świat się zmienia i czas płynie

Kilkunastoletni syn mojej polskiej koleżanki, wychowywany w Londynie i Pradze, zapytał ostatnio, czy żeby odtwarzać dźwięk z kaset magnetofonowych potrzebne było wi-fi. Cóż, świat się zmienia bardziej niż to sobie uświadamiamy.

Moja tutejsza chińska koleżanka poprosiła mnie ostatnio o kilkunastodniową opiekę nad żółwiem. Żółw ma rok i mieszka w specjalnym, obszernym żółwim domu, składającym się z dwóch pomieszczeń. Na czas opieki żółw razem z domkiem przyjechali do nas. Moje zadanie polegało na podaniu gościowi zieleniny, zmianie wody w miseczce, usunięciu zrobionej kupy, zapaleniu specjalnej lampy grzejącej rano i wyłączeniu jej wieczorem. Nic skomplikowanego, ale żeby wiedzieć więcej zajrzałam na strony fachowe. Tam dowiedziałam się, że takie żółwie żyją około 50 lat. Cóż, moja koleżanka będzie musiała znaleźć kogoś, kto się nim zaopiekuje po jej śmierci. Czas też płynie szybciej niż to sobie uświadamiamy.

Bez przebaczenia

Ani jednej mniej!

To faszystowskie szambo wzbiera w jednym z moich krajów od lat. Nie od 2015. Rok osiemdziesiąty, albo osiemdziesiąty pierwszy – ksiądz ogłasza z ambony, że po mszy przed kościołem zbierane będą podpisy przeciwko aborcji. Dziesięcioletnia koleżanka z klasy pyta pełna zapału: – Podpisujemy? – Ja nie podpiszę. – Odpowiadam spokojnie.

Widać jednak wyprali mózgi wystarczającej ilości ludzi bez wyobraźni i sumienia, a teraz zbierają krwawe żniwo. Pani Iza z Pszczyny zapewne nie była pierwsza, która zmarła na skutek chorej katolickiej fiksacji na narządach rodnych kobiet. Bardzo chciałabym jednak, żeby była ostatnia, żeby ten koszmar się wreszcie skończył, żeby pomysłodawcy tej ustawy, jak i głosujące na nią stado chciwych ignorantów udusiło się w pierdlu własnymi rzygami. Subito!!!

Sceny z życia niekoniecznie smoków

Lotnisko w Balicach, samolot Lotu (ach, to piękne, modernistyczne logo!) odleci niebawem do Ogromnego Hamerykańskiego Miasta. Pasażerowie ustawiają się przed bramką. Pierwszeństwo w wejściu na pokład mają osoby z niepełnosprawnościami. Właśnie podaje bilet starsza pani na wózku, a niedaleko stoi pan wsparty na lasce, obok niego na podłodze leży miękka, wypełniona do połowy podróżna torba na ramię. Podchodzi do niego energiczna pani z obsługi i mówi wesoło:

– Gotowy? No to się ładujemy!

Pan schyla się, podnosi torbę, co przychodzi mu z pewnym trudem, być może dlatego, że jednocześnie usiłuje utrzymać laskę w pozycji absolutnie pionowej. Pani energicznie wyciąga rękę:

– Niech mi pan da tę torbę.

– Ale ja tam mam granaty! – Protestuje tubalnym głosem dżentelmen, nie chcąc dopuścić do tego, by kobieta nosiła jego ekwipunek.

Gdyby odezwał się w te słowa nawet i półgłosem na lotnisku po drugiej stronie oceanu, obsługa w mgnieniu oka odprowadziłaby go na bok, rozbroiła torbę, zrobiła rewizję osobistą i szybko prześwietliła ewentualną przeszłość kryminalną oraz potencjalne powiązania z organizacjami o charakterze terrorystycznym. W Balicach usłyszał tylko radosne:

– To poniesiemy je razem! – Po czym pani zarzuciła sobie torbę na jedno ramię, pasażera wzięła pod drugie i spokojnym krokiem wprowadziła na pokład.

Samolot doleciał do miejsca przeznaczenia nie wybuchając.

