będą mieli czasu pod dostatkiem. Ponieważ nalegała na wcześniejszy wyjazd, umówili się na jedenastą.

W dniu wylotu, krótko po siódmej rano otrzymała enigmatyczny SMS od koleżanki, z którą widywała się podczas pobytu: najlepiej będzie, jeśli już wyjedziesz na lotnisko. Szybko okazało się, że jedno z wielkich osiedli w mieście jest właśnie izolowane ze względu na koronawirusa. Zaczęła w pośpiechu przygotowywać się do jak najszybszego opuszczenia mieszkania, gdy przyszedł SMS od innej koleżanki, mieszkającej na owym odcinanym właśnie od świata osiedlu. Widziały się przed kilku dniami i mimo że, teoretycznie, przy ich spotkaniu nie było świadków, lepiej nie kusić losu. SMS brzmiał jednoznacznie: jedź natychmiast na lotnisko.

Gdy dotarła na lotnisko, do odlotu miała jeszcze ponad pięć godzin. Jakież było jej zdziwienie, gdy załoga zaczęła wpuszczać pasażerów na pokład już na cztery godziny przed odlotem!

– Mówię ci, jak już usiadłam w tym samolocie, to był najszczęśliwszy moment z całego mojego pobytu! A jak wzbiliśmy się w powietrze i jakiś czas potem powiedzieli, że opuściliśmy obszar powietrzny Chin, to dopiero mi ulżyło. Jakby mnie z więzienia wypuścili!

Tango ratuje świat

Większe bale i coroczny festiwal tangowy* już od kilku lat, z przerwą na ograniczenia pandemiczne rzecz jasna, odbywa się w Wielkim Hamerykańskim mieście w przybytku zwanym Lithuanian Music Hall – Litewski Dom Muzyki. Jak na budynek o takiej nazwie przystało, za sąsiadów ma polski sklep spożywczy, takież biuro turystyczne i kancelarię adwokacką. Fasada wygląda jak skrzyżowanie nieczynnej synagogi z otynkowanym zamkiem krzyżackim. Z ulicy do dwuskrzydłowych drzwi prowadzą dość wysokie schody. Po przejściu przez kolejne, całkowicie oszklone, drzwi, znajdujemy się w rodzaju obszernego przedpokoju, skąd kolejne oszklone drzwi prowadzą do sali dancingowej. Z niej po schodach w dół zejść można do mieszczącej się w piwnicy kafeterii.

Ciekawym miejscem z punktu widzenia antropologii historycznej są w tym budynku toalety – świadectwo czasów, w jakich powstawał. Damska na parterze składa się z obszernego pomieszczenia o posadzce wyłożone elegancko czarno-białymi flizami** jak u Vermeera, którego dwie ściany pokryte są dobrze oświetlonymi lustrami i drugiego, malutkiego, z trzema toaletami, których kanalizacja wyraźnie wskazuje na wiek rur i… jedną maleńką umywalką. Jeśli więc nawet nie będziemy stać w kolejce do zrobienia siusiu, to już w kolejce do mycia rąk raczej tak (w toalecie damskiej nikt tej czynności nie zaniedbuje, mam nadzieję, że sprawa ma się podobnie w toalecie męskiej…)

Właściwa perła w koronie owego niecodziennego budynku znajduje się na pierwszym piętrze, na które dotrzeć można przez, a jakże, prowadzące z przedpokoju, kolejne oszklone drzwi i schody, tworzące przytulne półpiętro z kanapą, na której widziałam już śpiących po przebalowanej nocy tancerzy. Całe piętro zajmuje jedna wielka sala balowa z drewnianą podłogą, sceną dla orkiestry i bardzo wysokim stropem. Jest to chyba największa sala balowa jaką w życiu widziałam. Może ta w willi na Road Island, gdzie kręcono Wielkiego Gatsby, jest większa, chociaż tamta nie ma tak wysokiego sufitu i wrażenie jest inne. W omawianej tu sali może tańczyć do trzystu osób naraz. Każdy, kto kiedykolwiek próbował wynająć pomieszczenie na tańczoną imprezę dla większej ilości ludzi, będzie wiedział, jak niepojętym szczęściem jest możliwość zorganizowania jej w takim miejscu! Zaprojektowanym i wybudowanym z myślą o muzyce i tańcu – akustyka, parkiet no i ta powierzchnia!

Mało brakowało, a nigdy nie dowiedzielibyśmy się o istnieniu tego raju. Dawniej tangowe festiwale odbywały się w różnych miejscach, z których żadne nie było na tyle dobre, żeby wracać do niego na kolejny rok. Parę lat temu organizatorzy szukali akurat miejsca na kolejny festiwal, szło jak po grudzie – to, co było wystarczająco duże, miało ceny zaporowe. Pewnej soboty mąż Osoby Organizującej Wszystko wyszedł akurat pobiegać o poranku, gdy zauważył na dziwnym budynku szyld z napisem, że wynajmuje się tam pomieszczenia na imprezy. Gdy tylko wrócił do domu, Osoba Organizująca Wszystko zadzwoniła pod wskazany numer i zostawiła wiadomość. W ciągu kwadransa oddzwoniło do niej aż dwoje ludzi – oni naprawdę bardzo chcieli wynająć ten budynek. Okazało się, że Towarzystwo Litewskie, do którego budynek należy, finansowo nie dawało już rady utrzymywać tego zamku krzyżackiego w stylu synagogalnym i noszono się z zamiarem sprzedaży. Jednak w ostatniej chwili znalazł się człowiek, który wybłagał odroczenie decyzji, bo wierzył, że uda się wynajmować budynek na imprezy tak, by przynajmniej częściowo, na siebie zarabiał. Dali mu dwa tygodnie. Osoba Organizująca Wszystko była pierwszą, która zadzwoniła – to nasz Festiwal Tanga Argentyńskiego umożliwił pozostanie budynku w rękach Towarzystwa Litewskiego, które go na początku zeszłego wieku wybudowało i uratował go przed, kto wie, jak straszliwymi przeróbkami w stylu późnego rokokowo, z prawdopodobnym zniszczeniem tej ogromnej, cudnej, jedynej w swoim rodzaju, sali balowej.

* Mowa o tangu argentyńskim, fenomenie całkowicie odmiennym od tańczonego standartowo tanga.

**Regionalizm południowopolski – chodzi o kafle.

Coś trzeba robić

Po niesławnej decyzji upolitycznionego sądu najwyższego, dającej poszczególnym stanom prawo do odebrania mieszkającym tam kobietom wolności do decydowania o swoim ciele i życiu, miło było przeczytać email od Szefa Całej Fabryki, że w związku z zaistniałą sytuacją, zasady ubezpieczenia zdrowotnego oferowanego przez Fabrykę ulegają rozszerzeniu tak, by pokrywać wydatki związane z ewentualną podróżą do innego stanu w celu dokonania aborcji. Miło jest pracować w przyzwoitym miejscu, a jeszcze milej wiedzieć, że moja Fabryka nie jest w tym odosobniona – podobne dopasowanie świadczeń ma miejsce także i w wielu innych firmach.