Pakiet wyborczy do drugiej tury dostałam bardzo szybko i już w zeszły piątek zaniosłam swój głos na pocztę i wysłałam do konsulatu. Tym razem koperta była jak należy.
Korespondencyjnie
Pakiet wyborczy dostałam wczoraj i dzisiaj na poczcie osobiście wysłałam mój głos na prezydenta RP. Koperta, faktycznie, była bardziej przeźroczysta, niż powinna była być. Miejmy nadzieję, że policzą uczciwie.
Ludzieeee!
Ludzieeee! Ludzie! Idźcież* 28-go na wybory i wywalcież* z pałacu tę faszystowską pacynkę, co to odmawia człowieczeństwa sporej części tych, którzy mu obiad i krawat swoimi podatkami opłacają! Weźcież* go pogońcie, zanim Wam, razem ze swoimi żalkami, noc kryształową urządzi!
W Hameryce teraz nawet jeden nominowany przez pomarańczowowłosego, arcykonserwatywny sędzia Sądu Najwyższego, federalne prawo, zakazujące dyskryminacji w pracy ze względu na orientację seksualną, ku rozpaczy swego mecenasa (sic!) poparł, a Wy sobie tego niedouczonego duda-wrzoda przez następne 4 lata hodować mielibyście???!!!
*Oboczność południowopolska
Potwierdzenie
W najbliższych wyborach prezydenckich obywatele polscy w Hameryce mogą brać udział wyłącznie korespondencyjnie. Email potwierdzający moje zgłoszenie na listę wyborców dostałam cztery razy. Może dostanę też cztery pakiety wyborcze?
Znaczenie
Burminstrzyni Waszyngtonu kazała wymalować wielkimi żółtymi literami na bruku na wprost okien Trumpa: Black Lifes Matter – Czarne życie ma znaczenie. Gest ten krytykowany jest przez część demokratów, jako populistyczny. Może i populistyczny, ale – jaki uroczy!
Redaktor naczelny gazety codziennej w Wielkim Hamerykańskim Mieście musiał odejść po tym, jak w jego piśmie pojawił się artykuł z nagłówkiem: Buildings matter too – budynki również mają znaczenie. Czas najwyższy, żeby do całości społeczeństwa dotarła różnica, między ludzkim życiem, a nieruchomością, papierem wartościowym, czy obniżonym podatkiem dla bogaczy.
Protesty nie gasną, ale stają się coraz bardziej pokojowe. Prezesi większych firm piszą maile do pracowników, w których podkreślają konieczność zmian prowadzących do wyplenienia rasizmu raz na zawsze. Policjanci patrolujący nasze osiedle pozdrawiają nas z radiowozu wyjątkowo uprzejmie.
Czas niepokojów społecznych
Z rąk policji w Hameryce co jakiś czas ginie niewinny człowiek. W różnych miejscach, o różnych porach dnia czy nocy, w różnych sytuacjach. Tym, co łączy te wydarzenia, jest kolor skóry zamordowanych.
Od kilku lat w Hameryce mają miejsce demonstracje i protesty przeciwko systemowi, w którym nad poczynaniami policji nie ma wystarczającej kontroli, w którym w policji pracuje zbyt dużo osób mających problem z agresją.
Ostatnio znowu biały policjant zabił czarnego człowieka. Tym razem protesty ogarnęły całą Hamerykę.
Po pokojowych demonstracjach, w Wielkim Hamerykańskim Mieście i wielu innych miastach, doszło do szabru i wandalizmu. W sklepach sąsiadujących bezpośrednio z budynkiem, w którym kiedyś pracowałam, szyby są powybijane, szkło, kamienie, metalowe elementy leżą na ulicy, na wideo można zobaczyć ludzi wchodzących do sklepu przez rozwalone drzwi i wybiegających np. z dwoma pudełkami butów sportowych.
Oglądam zdjęcia z demonstracji. Biali i czarni, kobiety i mężczyźni. Dużo kobiet. Odręcznie zrobione transparenty, napisy na T-shirtach. Black life matters. Czarne życie ma znaczenie. Znaczenie, które istniejący system kontroli nad policją podważa.
Protesty mają znaczenie. Wandalizm to znaczenie podważa.
Czas zarazy 10
Mam zabytkowego kota. Jak bardzo jest zabytkowy, trudno powiedzieć, bo gdy siedemnaście lat temu zamieszkała z nami, była już duża. Nic więc dziwnego, że gdy w zeszłą sobotę przestała jeść, zaczęła nienaturalnie szybko oddychać i wlazła pod łóżko, przestraszyłam się, że czas spędzany wspólnie na tej planecie może właśnie dobiegać końca. Niedziela upłynęła bez zmian, ale miałam okazję zajrzeć jej w ślepia i nie zobaczyłam tam tego, czego się obawiałam. Ponieważ poniedziałek był tu dniem wolnym, na przyspieszoną wizytę u weterynarza dostaliśmy się dopiero we wtorek.