Poniedziałek

Wracam w poniedziałek z biura, jestem już niedaleko domu, gdy dzwoni telefon. Patrzę – Mój.

– Gdzie jesteś? – Pytam, bo to drugi raz od początku pandemii, że Mój wybrał się do biura i teraz pewnie zapomniał drogi powrotnej do domu.

– Chcesz uratować kota? – Pada wyczerpująca odpowiedź.

– Mamy już trzy koty w domu, nie pamiętasz? – Ale zaraz przychodzi mi do głowy, że pewnie dostał wiadomość, że w okolicy naszego domu jakiś kot potrzebuje pomocy, a on jest jeszcze w biurze i dzwoni do mnie, żebym rozpoczęła akcję ratunkową. – Gdzie jest ten kot? – Pytam.

– Tutaj, w krzewach koło biurowej kafeterii. Są małe kotki. W południe widziałem dwa, ale teraz jest już chyba tylko jeden. To ja przyjadę do domu, weźmiemy transporterek i go zabierzemy.

– Zabierzemy gdzie???

– Do domu. A jutro go odwiozę do schroniska, żeby był bezpieczny i ktoś go zaadoptował.

– Przyjedź najpierw do domu, a potem pogadamy. – Nie podejmuję dyskusji.

Nie ma mowy o przywiezieniu kotka do domu pełnego kotów. Trzeba by go zamknąć w jednym pomieszczeniu odizolowanego od reszty, pewnie w pokoju gościnnym, chociaż nie, to przecież jest dzikie kocię i nie umie korzystać z kuwety, narobi na całą wykładzinę i łóżko, to już lepiej w łazience dla gości, przynajmniej łatwiej będzie potem posprzątać. Co nie zmienia faktu, że zostawiony sam sobie kotek będzie się darł w niebogłosy przez całą noc, a nasza trójka będzie zębami i pazurami usiłowała na przemian wyważyć drzwi lub zrobić podkop, żeby zobaczyć, kto tam jest i dlaczego odizolowany. Rano zaś wstanę świeża i wypoczęta, by pojechać do pracy.

Utwierdzona w postanowieniu, że żadnego kota nie zabieramy, słyszę, że otwierają się drzwi i wchodzi Mój. Rozradowane oko, promieniejąca twarz, cały podekscytowany:

– Zabieraj transporterek, jedziemy ratować kotka!

Widzę, że nie mam szans. Logiczne argumenty będą tu podobnie użyteczne, jak w rokowaniach z talibami. Bez słowa zakładam buty i biorę transporterek. W samochodzie zastanawiam się, co bym wolała: nie znaleźć kotka i mieć święty spokój, czy znaleźć i mieć – patrz powyżej. Poza tym nie wiem, jak moglibyśmy zawieźć go do schroniska, skoro raz już przywieziemy go do domu. W którym są już trzy zżyte ze sobą koty, a każdy nowy dodatek może zaburzyć wystudiowaną równowagę… Mój wyczuwa mój niepokój:

– Denerwujesz się?

– Oczywiście, że się denerwuję. Usiłuję zdecydować, które wyjście jest gorsze – wyjaśniam optymistycznie.

