W utworze, który zespół na scenie właśnie wykonuje, w pewnym momencie instrumenty cichną i tylko głos wykonawczyni, zniżony niemal do szeptu, skupia na sobie uwagę zamarłej w oczekiwaniu publiczności. Potem i on zamilknie, a po kilku sekundach z absolutnej ciszy wyłoni się delikatny, słodki dźwięk skrzypiec, kto którego dołączą kolejno pozostałe instrumenty i muzyka popłynie dalej, przybierając na sile, w coraz szybszym tempie, aż do harmonijnego finału. Najpierw jednak zapaść musi ta wzmagającą napięcie cisza. Prowadzący zespół pianista zdejmuje ręce z klawiatury, jego wzrok pada na skrzypka, który, wie o tym dobrze, niewiele spał tej nocy. Pianista zauważa z przerażeniem, że skrzypek ma zamknięte oczy i stojąc na środku sceny chwieje się jak trzcina na jeziorze. Zasnął!!! Zasnął w środku występu przy pełnej widowni! Zaraz będzie jego solo! Niech go ktoś obudzi! Niechże go ktoś szturchnie, albo kopnie, niech ktoś coś zrobi, do jasnej cholery! Ale pozostali muzycy wykorzystują chwilę przerwy na bezmyślne gapienie się przed siebie, żaden z nich nie zauważa ani ryzykownego położenia skrzypka, ani paniki w oczach pianisty. Spokojnie czekają na wejście skrzypiec. Jakich skrzypiec?! Jak nikt go nie obudzi, żadnego wejścia żadnych skrzypiec nie będzie, będzie wielki wstyd, tyle będzie!!!
Następuje cud – skrzypek samoistnie otwiera oczy, na jego niewinnej twarzy maluje się zdziwienie przechodzące w przerażenie, wykonuje nerwowy ruch, pół kroku, które wystarcza, by nadepnąć na kabel od przymocowanego do skrzypiec mikrofonu. Mikrofon się odczepia, spada na podłogę z ogłuszającym hukiem, publiczność podskakuje w krzesłach, muzycy ledwo co unikają zawału, moment szeptu i napięcia diabli biorą.
Nazajutrz w programie jest ten sam koncert. Ten sam zespół, ten sam utwór z momentem szeptu i ciszy przed wejściem skrzypiec. Pianista znad klawiatury obserwuje śpiącego królewicza i z ulgą odnotowuje, że ten, nauczony smutnym doświadczeniem, odłożył instrument na taboret. Gdy zbliża się chwila jego solo, schyla się po skrzypce, przydeptuje kabel od mikrofonu, który odczepia się od skrzypiec, ląduje na podłodze, potworny łomot wyrywa publiczność z krzeseł…
Trzeciego dnia, przed rozpoczęciem koncertu, pianista, nie mogąc wyjść z podziwu, z jakim przedszkolem przyszło mu pracować, podkreśla konieczność zachowania absolutnej ciszy w szeptanym momencie utworu. Skrzypkowi oczywiście jest niezmiernie przykro, rzucania mikrofonem żałuje i poprawę obiecuje. Wychodzą na scenę. Wszystko idzie dobrze, zbliża się szczególny moment, instrumenty milkną, wykonawczyni zniża głos, ktoś w krzesłach cicho kaszle. Skrzypek słyszy to i czuje, że coś drapie go w gardle, że włochata kula rozrasta się w tchawicy, łaskocze, oczy nabiegają łzami, oddech urywa, ciałem wstrząsa duszony kaszel. Jedyne, co może zrobić, to odwrócić się i ukryć twarz, grać najlepiej jak się da, ignorując wstrząsające klatką piersiową i ramionami spazmy. Kończy utwór po wirtuozersku, jak Miles Davis, odwrócony plecami do publiczności, reszta muzyków też się dusi, ale ze śmiechu, a znad fortepianu unoszą się, wydobywające się z uszu pianisty kłęby pary.
Oklaski.