Tutaj wszystko jest jeszcze zamknięte, więc zamiast wejść jak zwykle z kotem do lecznicy, zostawia się go wraz z wypełnionym formularzem, w śluzie, czyli przedsionku, skąd personel lecznicy wnosi pacjenta do środka, podczas gdy personel domowy czeka w samochodzie na telefon od weterynarza. Pogoda była przecudna, wiał lekki wiatr, który przez otwarte okno wniósł upojny zapach czegoś kwitnącego, narkotyczny zapach, który tak dobrze znam, zapach… kwitnących lip! Rozejrzałam się za jego źródłem i w ten oto sposób, po latach bywania w lecznicy, dotarło do mnie, że drzewo rosnące między budynkami, które tak bardzo urosło, że przejść obok niego można już tylko z lewej strony, bo z prawej pień doszedł do ściany, jest przepiękną, dorodną lipą.
Zadzwonił pan doktor. Dzięki zdjęciu rentgenowskiemu wykluczył raka płuc lub ciężką chorobę serca, w badaniu krwi stwierdził stan zapalny. Zwierzyna dostała kroplówkę i długo działający antybiotyk, oraz tabletki na apetyt. Zawieźliśmy obrażoną, ale już o wiele żwawszą pacjentkę do domu, gdzie przez pewien czas była jeszcze na nas odęta. Następnego dnia trzeba było dać jej tabletkę, ale mając doświadczenie z innym kotem, liczyłam, że gdy owinie się ją w warstewkę masła – zrobi taką kulkę średnicy pół centymetra, aplikacja lekarstwa nie powinna nastręczać trudności. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Bestia, która normalnie nie tyka niczego podawanego z ręki i w ogóle niespecjalnie lubi spoufalanie się, gdy akurat nie ma na to ochoty, przytrzymana przez Mojego i nakarmiona maślaną kulką z lekarstwem przeze mnie, zaczęła się z wielkim smakiem oblizywać. Przez kolejne dni bardzo chętnie jadła tabletkę dwa razy dziennie, za każdym razem widocznie doceniając jej maślany aromat. To trochę tak, jakby mnie, albo Mojego na siłę karmić czekoladą.
Czas zarazy 9
W zeszłym tygodniu czara się przepełniła, względnie włosy urosły mi tak bardzo, że trafił mnie szlag i sięgnęłam po maszynkę. Zakładałam, że ładnie obetnę sobie boki, czubek głowy i to, co inni ludzie noszą jako grzywkę. Wątpliwości budzić mogła jedynie praca nad tyłem głowy. Ponieważ znam siebie, widziałam, że gdy dojadę tam z kosiarką i coś pójdzie nie tak, dostanę szału w wyniku którego nie tylko mój własny wygląd, ale i bezpieczeństwo otoczenia stanie pod znakiem zapytania. Nie chcąc więc dokładać rodzinnej awantury do ryzykownej sytuacji na swej głowie, uprzedziłam Mojego, co do moich zamiarów i że najprawdopodobniej za chwil kilka będę w panice wołać go na ratunek. Obiecał przyjść z odsieczą tak fryzjerską, jak i mentalną.
Uspokojona zabezpieczonym odwrotem sięgnęłam po youtuba, żeby obejrzeć sobie ze dwa filmiki wyjaśniające, jak się zabrać do rzeczy. W związku z panującą izolacją jest ich od groma, faceci radzą facetom, niektóre filmiki zawierają profesjonalne wskazówki jak obchodzić się z maszynką, żeby nie wygryźć sobie dziur, a uzyskać pożądany efekt. Wzbogacona o wiedzę teoretyczną poczułam już nie tylko determinację (niech się dzieje co chce, ja się tych kudłów muszę pozbyć!!!), ale i wiarę w powodzenie desperackiego, zdawałoby się, przedsięwzięcia.
Jak przewidywałam, boki i góra głowy poszły dobrze. Czas na tył. Stojąc tyłem do dużego lustra usiłuję zgrać manewrowanie mniejszym lusterkiem, które trzymam w lewej ręce, z maszynką, którą operuję ręką prawą. Niby mam wieloletnie doświadczenie z czasów, kiedy jeszcze farbowałam włosy, ale nakładanie farby na potylicę, a golenie karku to jednak są dwie różne czynności. Mój stoi w drzwiach łazienki, spokojny, zrównoważony i gotowy do czynu. Powiedział, że mnie uratuje, więc jest. No to czemu ma stać bezczynnie i potęgować moje zdenerwowanie? Niech tnie! Usiadłam na taborecie i skupiłam się na powstrzymywaniu się od nerwowych pytań, cennych wskazówek i niezbywalnych komentarzy. Mój, gdy obieca, że coś zrobi, to przeważnie zrobi to dobrze, jeśli tylko mu nie przeszkadzać. Tak było i tym razem. Na końcu musieliśmy uzgodnić długość, czy raczej krótkość ostateczną włosów z tyłu na górze głowy, tam gdzie mam wicherki. W końcu się udało. Zadowoleni z owocnej współpracy, której efektem był mój nienaganny wygląd, pogratulowaliśmy sobie i zabrali się do sprzątania niezwykle owłosionej łazienki.