Podchodzimy pod krzewy. Już z dalek słyszę. Wariant z nieznalezieniem kotka odpada. Po chwili widzę wśród liści hortensji niebieskie jeszcze, utkwione we mnie okrągłe oczka. Ale nie podchodzi, a gdy chcemy się do niego zbliżyć, wycofuje się w gąszcz i chowa. Potem znowu się pokazuje i znowu chowa. Czas płynie, zabawa trwa, a mnie zaczyna się chcieć sikać. Jestem wkurzona, że nie pomyślałam o najprostszej rzeczy i nie zabrałam ze sobą kociego smakołyku. Miałam nadzieję, że go może nie znajdziemy… Ale chyba nie jest bardzo głodny, bo w ciągu dnia ktoś przyniósł tam coś do jedzenia i widać też miseczkę z wodą. Podjeżdża samochód. Ogrodnik, zajmujący się posesją. Mówi coś mniej lub bardziej składnie, że też chciał wziąć kotka dla rodziny, a w ogóle to on nie może pozwolić, żeby tu były koty, a potem rzuca coś o rakarzu… Z drugiej strony podchodzi para młodych Azjatów. Też są zainteresowani, zamykam sprawę z ogrodnikiem i zwracam się do nich. Okazuje się, że oboje pracują w tej firmie, co Mój i mieszkają niedaleko. To on przyniósł tu w ciągu dnia krewetki (dzikie kocię karmione krewetkami! To ośmiorniczki odpadają…) i wodę. Czy mają koty? Nie. A czy mieli? – Prowadzę wywiad, jak ośrodek adopcyjny. – On nie, ale ona miała. I bardzo by chciała mieć. Jak tylko usłyszała od niego, że tu jest kotek, od razu wyparzyła z domu, że przecież trzeba go ratować. Taaaaak. Sytuacja przybiera pomyślny obrót. Wyjaśniam, jakie było nasze zamierzenie, ale że bardzo chętnie dam im nasz transporterek, żeby kotka bezpiecznie przynieśli do siebie do domu.

Tyle, że najpierw trzeba go złapać. Ogrodnik chodzi po chaszczach usiłując wypłoszyć maleństwo i nakierować je na czyhającego Mojego. Mój, gotowy do akcji, modli się, żeby kotek mu nie szurnął między palcami i nie uciekł gdzieś dalej. Powoli zapada zmrok. Kotka od czasu do czasu słychać i widać, porusza się w tych krzewach unikając ogrodnika, ale pozostaje poza zasięgiem. Zrezygnowana kucam przy bujnej roślinności i obserwuję. W pewnym momencie widzę pręgowany grzbiecik, blisko, jeśli dobrze wyciągnę ramię, to złapię. Muszę to zrobić błyskawicznie i bezszelestnie. Jest! Łapię i podnoszę do góry, tygrysek wydaje z siebie wrzask przerażenia, ale szybko ląduje w miękko wyścielonym grubym ręcznikiem transporterku. Dziewczyna skacze z radości, facet uśmiecha się, że mu o mało maska nie spadnie, a ogrodnik woła z uznaniem: dobry ruch! Jeszcze przez chwilę czekamy i patrzymy, czy nie pojawi się drugi kotek, bo podobno były dwa, ale nie widzę i nie słyszę rodzeństwa. Ogrodnik daje za wygraną i odjeżdża. Już naprawdę się ściemnia. Jeśli naprawdę jest tam drugi kotek, musimy liczyć na to, że na drugi dzień się ujawni. Biorę transporterek i wręczam go młodym ludziom, gratuluję, życzę szczęścia i radości na nowej drodze życia. Wklepują w telefon link do polecanego przez nas weterynarza, dziękują stukrotnie i wszyscy troje udają się do domu.

Dwa przewidziane przeze mnie złe wyjścia z sytuacji nie były, jak się okazuje, jedynie możliwe. Czego sobie i Państwu częściej w życiu życzę.

Początek końca czasu zarazy.

W naszych okolicach większość ludności jest zaszczepiona, liczba zachorowań spada, władze luzują restrykcje. Niedawno po raz pierwszy od ponad roku byliśmy w restauracji. Personel jeszcze nosił maseczki, goście już nie musieli. Przemiła kelnerka tak przyzwyczajona do werbalnej i niewerbalnej komunikacji z zasłoniętą połową twarzy, uśmiechała się promiennie pięknymi, wielkimi oczami. Nie tylko miła, ale jaka ładna – przeszło mi przez myśl. Gdy odbierała od nas zamówienie, na sekundę poluzowała maseczkę i zobaczyłam jej lekko zadarty nos, usta i brodę jak u co drugiej tutaj białej dwudziestolatki. Ani ładna, ani brzydka, sympatyczna dziewczyna. Po piękności sprzed chwili nie było śladu.

W fabryce zaszczepionych jest dziewięćdziesiąt procent pracowników. Nawet na produkcji, choć z początku wydawało się, że skończy się tam na sześćdziesięciu procentach. Gdy jednak okazało się, że ludzie nie chcą siadać blisko niezaszczepionych, odsuwają się w przejściach na bezpieczną odległość, niektórzy na ich widok znowu zakładają maseczki, liczba zaszczepionych szybko się powiększyła.

Ostatnio byliśmy nawet na milondze (impreza, na której tańczy się tango argentyńskie) w zamkniętym pomieszczeniu. Organizatorka ograniczyła liczbę uczestników, wymagała od wszystkich wcześniejszego przesłania kopii świadectwa szczepienia, niezdejmowania maseczek zasłaniających dokładnie nos i usta, a przy wejściu można było sobie wybrać przypinkę w kolorze niebieskim, oznaczającą gotowość do tańca z różnymi osobami, lub czerwoną, mówiącą, że na razie ograniczamy się do tańca z osobą, z którą przyszliśmy. Bardzo było przyjemnie.

Język to twór żywy

W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, mój dziadek korespondował z dawnym kolegą szkolnym, który po wojnie został w Anglii. Kolega ten pisał listy polszczyzną, jaką pamiętał z lat trzydziestych, a mój dziadek odpowiadał językiem współczesnym, narażając się tym samym na korektę i krytyczne uwagi ze strony odciętego przez ponad czterdzieści lat od Polski i używanego w niej języka, kolegi.

Czasem czuję się jak ten kolega dziadka. Ostatnio miałam szansę wymienić kilka króciutkich maili z katowickim oddziałem naszej fabryki. Napisali w ciemno, z prośbą o udostępnienie pewnych materiałów. Ponieważ nie będę z dziewczyną z Katowic bez powodu korespondować po angielsku, od razu odpowiedziałam po polsku. W ten sposób miałam nieszczęście przeczytać kilka jeszcze króciutkich maili sformułowanych we współczesnym języku korporacyjnej nowomowy, która, jak widać, jest teraz, niestety, jedną z odmian języka polskiego. Jeśli chodzi o treść, korespondencja była bardzo miła i rzeczowa. Co do formy, to bardzo jestem zadowolona, że na codzień posługuję się w zawodowej korespondencji angielskim, bo jak mi w nim Polacy błędy robią, to uważam, że są usprawiedliwieni i nie bolą mnie przy czytaniu wszystkie zęby. Tudzież serce.

Utracone prawo do tytułu

Mały średni, czyli Duży, czyli zrównoważony kot o niezwykłym intelekcie, nigdy nie miał problemów z jedzeniem. Gdy tylko usłyszał odgłos nasypywanych chrupek, albo widział, że któryś współkot udaje się ze mną w kierunku żarcia, biegł mniej lub bardziej wyciągniętym kłusem, a najczęściej galopem i na miejsce dystrybucji jedzenia przybywał pierwszy. Nie miał też nic przeciwko braniu pierwszej chrupki z ręki, nauczył się -inteligentna bestia!) nawet wskakiwać na poprzeczkę, żeby być bliżej mojej ręki niosącej żarcie do miski – w ten sposób załapywał się na mini-przystawkę zanim została zaserwowana główna porcja. Po skończeniu swojej miski sumiennie sprawdzał, czy inni wszystko zjadli, a jeśli nie, to sam dokańczał za maruderów.

Toteż gdy przestał wyjadać do końca zawartość swojej miski, mini-przystawki wypadały mu z pyszczka, gdy co prawda na miejsce karmienia przybywał w podskokach, ale potem często siadał z boku zamiast przed miską, stwierdziłam, że coś jest nie tak. Może już urósł tyle ile miał urosnąć i apetyt mu trochę odpuścił? Ale kilka razy w ciągu paru dni znaleźliśmy kocie pluciny, nie zwymiotowaną karmę, ale płyn, który z siebie wyrzucał, ewidentnie usiłując się pozbyć czegoś z żołądka. Cóż, wiosna się zrobiła i ciepło, a co za tym idzie zmiana futra na letnie i myślałam, że może kulka włosia mu gdzieś utkwiła i nie może jej z siebie wyrzucić. Było to wszystko razem jednak na tyle podejrzane, że zdecydowałam się poobserwować go bacznie jeszcze przez dwa albo trzy dni, a jeśli nic się nie zmieni, poszukać pomocy u weterynarza.