Czas zarazy 8
W zeszły czwartek bardzo silnie wiało. Pozrywało dachówki z wielu domów i poprzewracało co lżejsze elementy ogrodowe. Koledze z pracy, a jakże, również pracującemu teraz na odległość, przyszło akurat do głowy, że już dawno nie ruszał swojego pick-upa (jest to okropny, wielki, biały diesel, śmierdzący tak, że trzeba zamykać okna, jeśli zdarzy się za nim jechać). Postanowił zrobić sobie krótką przerwę w pracy, wsiadł, włączył silnik, dookoła rozniósł się smród, wyjechał na ulicę, by już po kilkuset metrach natknąć się na obstawiony pachołkami wiatrołom, droga była zablokowana. W innych okolicznościach przyrody wróciłby z piłą łańcuchową (którą, a jakże, również posiada), pociął drzewo i usunął przeszkodę, ale że trzeba było wracać przed komputer, a poza tym był w piżamie, darował sobie to altruistyczne działanie.
Rozmawiałam z sąsiadką, która jest Chinką i śledzi tamtejszy internet. Mówi, że odkąd pamięta, jeszcze takiego wkurzenia w społeczeństwie nie widziała. Oczywiście, wszystko jest cenzurowane, ale i tak daje się zobaczyć wrogie władzy treści, zanim zostaną z prywatnych stron internetowych usunięte. I tak widziała mieszkańców jednego z odwiedzanych przez któregoś dygnitarza miast, jak stojąc na dachach domów wygrażają i krzyczą: kłamcy! kłamcy! Powiedziała, że między innymi gigantyczne zaniżanie podawanych przez władze liczb zmarłych na koronawirusa powoduje tę wściekłość. Mówiła, że nie zdziwiłaby się, gdyby liczba ofiar śmiertelnych w Chinach była nawet dziesięciokrotnie wyższa, niż oficjalnie podawana.
Wieczorem słuchałam wykładu profesora wirusologii ze szpitala uniwersyteckiego w Wielkim Hamerykańskim Mieście. Mówił, że szczepionka przeciwko temu dziadostwu powinna być gotowa pod koniec tego roku. No, a potem to kwestia dystrybucji.
Czas zarazy 7
Kuzynka mojej przyjaciółki jest Argentynką. Pod koniec zeszłego roku stwierdziła, że jeśli nie teraz, to kiedy? Przeliczyła oszczędności, zwolniła się z pracy, wynajęła swoje mieszkanie i ruszyła w roczną podróż dookoła świata. Po kilku miesiącach czas zarazy zastał ją w odciętej od świata wiosce, gdzieś w Azji południowo-wschodniej. Podróż do najbliższego miasta z czynnym lotniskiem, oferującym jeszcze loty międzykontynentalne, trwała kilka dni. O tym, jak kupowała bilety, a następnie nadaremnie czekała na kolejne, jeden po drugim odwoływane samoloty, będzie opowiadać wnukom. W końcu się udało. Wróciła do Buenos Aires, gdzie nie miała teraz pracy, jej mieszkanie zajęte było przez obcych ludzi i nie należało bez wyraźnego powodu pętać się po ulicach. Koczuje teraz kątem u rodziców.
Mój kolega z pracy pochodzi z Indii, ma żonę dentystkę z tego samego kraju i dwuletniego, urodzonego w Hameryce synka. W drugim tygodniu marca mieli lecieć odwiedzić rodziną na subkontynencie, ale gdy zaczęły się pogłoski o pandemii, mój kolega, będący w ostatniej przed zamknięciem wszystkiego podróży służbowej, anulował bilety. W Indiach rodzina ma jednak wiele do powiedzenia. Otóż szwagier kolegi, który jest od niego starszy, miał silniejszą kartę i szybko kupił bilet dla siostry i małego, która zabrała dziecko i poleciała na krótką wizytę. Zaraz potem zamknięto granice. Wizyta u rodziny potrwa przynajmniej do końca czerwca, ale przecież nikt nie wie na pewno, jak długo. Mój kolega usiłuje zachować spokój i pogodę ducha. Mieszkając w pobliżu biura dostał pozwolenie od szefa i może przychodzić i pracować z zamkniętego pomieszczenia, żeby, w ciągu dnia przynajmniej, nie chodzić w pustym mieszkaniu po ścianach.
Moja, pochodząca z Polski, znajoma pracowała w aptece w pewnej, gęsto zasiedlonej przez imigrantów z Polski, dzielnicy Nowego Jorku. Gdy dotarła tu zaraza, kierownik apteki zrobił sobie test na koronawirusa, który wyszedł pozytywnie. Nie zrażony tym człowiek nadal przychodził do pracy. Za to moja, należąca do grupy ryzyka, znajoma, profilaktycznie przestała.