Nie musiałam jednak tego robić. Oto siedzieliśmy przy leniwym weekendowym śniadaniu, gdy usłyszałam za plecami znajomy odgłos kociego charkania. Był to Mały średni, czyli Duży, który celował właśnie w okolice butów Mojego. Powodem akcji był jednak nie zapach dobywający się z względnie czystego obuwia (to inny kot, kiedyś, dawno temu, narzygał Mojemu do kapci, bo najwyraźniej go zmuliło), a coś, co wreszcie zaczęło bohaterowi tego wpisu z pyszczka wychodzić. Nie widziałam z daleka, co to jest, zauważyłam jednak, że było dość długie. Mój wstał pierwszy i podszedł do kota, którym zainteresował się też już z lubością wsadzający nos w nieswoje sprawy Pekenio. Mały średni, czyli Duży zestresował się tą powszechną uwagą. Pragnąc doprowadzić rozpoczęty proces fizjologiczny do końca w bardziej kameralnych warunkach, ruszył schodami do góry, ciągnąc zwisające mu z pyszczka dobre 30 cm czegoś, co wyglądało jak wstążka makaronu, taki tagliatel (jeśli istnieje liczba pojedyncza). Nie mógł widać biec zbyt szybko, bo się zatrzymał i Mój zdążył go za tą zwisającą wstążkę czegoś złapać (przez papierową chusteczkę, dodajmy). Delikatnie pociągając, pomógł mu wypluć to coś do końca. Zupełnie nie wiadomo było, czym żółtawy (mówię, że w kolorze makaronu!) obiekt jest. Mój trzymał go pod światło z wyrazem obrzydzenia, ale i wyraźniej ciekawości (rozwija się chłopak!) na twarzy. Już miałam mu powiedzieć, żeby tak z tym nie stał na środku i nie kapał, tylko niech to wywali w cholerę, potem jednak ciekawość i we mnie wzięła górę. Uzbrojona w ręcznik papierowy chwyciłam za drugi koniec i… okazało się, że ów makaron jest elastyczny i to bardzo! Kocurek połknął mianowicie w całości blisko pół metra gumy krawieckiej! Jak, a przede wszystkim, dlaczego to zrobił, nie chciał nam wyjawić. Ucieszyliśmy się, że odbyło się bez wizyty u weterynarza, a być może i interwencji chirurgicznej, ale nasz kotek o wielkich oczach wypełnionych ogromnymi źrenicami jak z komiksu manga (albo po amfetaminie) stracił prawo do tytułu Najinteligentniejszego Kota. Wręcz przeciwnie, Mój, jeszcze przez kilka dni, na jego widok pukał się w czoło gestem oznaczającym coś zupełnie przeciwnego…

Jedźcie przez pola

Jadąc, no może nie przez pola, ale zdecydowanie bocznymi drogami, przez zieleniejącą się w majowym słońcu prowincję, do sąsiedniego stanu, zobaczyliśmy wywieszony na skraju prywatnej posiadłości transparent: „Jesus is my Lord, Trump is my president”. Zaraz pod nim drugi transparent, o tym, że „We support our police”. Jak to było? Gdy Bozia chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera?

Pandemiczna nomadka

Piastująca wysokie stanowisko osoba z firmy Mojego wynajmowała z mężem mieszkanie w Ogromnym Hamerykańskim Mieście.

– Wyprowadzamy się. Spakowaliśmy już prawie wszystko i z wyjątkiem najpotrzebniejszych rzeczy, jutro wywozimy do magazynu – powiedziała niedawno.

– A dokąd ta przeprowadzka?

– Wyprowadzka. Zdajemy mieszkanie, najpotrzebniejsze rzeczy do walizek i teraz, gdy już jesteśmy zaszczepieni, ale ciągle jeszcze pracujemy zdalnie i wszystko jedno, gdzie fizycznie jesteśmy, będziemy mieszkać w wynajmowanych mieszkaniach (Air B& B) w różnych miastach, które zawsze chcieliśmy zobaczyć. Gdy życie na tyle wróci do normy, że trzeba będzie pojawić się w biurze, albo u klienta, znowu gdzieś osiądziemy.

Pomijając względy epidemiologiczne, idea ciągłego przenoszenia się z miejsca na miejsce w sytuacji, gdy przez pięć dni w tygodniu i tak trzeba pracować przed ekranem komputera, wydała mi się niesłychanie męcząca.

Wreszcie ruszyło

Wreszcie ruszyło tu ze szczepieniem ludzkości poniżej 65 roku życia. Dowiedziawszy się o tym, rzuciliśmy się do internetu, żeby się gdzieś zarejestrować. Sprawa nie była taka prosta, bo wolnych terminów brakowało – w moich okolicach wszyscy chcieli się szczepić! Łatwiej było co prawda w zachodnich częściach stanu, bo tam ludzkość mentalnie inna i się do najnowszych zdobyczy medycyny nie garną. W końcu jednak udało nam się zarejestrować nie tak daleko od domu i to niemalże na tę samą godzinę, więc mogliśmy pojechać razem.

Patrząc na adres punktu szczepienia, oznajmiłam, że wiem gdzie to jest. Mój, jak zwykle, włączył GPSa w telefonie i jedziemy. Mijając zjazd z autostrady wyraziłam zdziwienie, że z niego nie skorzystaliśmy, ale Mój stwierdził, że to jeszcze nie tu. No fakt, następnym też można zjechać, tyle, że potem trzeba się będzie cofnąć, więc jednak tym pierwszym byłoby szybciej, ale niech tam. Na wszelki wypadek spojrzałam na mapkę w swoim telefonie i utwierdziłam się w przekonaniu, że po zjeździe musimy skręcić dwa razy w lewo. Ku mojemu zdziwieniu i lekkiej irytacji, Mój ustawił się na pasie do skrętu w prawo. Mówię, że to nie tędy. Jak nie tędy, jak tędy, i wskazuje na swój telefon. Oczywiście, telefon pokazuje bzdury, bo jego właściciel, zamiast wpisać West Lincoln Avenue, wpisał East Lincoln Avenue. Na szczęście wyłapałam błąd operatora inteligentnej maszyny, zanim pojechaliśmy w kierunku przeciwnym do zamierzonego. Przy kolejnym skręcie w lewo ta sama dyskusja – zwolnij, bo to już tu zaraz po lewej stronie. Jeszcze nie, jeszcze spory kawałek prosto. Jak prosto, jak tu zaraz w lewo? Widzisz, jest szyld!

Zaparkowaliśmy przed budynkiem. Na jednych drzwiach napis, że tędy do szczepienia drugą dawką, po pierwszą trzeba drugim wejściem. Idziemy do drugiego wejścia, przed którym stoją ze trzy osoby, ktoś promiennie uśmiechnięty właśnie wychodzi, a zaraz za drzwiami rejestruje energiczna i rzeczowa pani: – Proszę, a tu jest kartka do szczepienia drugą dawką za cztery tygodnie o tej samej porze. Już się pan nie musi powtórnie rejestrować. – Mój, jak na dokładnego Niemca przystało: – I po tę drugą dawkę będzie się wchodziło tamtym wejściem? – Ja, radosna jak skowronek, pragnąc wyręczyć umordowaną kontaktem z pacjentem administratorkę w tłumaczeniu Mojemu rzeczy oczywistych: – To będzie za cztery tygodnie, nie można planować niczego z takim wyprzedzeniem, jeszcze się przez ostani rok nie nauczyłeś? – Widzę dziękczynne spojrzenie kobiety posłane w moim kierunku, widzę, że szuka słów, wreszcie mówi: – Dokładnie tak, pani ma absolutną rację, nie wiemy, co będzie za cztery tygodnie. – Mój, do administratorki wskazując na mnie: – To moja żona. – Pani: – Ona ma rację, niech jej pan zawsze słucha! – Tak czynię! – Odpowiada Mój, pomny ćwiczeń z nawigacji, które właśnie mamy za sobą.